Wietnam na autopilocie – Droga Ho Chi Minha

Trochę skłamałem mówiąc ostatnio, że dalej na wschód nie będzie. Było – i dopiero po tysiącu kilometrów na południowy wschód od tego niedawnego uproszczenia mogę to powtórzyć bez mrużenia oka. Po kilku dniach jazdy nad morzem, nieplanowanych zresztą – i być może tym przyjemniejszych, bo nie spodziewałem się, by jazda wzdłuż brzegu mogła być fajniejsza od odkrywania górskich widoków – dobiłem do ostatniej z kilku dotychczas odkrytych, ciągnącej się wielokilometrowym łukiem, plaży w Danang. I widziałem ją tyle, ile zajął przejazd wzdłuż niej z przerwą na oddech i pogapienie się na dzieciaki, zmagające się z optymistami (dla niewtajemniczonych – to takie małe żaglówki, opływowe jak szafy, by się młodziki zanadto nie mogły rozpędzać). Zamiast, jak na Niskim Brodnie w Brodnicy, wskakiwać z pomostu, musiały się zmagać z morskimi falami i wsuwać stery w uchwyty całkiem daleko od brzegu. A trener krzyczy, nie oszczędza maluchów. Ja natomiast, po chwili na oddech od upału, zamiast dobić do brzegu otwartego morza, dobiłem do koleżanki, która w Danang mieszka od jakiegoś czasu. Zamiast zobaczyć China Beach, na której w latach 60-tych wylądowali pierwsi amerykańscy marines, zobaczyłem znajomą z dawnych lat w ostatnim działającym barze (bo Wietnam chodzi spać wcześnie), do którego przez ten wątpliwy zaszczyt przylgnęła ksywa „popielniczki”. Siedzieliśmy na jej skraju, by muzyka nas do końca nie zagłuszyła – i jak na krawędź popielniczki przystało, tliła się ta nasza rozmowa do bardzo późnej nocy. A ja tę noc, chcąc nie chcąc, musiałem zakończyć wczesną pobudką, i jakby nic się nie stało, ruszyć rano w dalszą drogę.

Wróciłem w trasę, w Wietnam z powrotem niebłyszczący, nieświatowy – bo Danang, mimo imponującej panoramy wieżowców, według żyjącej tam od roku Alex, jest boleśnie prowincjonalny. Jest jak duże-małe wietnamskie miasto, tak jak mniejsze wietnamskie miasta są jak duże wietnamskie wsie. Tylko skala się zmienia. Ona mogła mówić co chciała, i miała argumenty trudne do utrącenia – lecz mi się ta długa jazda wzdłuż plaży i tak podobała, nawet jeśli widać, że nie tak wcale stare bulwary szybko straciły blask. Wiele z nich przerasta trawą, chodniki są popękane. Gruzińskie Batumi mi to przypomniało, gdzie tak jak tutaj, coś powstało trochę na wyrost – i gdzie w morzu zielska, chwastów i poschniętych palm stoją pojedyncze, wciąż błyszczące ośrodki wypoczynkowe, wymagające jednak uważnego kadrowania przy robieniu zdjęć do katalogu turystycznego. Ale nie jest to teren wymarły – w żadnym wypadku! Może to i lepiej, że pomimo prób ogrodzenia tego wszystkiego, by stworzyć enklawy dla turystów, mimo prób nadania temu miejscu obcego, „światowego” blichtru, w te szpary i szczeliny szybko wróciły i się w nich zadomowiły okrągłe łódeczki rybackie, starsi panowie siedzący na murkach, sprzedawcy soku z trzciny cukrowej rozkładający wreszcie nie mikro-taborety, a normalne składane krzesła (to w Wietnamie rzadkość i nowość!) – wszystko to nadaje temu miejscu wrażenie, że normalne życie nie dało się tu w pogoni za światowością zepchnąć na drugi plan. Jest dobrze, to miasto żyje – sklepy, warsztaty, restauracyjki, kafejki (oraz przeklęte karaoke) – mają się dobrze.

Zabawiłem tu chwilę, jedną noc, która była bardziej symboliczna z uwagi na spotkanie, niż na cokolwiek innego. Gdyby nie to, byłby to jeden z wielu powoli już mylących mi się przystanków, przerywających obecną podróż z Hanoi do Bangkoku. Już następnego dnia, wróciłem w głąb lądu – jeśli można tak powiedzieć o kraju, który specjalnie głęboki przecież nie jest. Jechać w głąb Wietnamu tutaj to jak szukać czegoś w trzewiach konika morskiego – nie trzeba głęboko grzebać, by przewiercić to wąskie stworzenie na wylot. Z tej cienizny wynika jeden zasadniczy problem – nie ma dużego wyboru dróg. To nie Tajlandia, gdzie nietrudno było znaleźć swoją drogę w milionie kombinacji ścieżek i dróżek, oplatających w większości rozłożysty kraj.

Od kiedy opuściłem Hanoi i wyruszyłem na południe, kilka czynników zaczęło składać się na możliwą wyprawowo-przygodową katastrofę – jestem niechybnie skazany na jedną z kilku bardzo tłocznych dróg. Wietnam jest długi i wąski, z dwoma drogami, jedną absolutnie główną – i drugą, równoległą do niej, trochę mniej główną, i zrobioną chyba po to, by nie zmarginalizować interioru. A mi się przecież od wyjazdu z Polski jeszcze chce uciekać od wszelkich głównych dróg, z czym akurat w Wietnami często jest problem, jeśli nie chcę jechać zygzakiem w poprzek kraju, odbijając się między dwoma głównymi arteriami, nadkładając jednocześnie setki kilometrów. Nie mam na to tym razem czasu – rzadko kiedy się go zresztą ma, nawet w podróży bez większych czasowych ograniczeń. I tak już w Wietnamie przejechałem tyle, ile w linii prostej dzieli Warszawę od Syrii (albo Madrytu) – wystarczy tego, bo życia nie wystarczy na resztę świata. A przynajmniej życia w tym roku, jeśli chcę wrócić do Polski z końcem lata. Tak więc liczę na łut szczęścia, że czasem kierowcy samochodów i ciężarówek przelatujący Wietnam z góry na dół i z dołu na górę zapomną o tej mojej, drugiej drodze, i z jakichś sobie tylko znanych przyczyn, będą woleli gnieść się na wietnamskiej „jedynce”.

I o dziwo, czasami to się zdarza, że owa Ho Chi Minh Highway jest jak droga wiejska – ale na prawdziwą samotność przez większość czasu nie ma co tu liczyć – w kraju bądź co bądź dwa razy bardziej ludnym od Polski. I od hałasu też jest trudno uciec, gdy namiot nigdy nie stoi oddalony o więcej, niż kilkanaście metrów od drogi, którą o każdej porze, trąbiąc na zapas, pędzą załadowane po brzegi ciężarówki, nie zważając na to, co po drodze. Zanim zetną zakręt z pełną mocą, zatrąbią – a mrówki na rowerach i motocyklach niech same zjeżdżają. Nieprzyjemne zachowania kierowców ułatwiają mimowolne zamykanie się w sobie i odgradzanie się w głowie od otoczenia, wyłączanie myślenia i przechodzenie w stan rytmicznego pedałowania, będąc schowanym w muzyce, która trochę wygłusza setki przeraźliwych klaksonów wytrąbianych prosto do ucha dzień w dzień, od których nie ma ani jak, ani dokąd uciec.

W Wietnamie jest niebezpiecznie łatwo włączyć autopilota i przejechać setki kilometrów, w pewnym momencie przestając zwracać uwagę na mało interesujące po którymś razie, a wciąż powtarzające się podobne elementy krajobrazu. Wszystkie wsie wyglądają tak samo, miasteczka także, będąc powiększonymi wsiami. Nazwy pamiętam przez chwilę po ich przeczytaniu, a znaki drogowe przypominają je bez żadnej logicznej konsekwencji, tylko utrudniając nawigację. Ukształtowanie terenu w tym pędzie przez Wietnam pomaga – jest płasko, nawet jeśli dookoła w niebo strzelają góry kończące swe poszarpane szczyty w chmurach – choć to nie góry wysokie, to sklepienie niebios niskie.

Jadąc prosto na południe, mętlik w głowie zwiększa przyspieszone przewijanie się wszystkich pór roku, zmieniających się praktycznie co kilkanaście dni, coraz bardziej myląc i mieszając w pamięci to co było dziś, z tym co było wczoraj, czy przed tygodniem.

Setki kilometrów mijają jakby „za oknem”, i często nie ma na ich przestrzeni żadnych punktów charakterystycznych, których kształty zapadałyby w pamięć. Byłoby to łatwiejsze do przełknięcia na pustyni, gdzie z rzadka rozsiane oazy i wsie pamięta się bardzo wyraźnie. Tutaj to jednak nie działa. Mijane dni i mijany kraj zlewa się w jedną masę, w żadnym miejscu nie było to chyba aż tak wyraźne, jak w Wietnamie. Jeszcze nie wiem, czy to wina tego, że jestem w drodze tak długo, i ten czas przeciążenia zmysłów trafił na Wietnam, czy to po prostu wietnamska specjalność. Niestety, tak jak te klaksony, to też pomaga wyłączyć się na bodźce z zewnątrz.

Próbuję to sobie urozmaicać – jechać drugim brzegiem rzeki, jeśli jest taka szansa, zjeżdżać w tylne uliczki wiosek, zamiast trzymać się tej środkowej, odnajdywać jakieś równoległe opcje dla drogi Ho Chi Minha, zamiast bezmyślnie odczytywać kilometry od punktu zero wypisane na czerwono-białych przydrożnych słupkach. One rosną szybko, czasami nawet zbyt szybko. Wtedy włącza się żółta lampka. Na szczęście, tak jak i kiepsko wklejany w czerwone przydrożne plakaty wujaszek Ho o pogodnym i dobrotliwym spojrzeniu, czuwają nade mną żywioły, oraz pojedyncze miejsca oraz sytuacje, które jakoś pozwalają wyrwać się z objęć autopilota. Wilgoć sprowadza funkcjonalność aparatu do poziomu Kodaka z lat dziewięćdziesiątych, a słuchawki do roli stoperów do uszu. Jedno i drugie sprawia, że mam więcej czasu i uwagi na inne bodźce, do tej pory tłumione przez robienie zdjęć, przez muzykę, na którą mam teraz zostawione tylko jedno ucho.

To na co mogę liczyć, by nie obudzić się po tysiącu kilometrów nie wiedząc, co było po drodze?

Na ludzi, przede wszystkim.

Bo wszechobecny żywioł ludzki, który przypomina o swojej obecności nieustannie, czasem przerywany innymi żywiołami, czasem tracący intensywność w obliczu potęgi natury – i tak nie wygasa prawie nigdy. W drodze jest tyle spotkań, że i od tego trzeba czasem odetchnąć (pewnie i o tym już kiedyś pisałem). Ludzie wybudzają mnie z autopilota, krzycząc, pozdrawiając, uśmiechając się – ale też odpowiadając na moje zaczepki, bo nie działa to w jedna stronę. Z siłą ludzkiego żywiołu w Wietnamie po prostu trudno wygrać – trzeba dać mu się ponieść i to polubić. Nie znaczy to, że czasem nie wygrażałem pięścią szaleńcowi za kierownicą pędzącej na złamanie karku ciężarówki, by w bliskiej odległości nie zobaczyć, że on do mnie machał – albo patrzył się bezmyślnie gdzieś przed siebie, co tylko bardziej mnie wnerwiało… Loteria!

Ludzie tu życzliwi, weseli – niesamowicie, ciągle, bez wytchnienia! I pełno jest kontaktu między nami – i zero jednocześnie. Bo jak prawie wszędzie na świecie między Polską i Wietnamem, jak się okazuje – angielski często w niczym nie pomaga. I tak trzeba gestykulować (lub uczyć się wietnamskiego). Ale u Ewy – polskiej podróżniczki, która wyprzedziła mnie w tych okolicach o rok – wyczytuję, że w Wietnamie rosyjski czasem działa. I zdarzyło mi się to także, jeden raz, choć wzięło mnie z zaskoczenia. Na śniadaniu u pana, który pilnował kotła z zupą pod nieobecność żony i mieszał w nim od czasu do czasu, między jednym papierosem a drugim, gdzie kilku facetów o dziewiątej zachęcało mnie do wychylenia kieliszków dla zdrowotności, ów pan w pewnej chwili rzuca w powietrze (ale i w moim kierunku) słowo velosiped, który od jazgotu otoczenia odcina się w moich uszach tak ostro, jakbym właśnie usłyszał ojczysty język. Założył, że jestem z Rosji, ot co, bo tylko z Rosjanami kiedyś się chyba spotkał.

Ale jeśli ja nie znam wietnamskiego, to jakoś nie próbuję, mówiąc „głośno i wyraźnie”, tłumaczyć rozmówcom po polsku, o co mi chodzi. U Wietnamczyków to nie działa – ten, który akurat znał kilka słów po rosyjsku, zaczynał w nim do mnie mówić. Gdyby nie było rosyjskiego, zacząłby mówić po wietnamsku, z pełnym zasobem słów, gramatyki – i z tym spojrzeniem, które wyraża zdumienie, że nic nie zrozumiałem. A ja tylko przez intonację, zwykle po angielsku staram się przekazać, że wyrażam życzliwy żal, że nic do mnie nie dotarło – choć przecież bardzo bym chciał. I mimo wyraźnego braku zrozumienia z mojej strony – słowotoku zwykle nic nie zatrzymuje. Dopóki ma ten ktoś coś do powiedzenia, to to mówi. Dobrze, że zazwyczaj mam na to ochotę, bo po co przed tym uciekać. Zwykle jest wesoło!

A na samotność i chwile dla siebie trzeba cierpliwie czekać do wieczorów, do biwaków schowanym gdzieś nieopodal drogi na skrawkach płaskiej trawy, albo w opuszczonych gajach herbacianych – ale bez gwarancji, że akurat po zapadnięciu zmierzchu nie przyjedzie ciężarówka pełna ludzi, gotowych załadować piętrzącą się obok górę manioku właśnie tego wieczora. (Oczywiście – przyjechali…)

Niestety, hałas jest dużym zgrzytem w wietnamskiej rzeczywistości. Jak szukam bocznych dróg, to oprócz standardowych powodów by to robić, doszedł jeden nowy – potrzebuję ciszy, odpoczynku od hałasu warsztatów, grzmotu ciężarówek i autobusów – i ich klaksonów, oraz klaksonów i bzyczenia skuterów. To wszystko są ciemne i głośne strony ludzkiej obecności, które w Wietnamie istnieją oprócz tych jasnych i przyjaznych- jakimś trafem zdecydowanie bardziej narzucające się niż na przykład w Tajlandii czy Laosie.

Z deszczem też trudno wygrać. I z głodem. Nie dadzą usnąć na autopilocie, wyostrzają tylko zmysły i sprawiają, że rozglądam się za ratunkiem, myślę o nim intensywnie, bo wtedy kiedy te dwie rzeczy przychodzą z mocą, której nie można odepchnąć, na ratunek trzeba zwykle trochę poczekać. I jak już jedno czy drugie dopadło „daleko od szosy”, chwilę zajmie, i uwagę też zajmie – choć czasem zdumiewam sam siebie, że znów dałem się zaskoczyć.

I dałem się podejść sam sobie w górach parku Phong Nha-Ke Bang, niedaleko dawnej granicy między północnym i południowym Wietnamem – gdybym miał z dotychczasowych czterdziestu dni wybrać w Wietnamie jakieś specjalne miejsce – to musiało być to. Przez resztę północnego Wietnamu nic nie wywarło na mnie takiego wrażenia.

Czytając mapy, już podejrzewam, że za następnym pasmem gór będzie inaczej, a gęsto narysowane poziomice wzmagając mój apetyt. Odbijam przez niewysokie góry do następnej doliny, i z niej do kolejnej z serii, gdzie mimo strzelającego w niebo krajobrazu, jazda jest lekka, szybka, dna dolin są bowiem płaskie, niewysoko położone. Są ładne.

I wpadam do Parku Jurajskiego – jest tak mgliście, zielono, tajemniczo. Od teraz góry są jeszcze wyższe, jeszcze bardziej poszarpane, jeszcze bardziej ginące w chmurach, a droga jeszcze bardziej pusta. Jestem w krainie pełnej jaskiń, niektórych otwartych do wpłynięcia łódką z trzynastoma innymi turystami i piwem w ręku, innych wymagających małego wysiłku wspięcia się po schodach, by wejść do komnat tak fantastycznych, że nie wierzyłem, że coś takiego istnieje poza filmami science-fiction. Jeśli miałbym nazwać jakieś wybrane miejsce niesamowitym, z całej rocznej podróży – to będzie to właśnie Rajska Jaskinia w Phong Nha. I bez znaczenia jest dla mnie, że przy wejściu jest piętnaście restauracji, że można podjechać pod samo wejście elektrycznym samochodzikiem. W środku się o tym zapomina (i o pogodzie także).

Jest też jaskinia, która wymaga kilkudniowej wyprawy, rezerwacji z rocznym wyprzedzeniem, i tylu pieniędzy, ile ja nie wydaję w pół roku. Wszystko to, by zachować wyjątkowość miejsca, nie zadeptać go tysiącami stóp – co się jednak pewnie kiedyś skończy, gdyż podobno dobrze mają się plany zbudowania kolejki linowej prosto do jaskini. Jak na razie jednak – jest to zabawa tylko dla ludzi bardzo bogatych – i daje pojęcie o tym, jakie cuda czekają w tych górach. I które chciałem odkryć, bo to co jest schowane pod ziemią, ma swoje odbicie w fantastycznym krajobrazie na powierzchni – i w tym momencie, odbijając wreszcie z umiarkowanie tłocznej, acz jednak cywilizowanej głównej drogi Ho Szi Mina, w jej zachodnie rozgałęzienie – lekko się przejechałem.

Bo w urodziny wyprawy, w trzysta sześćdziesiąty piąty dzień drogi, chciałem sobie sprawić jakiś prezent. Ruszyć zachodnim szlakiem wąskiego Wietnamu, serpentynami przez zielone góry. Ale świeczka na tym torcie nie chciała się zapalić. Po dwudziestu pięciu kilometrach, po nauczkach jeszcze z Gruzji, by umieć by powiedzieć sobie dość, kiedy ma to jeszcze sens – właśnie to zrobiłem. Po dwóch godzinach wspinaczki, nie będąc jeszcze nawet w połowie drogi do szczytów, decyduję, że nie mogę tak dalej – i muszę zawrócić. A żal ściska żołądek, choć także walczy o prymat z ulgą. Jestem zupełnie sam, nikt tu nie jeździ, przyroda jest naprawdę dziewicza, a droga wąska. I pusta, zupełnie pusta, nikt mnie nie mija z naprzeciwka. Nie ma nawet słupów telefonicznych – jest tylko niczym nieskażone otoczenie, i ta zieleń strasznie zielona. Niby jestem w sercu Azji, tej tłocznej Azji – a cisza aż dzwoni w uszach. Przyszło to tak niespodziewanie, że… zapomniałem zrobić zapasów na drogę. W brzuchu już burczało, a ja nawet na dobre nie wystartowałem jeszcze w las. Serio, może tego poranka byłem nieprzytomny, może zakładałem, że za tym pierwszym bezsensownie stromym i wysokim pagórkiem za ostatnimi wsiami, na rozstaju dróg, w azjatyckim zwyczaju będzie parę domów, sklep – cokolwiek. Tymczasem, zmachany po pierwszej górce widzę, że oprócz stromych skalnych ścian, opływających dżunglą – nic nie ma. I nic nie ma być przez następnych dwieście kilometrów. Zawaliłem sprawę, nie mam nawet wystarczającej ilości butelek po wodzie. Filtruję wodę ze strumienia do jedynej pozostałej butelki i termosu oszukując się, że to wystarczy – ale jasne jest, że nie wystarczy. Straciłem czujność, i jedyne co mnie teraz czeka – to odwrót.

Na pocieszenie – przynajmniej nagle znajduję wolne popołudnie na dwugodzinne wejście do Rajskiej Jaskini, i wieczór na powrót do punktu wyjścia, by przegrupować siły i pomyśleć o następnym dniu. W międzyczasie – a z jaskini, jak to z jaskini, nie było tego widać – niebo zasnuły ciemne chmury. Noc przyszła wcześniej, za sprawą wielkiej ulewy. Jeżdżąc miesiącami i zygzakami po kilku krajach jeden po drugim, dawno straciłem orientację w porach roku. Czy to już przyszedł czas na porę deszczową? Nie wiem – ale na pewno przyszedł czas na jazdę w deszczu. Na dwie godziny jazdy po ciemku w deszczu tak silnym, że od walących bezlitośnie kropli bolały oczy i bolały ręce – nie pozostawało nic innego, jak śmiać się z siebie, jak jeszcze kwadrans wcześniej omijałem kałuże, by nie pochlapać butów – a teraz nie pozostało na mnie nic suchego, nie było nawet sensu wyjmować kurtki przeciwdeszczowej. Czy mogło być gorzej? Mogło – była sobota! Znalezienie noclegu w takiej okolicy w weekend graniczy z cudem – więc ze wspaniale prostego domku na samym końcu wsi, który rano opuściłem – nici. Pukam od domu do domu – i coś w końcu znalazłem, by mieć gdzie wziąć ciepły prysznic i po całym dniu w górsko-potopowym żywiole nie przybliżyć się do celu ani trochę. Przynajmniej wreszcie mogłem wyprać buty, teraz już im było i tak wszystko jedno. To był dzień!

Ruszyłem rano w dalszą drogę – upał wrócił jakby nigdy nic się nie wydarzyło przed dwunastoma godzinami. Po godzinie buty były już prawie suche. Nie mogę już wrócić w góry, czas stoi na przeszkodzie – i tak z krainy absolutnej dziczy wracam do świata hałasu, na wybrzeże. Ale czy aby na pewno? No, nie do końca.

Tym razem, uciekając przed Ho Chi Minhem, trafiam na cichą mierzeję, gdzieś niedaleko od Hue. Gdy jadę przez nią, wiatr mnie spowalnia uderzając gorącem z naprzeciwka – i choć trwa to może dwadzieścia kilometrów – o czym dowiaduję się z pewnym zaskoczeniem wieczorem, patrząc na mapę – to zdaje się, jakby trwało to wieczność. Choć prawie pedałuję w miejscu, wcale mi to nie przeszkadza, gdyż wcale nie chcę stąd wyjechać szybciej. Mimo ślamazarnego tempa, jazda tutaj się nie wlecze. Mam też poczucie, że choć się posuwam do przodu, to wiatr uparcie chce, żeby czas zwolnił tu dla mnie tak samo, jak dla wsi, które mijam. Albo – którą mijam – bo przez całą mierzeję zabudowa się nie kończy. Takich rybackich wsi już w Polsce nie widziałem. Gdzieś na zachód stąd, oddzielona płytkim zalewem, wydmami, polami ryżowymi, biegnie droga „1”, ze swoim szalonym ruchem i nieustannym, całodobowym szumem – a tu istnieje druga wietnamska rzeczywistość, gdzie betonowa, pokruszona droga nie trawi nic większego od skuterów i samochodów, więc wszyscy, którym się spieszy, a nie są miejscowi – ją omijają. Tutaj czas się nie tylko zatrzymał, tu się jakby skończył – w buzującym życiem Wietnamie, chaotycznym i ciągle zbyt głośnym, tutejsza cisza i brak jakiegokolwiek ruchu wprawiają mnie w konsternację, i niemy zachwyt – najlepiej nie otwierać ust, żeby tego nie zepsuć.

Po ilości i wielkości grobowców, którymi usłana jest ta mierzeja, pozostaje wrażenie, że czas tu płynie w oczekiwaniu na to, co potem. A potem wreszcie nastąpi czas bogatego rewanżu, za te wszystkie chude i pozbawione akcji lata. Bo choć na południe od Hue, dawniej stolicy cesarskiego Wietnamu, znajdują się groby cesarskie – to tutaj, na mierzei, zdaje się być miejsce, w którym chce po życiu spocząć każdy Wietnamczyk. Grobowców są tysiące, bezkres grobów jest tym większy, że z racji braku miejsca, zarastają nimi wydmy i lasy bardzo gęsto. Jest ich też więcej niż domów – aż strach zejść z drogi, by komuś nie zakłócić snu. Jak zdarzy się wjechać na jakiś pagórek, widok wydm porośniętych grobowcami, lasu i morza jednocześnie – poraża.

I rozmach, z jakim te miasta umarłych są stawiane, także poraża. Domy są tu małe, biedne, szare, zbudowane prosto na piasku. O ściany oparte są, typowe dla tych okolic, małe okrągłe rybackie łódeczki, sieci wiszą tu i ówdzie. Jeden pokój, o szerokości działki, na której został postawiony, jest normą. Po co to ozdabiać, pewnie nie ma za co tego ozdabiać – jest surowo, i bardzo skromnie. Kontrast z grobowcami nie mógłby być większy. Pełne zdobień, kolorów, budowane z takim pietyzmem, jakiego nie widziałem w żadnym wietnamskim domu.

Czyje to są groby? Kim byli ci ludzie? O tych z grobowców na południe od Hue napisano pewnie już wszystko. Królowie mają kronikarzy. A o tutejsze pola nie mam jak nikogo zapytać. Znów, po angielsku nie mówi nikt, ale jestem w stanie takiego przeświadczenia o odizolowaniu tego skrawka ziemi, że uwierzyłbym, gdyby mi powiedziano, że tak do końca to po wietnamsku też tu się nie mówi.

Próbuję znaleźć jakieś informacje w internecie, które pozwolą mi uwierzyć, że było to coś więcej, niż zwykłym skupiskiem cmentarzy. Może i nie było, ale w błogiej nieświadomości nie muszę o tym wiedzieć. Ja te okolice zapamiętałem po swojemu – i zapamiętałem, że było tam cicho, i że znowu udało mi się wykiwać system, i znaleźć cichy zakątek nawet w miejscu tak pełnym energii, jak Wietnam.

 

2 komentarze

  1. My również byliśmy ciekawi co to za grobowce. Nie spodziewaliśmy się ich pośrodku „niczego”. Dobrze, że nic Tobie się nie stało na głównej trasie z Hanoi. Spotkaliśmy jedną parę która miała tam wypadek. Dobrze, że na opatrunku i łataniu sakw się skończyło.

    • Czyli nie tylko ja byłem niedoinformowany :). Ja główną trasę przecinałem parę razy po parę kilometrów, nie wiem nawet, jak można tam jechać świadomie, nie szukając zjazdów – nawet te krótkie kawałki traktowałem jak przymus. A na wspinaczce na Hoi Van cisza, to byłoby coś ciężkiego z tym głównym ruchem. Tylko prawie 50 stopni i znowu zero cienia!

Brak możliwości komentowania