Słów kilka o końcu podróży. Gdy po Słowacji Polska przyszła

Niespodzianka przyjazdu

Do Polski było cały czas przyjemnie daleko – aż nagle – niespodzianka! – po półtora roku, daleko być przestało. A fajna jest świadomość, że przede mną rozpościerają się jeszcze tysiące kilometrów, które niespiesznie przemierzę i podejrzę na rowerze. I gdy tysiące zamieniają się najpierw w setki, a te wkrótce i w dziesiątki – robi się trochę głupio, może nawet smutno. Wtedy się bardziej przykładam do czerpania z nich, ile się da, wiedząc, że dni pozostałe na świeżym powietrzu są już coraz bardziej policzone.

Kilkanaście dni przed ostatnim dniem podróży, pożegnałem się z plączącym języki Magyarorszag i przekraczając naddunajski most, zobaczyłem napis „Slovensko”. Na razie oba te słowa brzmiały jeszcze na tyle obco, bym o rychło nadchodzącym końcu tej długiej podróży wciąż dość skutecznie nie pamiętał.

Za to tablica z napisem „Polska” i Chyżne kazały mi sobie o tym przypomnieć, skoro to ostatnie miejsce jest porządnie wbite w moją głowę, pamiętającą radiowe komunikaty o wielogodzinnych kolejkach tak tam, jak i w Świecku, Kołbaskowie, oraz jeszcze paru innych, notorycznie zapchanych miejscach na polskich granicach z czasów przedunijnych. Polska to Polska – i dojazd do niej oznacza to, że następnych krajów do odwiedzenia na razie już nie będzie.

Tego listopadowego popołudnia kolejki już oczywiście nie było. Prawie niezauważenie wjechałem do Polski. Gdyby nie nagły atak pstrokatej polskiej architektury, we mgle mógłbym przejechać jeszcze parę kilometrów nieświadomy, że opuściłem ostatni zagraniczny kraj – taki ten znak graniczny był niepozorny. Tak, jak było umówione, pojechałem najkrótszą drogą w kierunku Krakowa, ale nie potrzebowałem wiele czasu, by pozmieniać  te plany. Nie oparłem się urokowi śniegu i zamiast jakimiś poślednimi dolinami, musiałem zanurzyć się w świeżej zimowej scenerii Babiej Góry, zobaczyć zasypaną śniegiem przełęcz Krowiarki, zbaczając z drogi po raz pierwszy już godzinę od startu pierwszego, polskiego dnia.

I tak zaczęła się seria poślizgów i zboczeń z kursu.

Bo podróż bez zboczeń – to nie podróż. Szczególnie na sam koniec.

Gdy mogłem stanąć na dwa dni w Lanckoronie w drewnianej willi z lat międzywojennych, która przypadkiem okazała się być ulubionym miejscem Andrzeja Wajdy, o którego odejściu dowiedziałem się dopiero tam – stanąłem. I siedziałem tam, patrząc na panoramę nieodległych gór, przesłoniętą dymem unoszącym się niespiesznie z wielu dolin u mych stóp, zasłaniającym Babią Górę, spod której przyjechałem poprzedniego wieczora. Stanąłem i cieszyłem się pokojem z drewnianą boazerią i zapachem starego domu, z Lanckoroną dla siebie, dwóch studentek z Krakowa na weekendowym plenerze malarskim, oraz grupy japońskich turystek, które akurat tam, w listopadzie, na brukowanym rynku, wyglądały jakby przybyły z innej planety. Super miejsce, Lanckorona, szczególnie wtedy, kiedy nikogo tam nie ma. Kiedy mogę zapytać właścicielkę pensjonatu o wolne miejsce na kolejną noc i mieć tę pewność, że nie odmówi, bo wszystkie pokoje są wolne.

Korzystając z okazji, że długo nie będzie takiego czasu, bym po prostu jechał przez środek Polski bez żadnego goniącego końca urlopu, spróbowałem też zatrzymać się na dwa dni w skutym przymrozkiem pensjonacie pod zamkiem w Mirowie. By pokręcić się między okolicznymi ruinami i usłanymi kamieniami jałowymi polami Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Ot tak, by móc popatrzeć na wstające poranne mgły i wapienną scenerię dookoła. Jak to często wcześniej bywało, znów zostałem o jedną noc dłużej, niż się spodziewałem, świętując podjęcie tej dobrej decyzji kaszanką z cebulką na kolację, której nie widziałem pewnie ze dwa lata.

Wyjazd z Krakowa też opóźniłem pod byle pretekstem. Wyjątkowo zasadnym powodem była studencka impreza odprawiana pod wodzą kuzyna, po której nie udało mi się wstać na tyle wcześnie, by zdążyć w plener doliny Prądnika przed zapadnięciem zmroku. Od czego jest następny dzień.

Kombinowałem podobnie pod słowackim Martinem, gdy znalazłem wieś wystarczająco zabitą dechami, z paroma pensjonatami i barem dla miejscowych robotników leśnych, który tego dnia był jedynym właściwym miejscem do odwiedzenia. Tak samo jak pokój w sąsiednim pensjonacie, z wystrojem zdecydowanie pamiętającym Czechosłowację sprzed 1992 roku. Takie są najlepsze, najbardziej zapadają w pamięć – wszędzie gdzie byłem, od Wisły aż po po sam Ob.

Gdyby nie to, że miałem już konkretne plany na koniec listopada, zygzakiem zahaczyłbym jeszcze o Opole, Rzeszów i Zachodnie Tatry – bo przecież to wszystko, z perspektywy drogi przez pół Europy, leży bardzo blisko siebie. Jedynie teraz, siedząc już w jednym miejscu, te punkty zdają się być odległe – zbyt dalekie, by się tam nierozsądnie wybierać tylko na chwilę. Ale jak jedziesz miesiącami, nie ma w tym żadnej nienormalności, by zbaczać o setki kilometrów tylko dlatego, że możesz i chcesz. Jak pod Hanoi, oddalonym ode mnie pewnego dnia o jeden dzień drogi, gdy nadłożyłem osiemset kilometrów, by zobaczyć drogi północy Wietnamu – bo tak.

Ale czego bym nie robił, gdy zima zaczyna pukać do coraz sztywniejszych od szronu drzwi namiotu, nie da się końca wyprawy przeciągać w nieskończoność – i bez tego biletu do Anglii na koniec listopada, nie dałbym rady zmienić nadchodzącego zakończenia. Jak ze sprzątaniem mieszkania przed egzaminami – odwleka się tę naukę, ile można – ale daty egzaminu to za nic nie przesunie.

Fajna jest, ta Słowacja

W Chyżnem przywitały mnie opuszczona budka graniczna, mgła i nasilający się deszcz. Wiało w twarz, a i tak nie chciał ten wiatr tamtej mgły przegonić, zacinając zamiast tego mżawką, nie było więc szansy zobaczyć Tatr, skrywających się za linią najbliższych pagórków. W takie szare popołudnie motywacji miałem w sobie akurat tyle, by dotrzeć do pierwszej miejscowości i znaleźć tani nocleg. Te zawsze niby przypadkowe „tanie noclegi” to miejsca, gdzie ktoś z daleka mieszka, pracując w zakładzie po sąsiedzku, gdzie wynajmuje pokój z kimś na spółkę i skąd rzadko wraca do domu raz na jakiś czas. Mają tę ogromną zaletę, że są tanie i znajdują się tam, gdzie pensjonatu dla turystów nie ma się co spodziewać – więc dają szansę na łóżko nie tylko tam, gdzie można kupić oscypek i strzelić sobie zdjęcie w stroju góralskim. O dziwo, zawsze w tych miejscach ktoś już jest, niezależnie od pory roku – wolne miejsce nigdy nie jest oczywiste. W Polsce, w takich hotelach najczęściej spotykałem Ukraińców, czy to w Tomaszowie Mazowieckim, czy w Jabłonce. Na Słowacji spałem z Polakami, majstrującymi coś przy pobliskiej elektrowni w Mohovcach, zmęczonymi pracą tego dnia tak samo, jak ja jazdą, dogorywających przy tym samym wieczornym piwie i smażonym serze z hranolkami. Pani z recepcji była dla mnie nadspodziewanie miła, choć kartki poprzyklejane w słowackiej kuchni prosiły także po polsku, by nie zostawiać po sobie syfu. No to nie zostawiłem – i nawet Troll się tamtej nocy zachowywał przyzwoicie, bo drogi poprzedniego dnia jakoś nie były specjalnie ufajdane błotem.

Lubię wracać na Słowację. Jest jakaś bezpretensjonalna, nie mniej, ani nie bardziej senna od Polski, ale nienadęta, niepstrokata – i nie przypisująca sobie jakiejś szczególnie mesjanistycznej roli w europejskiej historii. Pośród zwykłych, nierzucających się w oczy miast, miała też parę perełek takich jak Bańska Szczawnica, czy Kremnica, o których nigdy wcześniej nie słyszałem – przez co wzięły mnie z zaskoczenia. Nie wali po oczach polską fantazją architektury, a słowackie blokowiska sprawiają wrażenie przyjemniejszych i bardziej zadbanych – a przynajmniej tam, dokąd dojechałem, nie bałem się w nie zaglądać (choć pewnie można znaleźć i takie, do których nawet za dnia się nie wchodzi). I w każdej wiosce jest piwny bar, do którego „się chodzi” w uświęconej miejsko-wiejskiej tradycji – to też jest fajne, że nie muszą panowie koczować pod wiatami sklepów, by oddać się swym małym, codziennym przyjemnościom. Jak w kawiarniach wszędzie tam, gdzie sięgali Turcy, czy w czajchanach w Centralnej Azji. Jak w ożywających o piątej rano nieskomplikowanych kawiarniach z plastikowymi krzesełkami w Wietnamie. W tych wszystkich lokalach z jednym produktem, który kosztuje kopiejki i jest naturalnym elementem tego miejsca, odpowiadającym potrzebie okazjonalnego przebywania w towarzystwie innych ludzi.

Jedynie mój wyidealizowany obraz tego, że w każdej słowackiej wsi można dostać smażony ser, musiałem zrewidować. Nie szkodzi – i tak lubię być na Słowacji. A gdybym o tym przez te kilka słowackich dni zapomniał, przed ponurością przejazdu przez ostatnią opuszczoną, słowacko-polską granicę, uratowała mnie para Słowaków prowadzących najbliższy przejścia sklepik spożywczy z winietami i słowackimi specjałami. Nie pamiętam już, czy to była niedziela, czy jakieś nadchodzące święto. Piwa i alkoholi mogłem tam kupić w bród – ale bez szans na chleb. Wystarczyło być jednak zmarnowanym deszczem i wiatrem, które nie opuszczały mnie od mglistego poranka pod Orawskim Podzamczem, by wdać się w serdeczną rozmowę, by ci państwo podzielili swój własny chleb na kilka części i jedną wepchnęli w moją kieszeń. Stamtąd czekał mnie jeszcze kawał drogi do Mazur, do których, jak się okazało, oni chcą na emeryturze dojechać i tam zamieszkać, z braku porządnych jezior na Słowacji. Ci państwo wciąż myślą, że do Mazur jest daleko, w taki sposób o nich mówili. A ja znów wiem, że to guzik prawda – i gdy minie kilka dni, to Mazury też się w końcu pojawią, nawet jeśli jedzie się w ich kierunku na rowerze. Jeśli nie będę kiedyś z powrotem na tym samym przejściu, to pewnie się już z nimi więcej nie spotkam – ale fajnie by było, gdyby też ktoś ich ugościł ostatnimi kawałkami chleba gdzieś nad naszymi jeziorami.

Ostatnia prosta przed domem

I tak się ziściła przede mną Polska – zwyczajnie. Bez fanfar i nagłego przebłysku słońca przez grubą warstwę chmur.

Przeciągam finał, ile mogę, ale jednak żal jest nie skorzystać z dobrej aury i wielodniowego braku deszczu, dzięki czemu te jesienne dni są zupełnie znośne. Posuwam się do przodu, nie wiedząc ile dokładnie dni pozostało mi do dotarcia do domu. Ale nawet jak uparcie staram się tego nie liczyć, to dociera w końcu do tego łba próbującego zaklinać rzeczywistość, że od Krakowa, choćbym nie wiem jak bardzo kombinował, to liczba dni pozostałych do powieszenia kasku na wieszaku może być już tylko jednocyfrowa.

W ostatnie tygodnie drogi staram się bardziej zapamiętywać wszystkie codzienne oczywistości, którymi obrosłem, a które za moment staną się bezużyteczne i należące do innego świata. Rozpalam ogniska w zagajnikach uważając, by się nie rozlazły po mokrym lesie i by nikt mnie z nimi nie zobaczył, wędzącego kiełbaski w dymie z mokrego drewna. Siadam pod wiejskimi sklepami na drożdżówkę i chwilę oddechu za winklem, osłonięty od zimnego, jesiennego wiatru. Staję na pogaduchy z policjantem w Jurze, który pozwala mi nie jechać objazdem, choć na następnym zakręcie strażacy siłują się wywróconą furgonetką, która wyleciała do rowu na śliskiej drodze. Choć chcę suchego spania i tanich noclegów, uparcie stawiam namiot w krzakach i lasach ile razy się tylko da, nie wiedząc dokładnie, kiedy wypadnie ten ostatni raz.

(Teraz już oczywiście wiem, że ostatni raz wypadł na skarpie nad jeziorem Włocławskim.)

Znalazłem taką drogę, która od granicy do Brodnicy prawie ciągle przemykała się w pobliżu lasów, dając wytchnienie od listopadowego błota pól – metoda to sprawdzona od Kazachstanu po Węgry. Jak wszędzie późną jesienią, polska wieś też już zasypiała, była innym światem od wciąż tętniącego życiem i turystami krakowskiego rynku, czy nadwiślanych bulwarów z jesiennymi spacerowiczami. Ludzie pozamykali się w domach i nie tak prosto już było gdzieś na styku ziemi łódzkiej i kielecczyzny dostać wieczorem wodę do butelek. Gdy już mi się raz udało znaleźć jakieś otwarte drzwi, napotkany  mężczyzna grzebiący w rozbebeszonym motorowerze był tak zaskoczony moją odpowiedzią na pytanie, skąd jadę, że zdziwiony tylko poprosił, bym się gdzieś na pamiątkę podpisał. Tyle miesięcy czekałem na taką prośbę! A tymczasem – ściany warsztatu są całkowicie białe, do pisania była tylko kreda, a jedyne czarne tło znalazło się na błyszczącym plakacie z rozebraną kobietą, jakże typowym dla warsztatu samochodowego. Musiałem się więc podzielić z nią tą czernią, wcisnąwszy napis „od Syberii do Polski rowerem” obok niej, z pełnym przekonania stwierdzeniem mechanika, że żona w to nie uwierzy, gdy wróci z pracy.

Ja też jeszcze nie do końca w to wierzę, ale dotarłem do końca. Tak po prostu – choć mogło być znacznie gorzej, gdybym nie miał ostatniej, ciepłej gościny u Magdy i Bartka pod Toruniem, gdzie mogłem wysuszyć przemoknięte buty – w przeciwnym razie, ostatni dzień zapamiętałbym pewnie z chlupania w skarpetach. To, że dostałem od nich czapkę na zastępstwo mojej, doszczętnie zmoczonej, znaczyło nie mniej. Dzięki!

Ale było bardzo normalnie, zajechać tam, skąd wyjechałem niecałe dwa lata temu. Może nawet zbyt normalnie. Patrząc wstecz, najdziwniejszy ze wszystkich momentów w Polsce nie był ten, gdy doturlałem się po zmroku do Brodnicy – tylko ten, gdy przekraczałem autostradę na północ od Łodzi. I widziałem ten pęd firmowych samochodów, jadących za równym płotem, by zdążyć na wieczór do Warszawy – i będący światem bardzo obcym względem tego, w którym wciąż jeszcze tkwiłem. A ja się ucieszyłem, że jeszcze przez chwilę mnie to nie będzie dotyczyć. I powoli pedałując, wjechałem do prawej górnej ćwiartki naszego kraju, za główne zmartwienie jeszcze przez parę dni mając nie terminy abstrakcyjnych projektów i kokosy, a znalezienie odpowiedniego miejsca na namiot i ognisko oraz pewność, że w sakwie jest chleb i zagrycha na najbliższą kolację. Tyle!

***

A jako, że okazji lepszej chyba nie będzie, oprócz zdjęć, dorzucę parę liczb. Dni w podróży spędziłem 567. Teoretycznie więc, nie zostawiając pracy, potrzebowałbym 22 lat pracy na etacie i wykorzystywania pełnego urlopu co rok, by przeżyć coś podobnego – a oczywiście nie byłoby to samo. Z majówkami i dniami świątecznymi może dałoby się kilka lat uszczknąć.

Kilometrów zebrało się w sumie 23225, nie licząc tych przebytych w jednym promie, dwóch autobusach, pięciu pociągach i tyluż samolotach. Nawet samochodem w ciągu półtora roku chyba nigdy tyle nie przejechałem. W ciągu przeciętnego dnia jazdy, przejeżdżałem 64 kilometry, pedałując przez 4,5 godziny dziennie, ze średnią prędkością 14,5 kilometra na każdą z tych godzin. Najwięcej kilometrów przebyłem w Kirgistanie (2758 km), któremu dzielnie po piętach deptali sąsiedzi Tadżycy (2745 km) i przemili Tajowie (2666 km). W Kirgistanie zmieściłbym wiele Macedonii (gdzie kilometrów było, choć przepięknych, zaledwie 133). Benzyny do kuchenki przeze mnie z dymem poszło na oko z 25 litrów.  Co innego z kawą – specjalnie na nią poszedłem około 180 razy, z których większość pewnie nabiłem w Wietnamie, Tajlandii i na Bałkanach. Jestem chyba uzależniony od małych tureckich filiżanek i azjatyckich półlitrowych kubełków. Z cyferek – to chyba tyle, bo przecież zawsze coś jeszcze można znaleźć, ale akurat bardzo intrygujących mnie temperatur nie mogę wiarygodnie napisać, bo termometr miałem pośledniej jakości. Jaki by jednak nie był – na pewno były momenty, kiedy marzłem, jak i takie, gdy grzałem się do granic przyjemności.

Cierpliwym – dziękuję za uwagę! Miło mi było dla Was pisać.

– i do zobaczenia gdzieś na amerykańskich ścieżkach.

(tylko jeszcze nie wiem, kiedy to dokładnie nastąpi.)

***

 

2 komentarze

  1. Obszerny i konkretny materiał. Podziwiam Twój zapał i ilość przejechanych kilometrów. Dobre zdjęcia obrazujące rzeczywistość.

    Pozdrawiam.

Brak możliwości komentowania