Dalej na wschód nie będzie. Wietnamskie początki

Troll stracił błysk. Lada chwila przeskoczy tej podróży okrągły rok, przeskoczy też okrągłe piętnaście tysięcy kilometrów w siodełku od chwili wyruszenia z domu. Przymusowych tysięcy kilometrów w samolotach nie chcę doliczać do rachunku, bo wielkiego wysiłku nie wymagały.

Rama już zmatowiała, więc w serwisie rowerowym w Hanoi patrzę z rozrzewnieniem na błyszczące nowością rowery tych, którzy dopiero ruszają – tak jak oni patrzą na seledyn mojej ramy, który już nie błyszczy, porysowany od setek godzin jazdy – co znaczy nie mniej, nie więcej, niż to, że oprócz pięciu przykurzonych sakw, jedzie też na nim wciąż rosnący bagaż przygód – które gdzieś w tej rowerowej codzienności nie przestają się przytrafiać.

Po roku zdarzają się już takie chwile, że odechciewa mi się pędu naprzód. Teraz w jednym kraju spędzam tyle czasu, ile na początku wypadało na kraje trzy – a wtedy i tak myślałem, że się nie spieszyłem.

Ale w przeciwieństwie do Trolla – mi w oku błysk się za to jakby odnowił, niespodziewanie, na okazję dotarcia do Wietnamu. Prę prawie niewzruszenie naprzód, zwrotny jak załadowany bombowiec, a zielony jak czołg – na wszelki wypadek przylepiam więc z przodu odwróconą do góry nogami flagę Indonezji (inaczej flagi Polski w Laosie nie szło dostać), by ktoś mnie nie wziął za zabłąkanego amerykańskiego żołnierza (choć, po prawdzie, z rozmów w Hanoi wynika, że Amerykanów się w Wietnamie już nawet znosi – i jako jedni z niewielu mają naprawdę dogodne wizy do Wietnamu).

Przejechałem granicę Laosu i Wietnamu. Czuję się, jakbym przekroczył żelazną kurtynę, wjeżdżam rowerem do krainy obfitości. Wszystko wrze, ludzie pracują jak w ukropie, pieniądz nagle zaczyna przepływać z rąk do rąk – a widok wciąż działających enerdowskich ciężarówek IFA mnie zaskakuje. Cieszę się z nadchodzącej odmiany, chcę jeść, chcę mieć na co sensownie wydawać pieniądze – ale z przerażeniem, oraz pustymi kieszeniami, za to sakwami pełnymi zbędnych zakupów zrobionych w ostatniej chwili w Laosie, nie znajduję ani kantoru, ani bankomatu w wiosce po wietnamskiej stronie granicy (bo laotańskich kipów nie ma po co wywozić za granicę – są niewymienialne). Z kilkunastu afiszy krzyczy do mnie zupa pho w wielu wołowo-drobiowo-tajemniczych odmianach – ale co z tego, skoro ze skrzętnie chomikowanych od miesięcy na tę okazję stu dolarów nikt mi reszty nie wyda. Im później się tego dnia robi, tym bardziej się niepokoję, gdy każda z mijanych miejscowości – udrapowanych w socjalistyczne czerwienie, aż miło – obywa się bez banku, bez bankomatu. Najbliższe miasto wypadnie za jakieś dwa dni, których nie przejadę rowerem bez zastrzyku gotówki, bowiem widokami się nie najem. Wpraszać się na obiady też nie będę w kraju, gdzie normą zdaje się być nie gotowanie w domu, a wychodzenie na niedrogie i proste posiłki do sąsiadki, która na taką okazję od rana gotuje balię rosołu i skupuje od przechodzących kobiet świeżą zieleninę.

Trzeba coś z tym zrobić – i tym razem naprawdę muszę zacząć łapać stopa, w jakikolwiek sposób. Koniec ze znanym z Laosu karmieniem się myślami o podwózce tylko po to, by móc urozmaicać sobie długie podjazdy. Biorę to bardzo dosłownie, i im więcej wyrasta po drodze wzniesień do pokonania, tym chętniej łapię się wszystkiego, byle przejechać jak najdalej – może w końcu gdzieś będzie bank. Tego dnia mam szczęście do wesołych kierowców ciężarówek załadowanych po brzegi bambusowymi drągami – bo ewidentnie jest sezon na bambusa, i gdziekolwiek rosną bambusowe gaje, tam ludzie je przerzedzają. Parę razy zleciał taki badyl ze skarpy bez ostrzeżenia parę metrów przede mną, ale też przed maską niejednego auta. Bambus ma priorytet, a kierowca (prawdopodobnie) ubezpieczenie. Dwa razy staję na poboczu, by napić się kolejnej puszki tajskiego napoju energetycznego, którym z braku laku i przymusu wydania laotańskich pieniędzy, mniej lub bardziej potrzebnie, załadowałem sakwy przed wyjazdem z Laosu. I akurat te dwa razy muszę go wypijać duszkiem, by tylko zdążyć zamknąć sakwę, założyć z powrotem rękawiczki – i po uprzednim pozdrowieniu się ze zdziwionymi na widok rowerzysty kierowcą i pomocnikami, rozpędzić się do ślimaczej prędkości wspinającej się pod górę ciężarówki, zrównać prędkość, chwycić jakiś uchwyt i lekko pedałując, dawać się podciągać pod górę. Nie zawsze dostawałem na to pozwolenie, ale parę razy się udało. Pół biedy, kiedy jechaliśmy złączeni w uścisku po nowym asfalcie – ale zdarzały się odcinki remontowane, gdzie nawet na pół biedy nie mogłem liczyć – pozostawało tylko zaciągać chustę na twarz i trwać w chmurze kurzu uciekającego spod kół. Zwykle tego nie robię – ale kto powiedział, że z umysłem pracującym na zwiększonych obrotach pod presją czasu i głodu, mam myśleć normalnie. Trzeba było przeżyć – zaświadczam, że przeżyłem.

Bo gdyby nie te dwie okazje rowerowego autostopu, nie zdążyłbym pierwszego wietnamskiego dnia do tej nieoznaczonej na mej fatalnej mapie wsi czterdzieści minut przed zamknięciem banku. Panowie i Panie bankierzy – przybywa kosmita. Wchodzę w podartej koszulce, zapylony tak, jak dawno zapylony nie byłem. Staram się nie odwracać do kasjera plecami, na których jest już więcej dziur, niż materiału. Nowe koszulki są już w drodze, a ta musi jeszcze przeżyć jeden tydzień. Dostaję to, po co przyszedłem, choć trwa to wieki, a moje dokumenty przechodzą przez ręce czterech osób, zanim dojdą do pani wydającej wietnamskie dongi. Uzbecki czarny rynek walutowy był jednak sprawniejszy, choć trudniej było poznać, czy w danym sklepie tylko mięso można kupić, czy pieniądze również.

Wycofuję się chyłkiem, znów nie chcąc odwracać się obszarpanymi plecami, i wreszcie mogę szukać jedzenia. Jak są pieniądze, jest i pho, jest też podły hotel, jest zimny prysznic, jest kawa po wietnamsku. Jest dobrze. Co by było, gdyby na granicy był kantor? Nuda, nuda by była.

A co dalej? Dalej – Hanoi! Już tak bardzo bliskie, że mógłbym tam być i za trzy dni, gdyby nie planowane odbicie na północ, w góry na północnym zachodzie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że myślenie o trzech dniach było też trochę na wyrost – bowiem jazda po remontowanych szutrowych drogach, mijając piątą z rzędu dopiero co budowaną tamę na kolejnej rzece, do szybkich nie należy. Ale sprawia, że jest ciekawiej.

Wiele miesięcy temu koleżanka z Hanoi zapytała właściwie nie pytając, czy wpadnę do niej w odwiedziny. I tak jak wtedy było to pieśnią przyszłości, rozważaną alternatywą dla najkrótszej drogi do Chin – gdy jeszcze wspinałem się na północ przez Tajlandię w przekonaniu, że przekroczę bramy do chińskiego świata – tak w pewnej chwili dotarło do mnie jasno i dobitnie, że dotarcie do Hanoi stało się moim nowym celem w Azji Południowo-Wschodniej, znacznie większym i ważniejszym, niż o tym wcześniej myślałem. Może z pustki wynikłej po wymazaniu dużego kraju na C potrzebowałem czegoś w zastępstwie – no to mam. Choć po przyjeździe do Hanoi płuca wyraźnie dają mi znać, że to żaden powód do radości – to gdzieś w środku dziwnie się cieszę, gdy Viki oznajmia, że ostatnimi czasy poziom zanieczyszczenia powietrza w Hanoi jest porównywalny z tym z Pekinu. Czyżby kolejne – niepotrzebne już chyba – potwierdzenie, że nie muszę tam już jechać? Możliwe.

Pył, zimowa mżawka, mgła nie pozwalająca dostrzec drugiego brzegu jeziora Ho Tai w centrum miasta (oraz absolutnie przegięte wyzwanie przejechania ostatnich stu sześćdziesięciu kilometrów do stolicy Wietnamu w ciągu jednego dnia) – wszystko to odbija się na moim zdrowiu bardziej, niż najgorszy syberyjski mróz. A mimo tego jestem szczęśliwy, wjeżdżając do Hanoi po ciemku, mijając ciągnące się kilometrami setki tartaków jakimiś podmiejskimi drogami wijącymi się razem z groblami, na których je pobudowano – które pasowałyby równie dobrze tu, co w Niderlandach. Wpadam do miasta, z którego lata temu na wakacjach po paru dniach szybko z Elą wyjechaliśmy w poszukiwaniu bardziej wiejskiego Wietnamu – i może dlatego tym razem czuję się już bardziej jak u siebie. Na otaczający chaotyczny ruch drogowy wzruszam ramionami; płynąc na fali adrenaliny, kawy i ciastek płynnie objeżdżam co wolniejsze skutery – i dokładnie wiem z wielodniowym wyprzedzeniem, jak będzie wyglądać okolica, do której zmierzam. Stare śmieci, bez mała – szczególnie te pływające w Ho Tai. Naprawdę czuję się tak, jakbym wjechał do Pekinu – a może i lepiej, bo tutaj czeka na mnie Viki, która mimo kilku lat niewidzenia się, zdaje się być tą samą osobą, jaką (za)pamiętałem. Jeszcze tylko jedna zupa, jeszcze jedna kawa, nim się zobaczymy – bym na przywitanie nie padł z głodu i zmęczenia – i jesteśmy gotowi na ploty. Spanie nad lokalem karaoke poprzedniego dnia, jakże uwielbianym przez Azjatów, odpoczynkowi bowiem nie służyło, ale jakoś podejrzanie długo udaje mi się siedzieć prosto i mówić do rzeczy, oraz rozumieć to, co do mnie dociera. To musi być magia Hanoi, po prostu, i radość ze spotkania, na które od wielu dni się bardzo fajnie nastawiałem, które dawało mi jak zawsze potrzebnej pary w nogi i chęci w myślach.

Ale droga do Hanoi prosta nie była. Kręciła się jak wnętrzności azjatyckiego smoka, z wyrostkiem robaczkowym umiejscowionym w Sapie na północy, gdzie w recepcji hotelu czekało na odbiór parę części do roweru, zostawionych przez panią Basię, mamę znajomych. Uratowało mi to skórę, bo choć lubię prędkość, to jazda bez hamulców nie jest odpowiednim sportem na górzysty północny Wietnam.

Tymczasem Sapa, którą kiedyś z braku czasu ominęliśmy szerokim łukiem na rzecz odwiedzenia innych miejsc w Wietnamie, okazuje się być jednym wielkim placem budowy, a widoki mogące odwrócić od tego uwagę akurat skutecznie przesłaniają nisko wiszące chmury. Ale nie spisuję Sapy na straty, choć po paru dniach jazdy przez góry po drogach, które moja mapa uparcie przemilcza, po męczącej chorobie i związanym z nią głodzie (które musiały wypaść akurat w te rzadkie o tej porze roku upalne dni) nie mam wystarczająco sił, by dać się przekonać tłumnie przybywającym do miasta kobietom z górskich wsi na piesze wycieczki do ich domów. Na szczęście, turystów nie brakuje, a każdy z nich pójdzie w góry, i każdy też zostawi tam trochę pieniędzy.

Brak butów do chodzenia po mokrych błotnistych ścieżkach, podczas gdy moje zaczynają już coraz bardziej domagać się zasłużonej emerytury, sprawia, że łatwiej mi się z tym pogodzić. Chcę tu zostać tylko chwilę, tyle tylko, ile potrzeba, by odpocząć po całodniowej wspinaczce przez przełęcz Tram Ton do Sapy i odebranie czekającej na mnie paczki z hotelu. Ale szczęście do ciekawych ludzi mi akurat sprzyja – i gdy już jestem spakowany i gotowy do wyjazdu, trafiam na osobę z zupełnie innego świata w chwili wiązania butów przed wyruszeniem w dalszą drogę, zagaduję się … i zostaję jeszcze jeden dzień. W Sapie także spędzam godziny z innym rowerzystą (pierwszym od tygodni), z którym dziwnym przypadkiem minąłem się o kilkanaście dni gdzieś na Jedwabnym Szlaku (do szczegółów doszliśmy po długim ustalaniu dat, krajów, oraz wspólnych znajomych, przyjaciół oraz nieprzyjaciół). Wystarcza tych urozmaiceń na tyle, bym nie mógł oprzeć się przełożeniu wyjazdu o pełen dzień – i zapamiętaniu Sapy już całkiem pozytywnie. Bo gdyby nie to – to (moim zdaniem) Sapa była najsłabszym ogniwem całej ośmiusetkilometrowej pętli przez północno-zachodni Wietnam. Pięknie położona, ale jak wiele miejsc w świecie, przez nienasycony apetyt na nowe hotele, coraz bardziej pozbawiona uroku miast leżących bardziej na uboczu. Nawet jeśli te inne miasta, w nowo-azjatyckim, pragmatycznym stylu, nie powalają urodą – to z braku nas, turystów, są ciekawsze, bardziej oddające rzeczywistość tego kraju. Są pełne Wietnamczyków goniących za swoimi interesami – a nie za turystami. Może mgła zasłoniła najlepsze, co Sapa miała do zaoferowania – i te parę chwil, kiedy mocno w owe dni wiejący wiatr przegonił chmury, potwierdziło te przypuszczenia. Tak jak ktoś mi powiedział przed przyjazdem do tego miasta – szukaj jakiegokolwiek miejsca do spania – byle miało widok na dolinę. Zgadzało się to co do joty – i nawet patrzenie w bezkres chmury poniżej zimnego tarasu było o niebo lepsze od patrzenia w jedną z wielu rozgrzebanych budów. Mgła oblepiała wszystko, potrafiła na krótkie chwile przesłonić twarz osoby siedzącej po drugiej stronie stołu. Nawet słaba kawa, zrobiona pod turystę, a nie Wietnamczyka, nie przeszkadzała tak strasznie, jak się patrzyło na mleko u stóp. Mleko bardziej prawdziwe od tego, które w kawie mi wylądowało (ale to raczej w drodze wyjątku, bo dopóki nie trafi się kawa z saszetki, Wietnam jest kolejnym (k)rajem dla kawoszy).

A jak wyglądał ten zimowy Wietnam, ten z boku od Sapy i Hanoi? To zależy, z której strony patrzeć. Tutaj góry lecą wzdłuż drogi z Hanoi do Sapy – upraszczając to trochę, rzecz jasna. Zapewne góry były najpierw, nie ów szlak. Góry to były magiczne, choć niespecjalnie porywające widokami. Magicznie za to odcinały to, co mokre na wschodzie, od tego co suchsze na zachodzie. Mój pomysł na spóźnienie się do Hanoi był prosty – jechać na północ po zachodniej stronie tych gór, przeprawić się przez najwyższą przełęcz Wietnamu (czego tamtego dnia bardzo żałowałem), zjechać do Hanoi po ich wschodniej stronie. Gwarancją tego, że nie rozmyślę się po drodze, była paczka z częściami – do odbioru w Sapie, na czubku mapy.

Bardzo różne były dwa światy, z Sapą je rozdzielającą, siedzącą okrakiem na siodle pośrodku grani. Po lewej – sosny, rdzawoczerwone ziemie. Choć ludzi dużo, to jest jakby luźniej, niż po drugiej stronie – częściej jest gdzie postawić namiot, jeśli akurat brzuch nie boli, i nie muszę szukać pierwszego lepszego hotelu, by wszystko rzucić w diabły i zapaść w sen na całe popołudnie (a był i taki dzień). Wiosna budzi się w taki górski sposób, puszczają pierwsze pąki, od szarej ziemi odcinają się wściekle zielone liście jakichś drzew owocowych, których nie potrafię nazwać. Od szarych zboczy trochę subtelniej odróżniają się też różowe kwiaty, może wiśni, może jabłoni – i widać te pojedyncze, kolorowe plamy z daleka – jeśli tylko dana dolina nie jest akurat zapylona przez jakąś Wielką Budowę Nieopodal – wtedy ludzie tam żyjący są skazani na ciągły opad pyłu, trwający prawdopodobnie latami. Dla mnie ogranicza się to do dni, mam więc szczęście, i staram się nie marudzić, bo te dni na drogach właśnie budowanych, w dolinach właśnie rozrytych, są najcięższe, ale też – jak zwykle – jakoś najbardziej zapadają w pamięć. Są też najbardziej fotogeniczne. Ale dają też do myślenia na temat możliwości protestu człowieka wobec wysoko podejmowanych decyzji – w tutejszym systemie, ludzie przesiedleni z dna doliny powyżej poziomu nowo powstającego jeziora, czy też sąsiadujący z budowaną obok ich nieodpornego na przenikanie pyłu domu (a wciskających się we wszystko drobin ziemi jest przecież mnóstwo, gdy się przebija drogę przez góry) – zdają się być zostawieni sami sobie. A gdy nowa droga już powstała (podczas gdy w międzyczasie starą, w trakcie budowy, doszczętnie zniszczyły maszyny budowlane), została ogrodzona płotem, obwarowana bramkami na jej odległych od siebie o pięćdziesiąt kilometrów końcach. Wsiom leżącym parędziesiąt metrów od nowej drogi zostawiono drogę jak z kamieniołomu, oraz odmówiono dojazdów do nowej trasy. Jestem ciekaw, nie szydząc wcale, czy ludzie mają się do kogo zwrócić w sytuacji, gdy przez kilka lat wielka budowa nie tylko trwa obok ich domu, ale też dosłownie wchodzi do jego środka. Trudno o to kogokolwiek tutaj spytać.

Za to na wschodzie – od razu czuć więcej wilgoci od morza, która nie może się przedrzeć przez wysoki grzbiet gór, która wisi tam jak klątwa, a im bliżej Hanoi, tym więcej jest wątpliwości, ile w tej szarości mgły, a ile miejskich zanieczyszczeń. Widać to jak na dłoni – dosłownie, bo w zmarszczkach skóry na przegubie ręki po raz pierwszy widzę mokre, czarne linie. Wyobraźnia już podpowiada, co też po takim dniu noszę w płucach. Jak Derek Zoolander, po tych kilku dniach prawdopodobnie mam zaczątki pylicy. Może nie ma sensu odmawiać papierosów, którymi Wietnamczycy zdarzają się częstować, nie widząc w tym żadnej sprzeczności z pedałowaniem?

I jest wieś – niekończąca się wieś, która ciągnie się kilkaset kilometrów od Hanoi do Lao Cai – przejścia granicznego z Chinami (tak, znów byłem pod Chinami, tak blisko nie było nawet pod tadżycko-chińskim płotem granicznym!). O Lao Cai słyszałem, że dzięki skutecznemu zrównaniu z ziemią przez Chińczyków w 1979 r. nie jest warte uwagi – a jednak najgorzej nie było. Jak zawsze, drzewa, czerwone wstążki i partyjne slogany potrafią skutecznie upiększyć każde miejsce, a życie tętniące w uliczkach daje jasno do zrozumienia, że z Wietnamczykami nie jest łatwo wygrać. Śmiem podejrzewać, że po chińskiej stronie wcale nie musi być ciekawiej.

A rzeczona wieś trwa i trwa, z małymi przerwami na cementownie, wokół których trzeba szukać ukrytych objazdów bez oznaczeń – bo to, co ewidentnie wygląda na drogę główną, kończy się gdzieś w trzewiach upiornego kombinatu. Gdy nie ma cementowni i zabudowań, są niekończące się pola ryżowe w przestrzeni między mną a górami po prawej. Każdy skrawek wolnej przestrzeni jest wykorzystany pod jakąś uprawę. Na polach, regularność ryżowych poletek zakłócają porozrzucane pozornie bez ładu i składu groby – dużo grobów. I tak wjechałem w zagłębie fornirowe – choć pozostawało dla mnie zagadką, skąd ci ludzie biorą drzewo do przecierania na fornir, gdy wokół lasów jest już jak na lekarstwo, góry też już są trochę łysawe – a tak jak po drugiej stronie gór bambus był górą, tak tutejsze wsie fornirem stały.

Tak czy owak – dość puste przestrzenie zachodniej strony gór tutaj się skończyły. Trochę to przerysowuję, ale po drugiej stronie naprawdę było luźniej. Ale dziwnie mi to nie przeszkadza, Hanoi jest bowiem na horyzoncie – i jak rzadko liczy się to, że droga nie wymaga myślenia, pozwala na włączenie autopilota, by do wieczora dotrzeć do miasta. A mimo bycia pozornie najnudniejszą z możliwych rodzajów tras, fakt że tak rzadko gnam bezmyślnie przed siebie, daje tej czynności smak czegoś nieczystego, sprzecznego z podążaniem bocznymi ścieżkami, na których jestem jednym z nielicznych obcokrajowców, którzy mają czas, by tam zaglądać. A tu, mimo przyspieszenia tempa, dalej nie widać śladu turystów. Poza okolicami Sapy, przez kilkanaście dni, białych spotykam dwa razy. To też pewnie trochę tłumaczy, dlaczego spotykani po drodze Wietnamczycy są tak żywo zainteresowani przyjezdnymi. Spotkań, rozmów, wesołych pozdrowień było przez te dni bez liku, nie tylko przy drodze zresztą. Znalazłszy osłoniętą cichą plażę nad rzeką, pod budowaną drogą, nie spodziewam się już nikogo tamtego wieczora spotkać. Ale po nocy zaczynają się rzeczne połowy, nawet na wartkich i zdawałoby się niebezpiecznych górskich rzekach – i nawet nie wiem, kiedy rybak zaczyna zaglądać mi do namiotu, a ja zaczynam zaglądać do jego łodzi. Bardzo chcę, żeby coś złowił, nabrałem ochoty na rybę z ogniska – ale dziś z połowu niestety nici. Mimo długich starań, sieci pozostały puste .

To tylko jedno z takich spotkań, o które, przy tylu ludziach tu mieszkających, nietrudno. Choć odmawiam kieliszka, gdy mężczyźni zapraszają na niego wcześnie przed południem, to nawet już nie próbuję nie przysiadać na zwyczajową zieloną herbatę po posiłku, która, choć bez wyjątku zawsze niesmaczna, jest też zaproszeniem do wspólnego posiedzenia – zwykle bez żadnego wspólnego języka. Nie szkodzi. Jadę tak przed siebie, znów mi szybko braknie tchu na odpowiadanie na wszystkie pozdrowienia – znów kiwam głową jak piesek z tylnej półki samochodu w geście pozdrowienia, bowiem czasem tylko na tyle pozostaje siły. Głupio mi tylko, że ta relacja jest zawsze w jedną stronę – chciałbym, żeby w pewnym momencie stało się normalką, że spotkam rowerzystę z Wietnamu przejeżdżającego pod moimi oknami, bym mógł tak samo zakrzyczeć i wyciągnąć rękę ze szklanką herbaty, nawet jeśli uzna mój zielony napar (zapewne także azjatyckiego pochodzenia), za niesmaczną aberrację od jego herbacianego ideału, wietnamskiego przyzwyczajenia.

Dystans do Hanoi odmierzam na równi w kilometrach, co w przystankach na jedzenie, herbatę, kawę. Skończę jeden worek pociętej trzciny cukrowej, by z poczuciem nałogu zaraz rozglądać się za następnym. Najpierw nieśmiało nie zakładam nic, nie myślę nawet, że uda mi się tego ostatniego, długiego dnia dotrzeć do celu. Ale gdy w połowie dnia pękło pół drogi, zamiast zwolnić i rozejrzeć się za miejscem na spanie – którego już nie ma jak znaleźć, gdy sześćdziesiąt kilometrów od Hanoi zaczyna się coś na podobę małego miasta – znajduję nie tyle siłę fizyczną, co determinację w głowie, by to jednak spróbować zrobić. I co? Udało się! Sadza w płuca, moc w pedały, a pho i kawa do nienasyconego żołądka – i jestem w Hanoi. Przynajmniej jeśli o stolice chodzi – dalej na wschód już chyba nie będzie.


2 komentarze

  1. No ciekawa byłam wrażeń z Wietnamu (ja mam jednak uraz do tamtejszego hałasu), jechałam dokładnie rok temu, choć nie byłam na północy. Już w ogóle nie orientuję się gdzie zmierzasz.
    ps. w kwestiach technicznych.. mogę? Zdjęcia – super, że są, fajne, ale dość dużo, długo się ładują – nie wiem, może by zmniejszać?

    • Pewnie, że możesz w kwestiach technicznych! 🙂 Wiem w czym rzecz, ostatnio przenosiliśmy z kolegą pliki na nowy serwer, było jakieś zamieszanie ze zdjęciami, i przy okazji pozmieniałem ustawienia zmniejszania, żeby jakość podciągnąć. Teraz już wiem, że za bardzo. No i poniosło mnie z ilością, ale nie mogłem się opanować. Będę o tym pamiętać następnym razem, jeszcze nie wpadłem, jak robić fajne galerie, pluginów jest od groma.

      Z hałasem masz absolutną rację, diabli mnie biorą na te ciągłe klaksony… Ale już udało mi się znaleźć (na paru uboczach) takie dróżki, że skuter jedzie raz na pół godziny, cisza i albo ogrom gór, albo szum morza. Zupełnie niewietnamsko, i na przykład pod samym Hue są takie okolice, gdzie czas zdaje się stanął w miejscu. Turysty tam nie widzieli, w każdym razie – to tak na świeżo, z dzisiaj jeszcze. Twoich śladów nie widziałem w piasku – muszę doczytać, gdzie byłaś, w jakiejś spokojniejszej chwili nad entą kawą po wietnamsku..

      A ja zmierzam ciągle do Bangkoku, jeszcze parę dni i odbiję na zachód, i potem samolotem do Kirgistanu – w drodze do domu! Trzymaj się!

Brak możliwości komentowania