Kirgiskie Śródziemie

No więc tak.

Wyjechaliśmy z Pamiru. Wydawało nam się, że wszystko to, co najtrudniejsze i zarazem najpiękniejsze, jest już za nami.

Z chwilą przekroczenia kirgiskiej granicy i nieodwołalnego zjazdu z czterokilometrowych wyżyn, równie nieodwołalnie zamknąłem górski rozdział podróży. A tak przynajmniej jeszcze mi się wówczas wydawało. Bowiem w euforii przeżycia tadżyckiego rowerowego raju, jakoś zupełnie zapomniałem o górach Kirgistanu i Ałtaju, co jeszcze w Rosji czekały (a jak to piszę – to zamieniam czas przyszły na teraźniejszy. Wymrażam się bowiem w Ałtaju właśnie teraz).

O tym nieostrożnym zaślepieniu dopiero co zdobytymi ziemiami pisałem już przy innej okazji wcześniej. I tak, pławiąc się w post-pamirskiej glorii i samozadowoleniu, przyszło się nam z Nickiem zmierzyć z niespodziewanym kawałkiem drogi – a przynajmniej niespodziewanym i niedocenianym po Pamirze – który okazał się być czymś więcej, niż tylko pożegnaniem z górami na otarcie łez. Łzy się dopiero mogły polać – te sporadyczne łzy szczęścia napływające w momencie, gdy do mózgu dociera, że właśnie wdrapałem się na kolejną z niebotycznych przełęczy, już też zostały za mną w Tadżykistanie. Może nie wypływały codziennie, ale było kilka takich chwil, co były warte zapamiętania. A jeśli nie niesamowity widok, to przynajmniej dobry kawałek w słuchawkach we właściwym momencie – czasem to wystarczyło, by się wzruszyć bez łatwego do określenia powodu.

Za to w Kirgistanie łez radości tak naprawdę już nie było – nie ta wzniosłość, nie tak wyjątkowe miejsce. Ciężka robota, trochę fajnych widoków – chociaż wciąż przygoda, jakich mało. W męskim towarzystwie, jak w reklamach piwa – po ciężkim dniu widać było na naszych twarzach zadowolenie z dobrze wykonanej roboty. Tylko temperatury nie takie, by czerpać frajdę z picia czegokolwiek zimnego. Zmieniliśmy się w Azji w potulne koty, pijące herbatę z takich samych misek, z jakich koty w Europie chłepczą mleko – byle to trochę ogrzało zmarznięte i zmęczone ciało.

Ale była to piękna przygoda. Dużo wysiłku okraszonego wspaniałymi widokami w nagrodę. Wspólne przeżywanie tych momentów też miało dobry smak, choć podjazdy pod kolejne góry zwyczajowo każdy z nas przeżywał swoim tempem. I niestety to Nick na mnie czekał – a nie odwrotnie. Z czasem ta jego przewaga topniała – chciałbym wierzyć, że to moja forma wzrosła, choć faktycznie raczej chodziło o chwilowy jej spadek u przeciwnika (to znaczy – kompana). Ale miał już na karku ponad dziesięć tysięcy kilometrów i niejedno zmaganie z przygodnymi zarazkami – na zmęczenie materiału i młodość nie zawsze pomaga. Teraz przynajmniej leczy się chińską medycyną – on tam już dojechał, skubaniec!

Wracając do Kirgistanu… Zanim jeszcze odbiliśmy z głównej drogi, asfalt pełen dzikich kirgiskich kierowców dał nam się we znaki na tyle, że czekaliśmy z wytęsknieniem nadchodzącego ubocza. Co ciekawe, mimo tego, że jego przebycie było przeżyciem ogromnym i zasługującym na specjalne traktowanie – w przeciwieństwie do swych słynnych sąsiadów, ta droga nie jest nazwana niczym więcej ponad zbitkę trzech słów – The Middle Road. W porównaniu z Jedwabnym Szlakiem, The Pamir Highway, czy Karakorum Highway, to jest nazwa nie oznaczająca prawie nic, a służąca odróżnieniu tej drogi od głównej trasy łączącej Osz z Biszkekiem, pełnej pędzących samochodów korzystających z dobrodziejstwa twardej nawierzchni. The Middle Road jest chyba tylko nazwą „techniczną” wśród rowerowej braci, istniejącą z braku lepszych*. A jej wymówienie w czasie przeszłym jest też trochę jak przepustka do tajnego klubu tych, co ją przejechali – klubu tak sekretnego, że tylko jego członkowie posługują się tymi trzema słowami.

A myląca jest ona, niebezpiecznie uspokajająca, niezapowiadająca ani przeżyć, ani dreszczy, ani nerwów. Jest sucha, bez polotu. Nie ma w niej ani lekkości i egzotyki jedwabiu, ani wzniosłości Pamiru. Nie istnieje ta nazwa poza głowami rowerzystów, tak prawdę mówiąc. Ale w naszych głowach, w tym klubie właśnie – z każdym dniem coraz bardziej wykluwało się porównanie Drogi Środka ze Śródziemiem, Mordorem – jakimś strasznym miejscem, spalonym, jałowym. I skojarzenia takie przychodziły niezależnie od języka, w którym padały.


I nie można o Śródziemiu wspomnieć obojętnie, wyłącznie jak o drodze z zachodu nad jezioro Song-Kul – w końcu od wschodu do tego jeziora można dojechać przez zaledwie jedną przełęcz w dwa dni od nowej chińskiej drogi. A to nie to samo, co tydzień przedzierania się przez góry i doliny, przez suche pustkowia – i jedną alpejską dolinę. I przez przełęczy tyle, że pogubiliśmy się w rachubie. To nie to samo, co brnięcie przez to wszystko z kołami uginającymi się pod siedmiodniowymi zapasami tak bardzo przypominającymi przygotowania do „zdobycia” Pamiru – skądinąd bardziej przewidywalnego jak o zaopatrzenie chodzi (ja tu dalej walczę z pewnym mitem).

Stojąc przed wyborem drogi lekkiej a drogi ciekawej, w napięciu podsycanym nowymi opowieściami o obu opcjach spływającymi do Osz z każdym przyjeżdżającym rowerzystą, wybraliśmy opcję jedyną słuszną. Tak na pożegnanie z górami, z Azją Centralną – jak i z czystej ciekawości. Trzeba tam pojechać, póki jest czas, bo tak jak niedawno naprawiono drogę Biszkek – Osz, tak teraz Chińczycy zabierają się za naprawę i tej przeprawy – i pierwsze rozkopane ślady już widać, choć długa jeszcze przed nimi droga i dosłownie, i w przenośni. Jak już ją zrobią i poryją góry nowymi tunelami, potem nie będzie o czym opowiadać.

Nawet jeśli mieliśmy kiedyś dość tarki i żwiru z Pamiru, szybko za nią na wyprawie w Kirgistanie zatęskniliśmy – lub też raczej za zazwyczaj widoczną alternatywą wyjeżdżoną w pobliżu przez sprytnych kierowców. W Śródziemiu zwykle nie ma gdzie takiej równoległej ścieżki poprowadzić, ponieważ i przestrzenie nie są tam tak nieograniczone. W takich sytuacjach pomagało wczuwać się w umysły pasterzy i ich owiec, idących po najmniejszej linii oporu. Owce, pędzone nienasyconym głodem za wszystkim, co zielone – rok za rokiem i pokolenie za pokoleniem, tak samo jak ich pasterze – wydeptały w wielu miejscach zbawienne ścieżki ginące między karłowatymi krzaczkami, dające oddech od frustrującego orania luźnych kamieni. Choć często pozostawały niewidoczne na pierwszy rzut oka, nasze oczy wkrótce wyczuliły się na widok tych cienkich smug gdzieś niedaleko od drogi. Cieszyłem się, gdy to ja pierwszy znajdowałem taką alternatywę, a Nick szedł w moje ślady – i tak samo zazdrościłem jemu, gdy pierwszy wyczuł swym skautowskim szóstym zmysłem trochę twardszego gruntu. Nie wiem nigdy, czy lepiej być pierwszym – przecierającym szlak, czy tym drugim – który choć upokorzony, to widzi przepiękny widok pędzącego rowerzysty, spod którego kół ucieka kurz. Ale nie zdradzę, kto z nas miał lepszego nosa.

Jeden z przewodników napomina, że główne miasto na tej trasie – żyjące głównie dla obsługi pobliskiej kopalni – jest zimą odcięte od świata przez śnieg zalegający na przełęczach leżących na obu drogach do niego prowadzących. O Kazarmanie mowa – w którym uczucie odizolowania i zatrzymania się czasu w czasach sowieckich biją po oczach. A dla nas był jak oaza, mimo całej swojej przygnębiającej aury – ale też ile miast tak naprawdę podnoszących na duchu przejechało się do tej pory? Nie mogąc się zdecydować, którą z dwóch restauracji wybrać – w jednej zjedliśmy przed wielkimi zakupami prowiantu na następny tydzień, a w drugiej po nich. Tak bardzo chcieliśmy najeść się zarówno za poprzednie dni, jak i na zapas. Nie dyskutowaliśmy z głodem o odrobinę luksusu. A za nami były dopiero cztery dni tułaczki przez góry, od kiedy opuściliśmy duszny, gorący Dżalalabad na skraju Kotliny Fergańskiej. A dalej za Kazarmanem znów tylko żwir, pojedyncze wsie na mapie bez gwarancji istnienia, oraz plotki od innych podróżników którzy już tu byli, że ze sklepami i jedzeniem będzie krucho. Później się okazało, że aż takiego dramatu z brakiem cywilizacji i sklepów nie było – może ci szwajcarscy rowerzyści nie byli równie rozgarnięci co my? – ale z tak słabą mapą, jaką mieliśmy, lepiej chuchać na zimne, niż później głodem przymierać. **

Ale dzięki tym trudnościom wiedzieliśmy, że dobrze wybraliśmy, próbując przebrnąć przez Śródziemie. W tym wszystkim chodziło też przecież o ambicję i być może po raz pierwszy od bardzo dawna o udowodnienie, że możemy zrobić coś ponad nasze siły. To był ten jeden z niewielu razów, kiedy świadomie wybraliśmy trudną opcję zamiast łatwej, a nie jak w Pamirze – niełatwą, ale nie było innej. Ego łechtała świadomość, że nikt ze znajomych, których zostawiliśmy w Osz, nie chciał już tędy jechać, przeczuwając nadchodzące załamanie pogody i takie warunki nad jeziorem Song- Kul, jakie w Pamirze były miesiąc wcześniej. Tacy z nas twardziele – prosiliśmy się o występ w tej reklamie piwa coraz nachalniej.

I w tym kontekście spotkanie kilku par na rowerach jadących w przeciwną stronę – już po tym jak myśmy myśleli, że tam się do wiosny już więcej zdziałać nie da – potłukło to nasze zadowolenie w drobny mak. Samonakręcająca się wiara w to, że zamykamy drzwi do Śródziemia aż do następnego sezonu trwała w nas przez całe dziesięć dni, które tam spędziliśmy. Przez cały przejazd myślałem, że po nas już tylko zima i wnerwianie tych, co nie zdążyli tam zajrzeć w tym roku – i pewnie już więcej okazji do tego mieć nie bedą. A zamiast tych momentów chwały w jakimś pensjonacie w Biszkeku, będąc już z powrotem na idealnej chińskiej drodze, spotykamy dwie roześmiane dziewczyny z facetami, którzy wcale nie wydawali się być przewodnikami w swoim stadku. Jechali nad Song-Kul, do Śródziemia, do Kazarmanu – i dalej do Osz. W październiku. Po nas! Jak to tak? I to wszystko kilka dni po tym, jak nad jeziorem Song-Kul, leżącym na trzech kilometrach nad poziomem morza, pasterze zwijali ostatnie jurty i napasawszy swoje owce, uciekali na zimę do rodzinnych dolin. W czasie, gdy mroźne nocne powietrze było tak samo zachwycające swą przejrzystością i przybliżaniem gwiazd na niebie, co przerażające zupełnym brakiem ochrony przed chłodem płynącym prosto z niedalekiego już kosmosu.

I nagle się okazało, że to chyba nie my z Nickiem powinniśmy dostać piwo na koszt lokalu.

* Sam motyw rzeczy technicznej jest moim małym wkładem w rowerowy Jedwabny Szlak – tyle tej drodze dałem od siebie, oprócz jakże nie-zachodniego zamykania się w sobie na czas odpoczynku i nierozmawiania z kim popadnie w pensjonatach, jak nakazywałaby uprzejmość. Już wyjaśniam – otóż nikt w innych językach, jakie spotykałem, nie oddziela żadnym specjalnym słowem wody ze strumienia od tej pitnej ze sklepu, czystej benzyny do palnika od benzyny już zużytej do jego czyszczenia lub czyszczenia łańcuchów. Dla Polaka jest jasne, że chodzi o coś „technicznego”.

** Na razie bowiem, oprócz trudności terenowych, istotnym problemem stała się mapa Centralnej Azji niemieckiego wydawnictwa „Reise Know How”, która nadaje się jako poglądówka w biurze turystycznym. Co z tego, że jest wodoodporna i niegniotąca się? Jest szansa, że Chińczycy zrobią tunele i drogi tam, gdzie Niemcy już je zaznaczyli na swojej mapie – a może ci drudzy już wiedzą coś, co jeszcze jest sekretem dla zwykłego zjadacza kirgiskiego chleba? Bo jak na razie, w krainie w której nie ma zaopatrzenia za każdym rogiem i trzeba wiedzieć z dużą dokładnością, gdzie będzie woda, most, przełęcze czy też miejscowość i sklep – ta mapa zawodzi na całej linii.

 

Brak możliwości komentowania