Gdzie ci rowerzyści? Nie na Węgrzech.

Nie na Węgrzech!

Na Węgrzech nie było obcych ludzi. I było bardzo cicho. Poza miejscowymi, nie kursowali już przez nie turyści. Tak jak Mierzeja Wiślana jest najfajniejsza po sezonie, gdy z powrotem zamienia się w senną, rybacką krainę, tak węgierskie kurorty nad Balatonem były fajne właśnie dlatego, że nikogo w nich już nie było, a rynki i wiejskie ulice urocze dlatego, że senne i jesiennymi liśćmi zawiane. Jak to poza sezonem turystycznym jest z miejscami, do których o cieplejszej porze ciągną przybysze z innych stron. Teraz pozostali tylko miejscowi i ich sprawy. Wysyp dojrzałych, pękatych dyni, powycinanych na nadchodzące Halloween. I zero ludzi na rowerach dalekobieżnych, co by mogły zabrać człowieka dalej, niż do spożywczaka lub do pracy w niedalekim miasteczku. Jak trafisz tu w listopadzie, to zapomnij o innych rowerzystach i sam sobie jeździj wśród jesiennych pól i lasów.

Na Węgrzech, święto zmarłych było tak bardzo inne od znajomej okołocmentarnej apokalipsy – było takie, jakie być powinno, spokojne i ciche, z ludźmi jadącym na cmentarze poza godzinami szczytu, by pod wieczór zapalić znicze. Cmentarze z kolei obchodziły się bez straganów i korków dookoła nich. Nie było ich też ani dzień przed, ani dzień po. Samochody również specjalnie pastowane na ten dzień raczej nie były, a i korków do myjni, czy wyścigów do najbardziej eksponowanych miejsc pod cmentarzem, nie widziałem. Choć byłem przygotowany na tabuny kierowców wyczyszczonym lusterkiem oraz odpowiednią ilością kolorowych świecidełek wokół swojego zadka, gorzej niż przeciętnego dnia na drodze wcale nie było. Węgrzy za to mieli u mnie dużego plusa, że nie mieli potrzeby wymyślać węgierskiego odpowiednika akcji „Znicz”.

Na Węgrzech?

No tak. Pojechał rowerem przez Węgry – i teraz opowiada o ich pierwszym listopada. Niech jeszcze doda, że kantor w leżącym nad Drawą Barcs jest jeden – i że choć na chorwackiej granicy, to nawet złotówki przyjmie. Że na Węgrzech, to każda kiełbasa jest paprykowo-pomarańczowa, oraz że jeśli zapomnisz ją kupić w węgierskim Komarom, to w oddzielonym Dunajem słowackim Komarno, też podobną dostaniesz. I jeszcze nawet bez problemu w Rużomberoku. I że język węgierski to faktycznie do niczego, gra w tej samej niezrozumiałej lidze, co albański i chiński. Z takimi atrakcjami nie ma co się pchać na Kolosy.

Może by widz chociaż drgnął na wspomnienie osobliwych, półsennych rozmów z lisem o trzeciej w nocy, gdy mimo ostrzeżeń z mojej strony, ten nie mógł się oprzeć i pierwszej mroźnej nocy ukradł mi spod namiotu klapki. I że do tej trzeciej nad ranem i tak nie mogłem spać, słysząc następujące w miarę regularnie wystrzały dookoła pola, które dopiero rano okazały się być gazowymi petardami, mającymi odstraszać dziki od kukurydzy. I że odstraszając lisa, gaz pieprzowy akurat po nim spłynął jak po kaczce, a u mnie wywołał efekt podobny do podrapania się po oczach w trakcie krojenia ostrej, węgierskiej papryki. Mimo tego, że wiatru nie było, mimo tego, że powietrze było czyste i nieruchome.

Rano za to, łzawiący, dowiedziałem się od przybyłego samochodem pod same drzwi namiotu właściciela tych pól, że spałem na prehistorycznym grodzisku. Instynkt dobrze mi podpowiedział, że na owym niepozornym pagórku za Rede będę czuł się najbezpieczniejszy, tak jak czuli to pradawni ludzie zamieszkujący te ziemie, porozumiewający się ogniskami ze szczytów pagórków, bojący się spać w dolinach między nimi. Może przed ludźmi byłem bezpieczny, ale przed lisem nie zdołałem się obronić. Oto moja mrożąca krew w żyłach, węgierska jesienna opowieść.

Kogo to zainteresuje dnia następnego? Tylko mnie, bo żadnej z kolejnych nocy pod rozgwieżdżonym niebem już nie mam z kim dzielić, a i ostatniej w towarzystwie też prawie nie pamiętam.

Czy nada się na festiwal w Gryfinie? Chyba nie – bo z tego, co pamiętam, to nie historie o lisie-złodzieju z węgierskiej wsi przyciągają na takie spotkania – a opowieści o tajemniczych, niedostępnych miejscach, o których ze swadą opowiemy, jeśli się tej swady odpowiednio wcześniej nauczymy.

Ale jest pewien paradoks w tym, że to, co najbardziej tajemnicze, przyciąga tez najwięcej osób, podobnych osób, tłumnie kierujących się w stronę dróg odległych, wymarzonych i owianych legendami. Im dookoła więcej szczytów, im dziury w drodze głębsze, tym większa pewność, że dookoła będzie wielu podobnych nam ludzi z wystarczającą ilością zaparcia i pasji, by się pchać tak daleko i w tak zwykle niełatwe warunki. Wszyscy z podobnym bagażem na swoich rowerowych barkach i bagażnikach – i tam, na najgorszych drogach i wśród najwyższych gór było pewne, że będzie z kim pogadać o sprawach już wspólnych. Wymienić się spojrzeniami, które powiedzą bez słów, że „wszystko jasne”.

Bo gdzieś na chińskich rubieżach – „wszystko jest jasne” przecież, wypowiadane gromkim głosem setek przemierzających go nieprzerwanym ciurkiem rowerzystów.

Za to im dookoła zwyczajniej – a jeszcze nie daj Bóg, gdy się jedzie w odwrotnym do wszystkich kierunku (zachodnim) i o nieodpowiedniej porze roku (w listopadzie) – tym to towarzystwo zaczyna topnieć. Wtedy też przestaje być z kim pogadać. Akurat wówczas, gdy się w człowieku w końcu zaczynają kłębić i nawarstwiać kolejne, nieuchronne myśli, wyprzedzające nadchodzący koniec. Trafia się to na takich Węgrzech, na przykład. Ciągnie później jeszcze przez Słowację, no i do granicy też. I tak, rozpierzchamy się pojedynczo po swoich ścieżkach do met, zamiast uczestniczyć w codziennych dziesiątkach spotkań z rowerową bracią, które stały się przez wiele miesięcy już tak bardzo naturalne. Nasze obecne drogi zmierzają teraz odwrotnie do kierunków startowych, do tego, jak zaczynaliśmy swe perypetie dawno, dawno temu. Od kiedy gór i lasów przecięliśmy już znacznie więcej, niż siedem.

Minął już nam etap wspólnego przemierzania dróg i miejsc, które dla nas wszystkich, niezależnie od kraju pochodzenia, były wspólne – by zacząć tę podróż najdziwniejszą ze wszystkich, coraz bardziej samotną i skupioną – podróż nie do celu na odległym krańcu świata. Tę do domu.

Jedziesz przez nią prawdopodobnie sam, ze swoimi myślami, w otoczeniu, w którym coraz trudniej o kogoś, kto Cię zrozumie, przeżywszy kiedyś coś podobnego. Podróżujesz bogatszy o miesiące doświadczenia i przemyślenie choć po trochu wszystkiego, na co nigdy wcześniej nie było aż tyle czasu, w nawale podróżniczej codzienności – wstawaniu przed świtem, jeśli gorąco, lub po świcie, jeśli zimno, myśleniu o kolejnym rozjeździe, lub po prostu gapieniu się dookoła. Czym się tak trudno w pełni podzielić ze światem, jadącym torem równoległym i zdecydowanie nierowerowym. W tamtych wcześniejszych, już dość zamierzchłych, chwilach uciechy z przebycia połowy roku od chwili zero, dotarłszy do kirgisko-tadżyckiego wspólnego mianownika wielu rowerowych podróży na Wschód, nim się jeszcze nie rozjechaliśmy każdy w swoją stronę w to wszystko, co było post-kirgiskie, rozciągnięte po południku od Ałtaju do Bangladeszu – byliśmy razem, w grupie, która przeszła podobne doświadczenia i w grupowym hurra podkręcała radość tamtego momentu. Na razie, to se chyba jednak ne vrati.

Niektórzy są teraz w swoich ostatnich tygodniach w Nowej Zelandii, nim nie zapakują się na dobre w samolot i po trzech męczących dobach, nie dotrą do swoich kaszubskich stron. Kto inny jedzie okrężnie z Bałkanów, przez Alpy, do Finlandii, bo innej jesiennej drogi do Helsinek nie może sobie wyobrazić. Para spóźnialskich dopiero teraz dopada stereotypowo ciepłej Turcji, lecz tym razem już przykrytej śnieżną pierzyną i skutej ostrym mrozem.

I bogactwo dostępnych tras przez Europę sprawia, że jadąc na zachód, coraz trudniej przypadkiem wpaść na ten sam szlakowy pomysł z kimś innym. Szansa na to, że wpadniemy gdzieś rzuceni przez los na siebie, jesienią w Europie, topnieje praktycznie do zera. Poza paroma szaleńcami, jak jeden spotkany w Czarnogórze Anglik, uparcie prący na wschód, w nadchodzącą, surową, turecko-irańską zimę – sezon rowerowy się właśnie zamyka.

Do lutego, może marca, nieopierzone młodziki z kolejnego rocznika chętnych na zobaczenie świata, będą dopinać ostatnie sprawy przed wyjazdem, nie zakłócając swą dziwnością spokoju ciemnych i wietrznych, zimowych przestrzeni. Nie będą wzbogacać trasy swoim towarzystwem i entuzjazmem, w pierwszych długich tygodniach nierzadko pomieszanym z lękiem, coraz mniej dokuczliwym wraz z mijającym czasem. Dopiero z pierwszymi oznakami wiosny, ta czekająca na eksplozję tama pełna podróżników, o trzeszczących coraz bardziej szwach, znów pęknie – choć pierwsze, nieśmiałe ciurki wody pojawiają się na niej i późną zimą. I europejskie gniazdo rowerzystów wyda nowy miot, ten z „2017”-ką w stemplach zapełniających kolejne strony pustych z początku paszportów. Jeszcze nieświadomy wagi i bogactwa nadchodzących spotkań oraz nieuchronnej po około pół roku konwergencji z innymi. Tłumek, który wyruszy setkami pojedynczych i rozproszonych punkcików po mapie na wschód, które znów spotkają się najpóźniej gdzieś w Uzbekistanie – i niejeden raz zaczną tam wspólnie część swych dalszych podróży. To dla tych nowych nadchodzi teraz ekscytacja ze stopniowego poznawania swojego rocznika – oraz okazjonalne sprzęgnięcie z pojedynczymi jednostkami swoich dalszych losów. Niektórzy pojadą razem tylko przez kilka tygodni, lub wpadną na siebie po kilka razy i dadzą sobie z sobą spokój, wybierając samotność lub kogoś innego. Inni zakochają się w sobie na zabój i ruszą wspólnie w pozostałą część podróży dookoła świata.

Emocji oraz myśli, które w końcu podróży wpadają do głowy i się piętrzą, jest multum. Wyobrażenie tego, jak będzie wyglądać pojawienie się w rodzinnym mieście w listopadowych ciemnościach, jak zareagują znani ludzie, co każe zrobić serce, a co głowa – i jakie czeka potem zajęcie na przyzwyczajonego do prostego życia gościa z roweru. Tymczasem, codzienność drogi powrotnej, niezależnie od tych nadchodzących niewiadomych bardziej strasznych od najbardziej kamienistych zjazdów, nadal zmusza do myślenia o rzeczach przyziemnych, o coraz trudniejszym wstawaniu do coraz późniejszych i chłodniejszych wschodów słońca. I ta zaduma z końca tego wyjątkowego etapu życia ma niewiele czasu i okazji, by wypływać za dnia. Dochodzi do głosu trochę później, gdy porządkuję rzeczy w swoim pokoju, gdy ulatuje energia, z którą się wstawało codziennie przez tak długi czas, i gdy staje się coraz bardziej paląca potrzeba znalezienia nowego celu, który pozwoli tę energię utrzymać – choć przekierowaną na inne, post-podróżne tory.

W węgierskie dnie cieszę się z każdym zakończonym dniem, w którym udało mi się podjechać kolejny kawałek na północ, bez uciekania się do łapania autostopu, który – choć przecież nie wadzi – nie napawałby mnie radością. Otoczenie kładzie się do zimowego snu, gdy przemierzam zachodnie Węgry, po których rozbrzmiewa łoskot kombajnów i traktorów zwożących kukurydzę przez nie ściętą, gdy tętniące latem życiem wybrzeże Balatonu usłane jest kempingami z wywieszkami „zamknięte do..”, gdy mało która restauracja jeszcze pracuje, a sanatoryjne deptaki świecą pustkami. Kiedy opustoszałe węgierskie winniczki, w których po cichu zdarza mi się zanocować, są posprzątane, narzędzia pochowane w chałupkach, a sterty zbrązowiałych liści jeszcze gdzieniegdzie tylko się tlą. Że życie zupełnie jesienią tam nie przymiera, zdradzają porozklejane po wszystkich przystankach w Vesprem plakaty z Mr Presidentem i anonse cotygodniowych szlager-party dla tych, co znad Balatonu jeszcze nie wyjechali. Zdarzają się jeszcze słoneczne dni, w które już tylko od przyrody zależy, czy będzie mi ciepło, czy przenikliwie zimno, gdy rano północny wiatr zawieje w twarz i tak do wieczora pozostanie, zabierając wymierne kilka kilometrów ze średniej prędkości i niewymierne „x” punktów z porannej porcji dobrego nastroju, który został z chwil przy parującym garnku z wodą na już teraz nie fanaberyjny, a niezbędny, termos herbaty.

Wzrastająca senność i wyciszenie jesiennych Węgier objawiają się spokojnymi wioskami, które przemierzam. Takimi, w których zmarznięci ludzie czekają na przystanku na tego porannego Ikarusa do bliskiego miasta, w których jabłka już spadły, a koty z wiosennego miotu podrosły już na tyle, by się samemu wdrapywać na drzewo – ale nie na tyle, by z niego potem samemu zejść, gdy przejeżdżający rowerzysta takiego delikwenta jak strażak ratuje, ale starsza pani zza płotu podejrzewa o chęć przywłaszczenia kota, w zapewne nieczystej intencji. A przecież ja nie jestem w ciemię bity i wiem, że kota nie da się przywłaszczyć – co najwyżej kot może mi pozwolić stać się jego towarzyszem. Tym razem ani kot na to nie pozwolił, ani też pani zza płotu, więc postanowienie z czarnogórskiej plaży o uratowaniu jednego takiego i zabraniu go z sobą przez niewymagającą kwarantann strefę Schengen, pozostaje wciąż niezrealizowane. Towarzysza dalszej drogi wciąż brak, wtedy akurat, kiedy chyba po raz pierwszy zaczynam go potrzebować.

(Ale, by nie kończyć w zbytniej zadumie – Węgry są fajne na rower nawet jesienią, wbrew pewnym powtarzanym na popularnych blogach utartym przesądom o ich słonecznikowo-płaskiej nieciekawości. Tylko trzeba trochę wcześniej pomyszkować po mapach i wjechać w Węgier bardziej urozmaicone strony – i wcale nie muszą być takie złe :). )

 

4 komentarze

  1. Hubert, nie masz pojęcia jak ja się z Tobą zgadzam. Widać mam podobnie w wielu kwestiach. Szkoda tylko, że nie umiem tak fajnie ująć tego w słowa jak Ty. Gratuluję kolejnego fajnego posta. Mi się historia z listem i grodem podobała. Także pisz o nich śmiało. A kota znajdziesz sobie w Polsce. Ba może nawet weźmiesz go na wyprawę po Europie jak nie znajdziesz innych kompanów podróży.

    • Umiesz, tylko jeszcze do tego tematu nie siadłeś może ;). W końcu czytałem inne kawałki! A ja próbowałem coś innego napisać o tym etapie, ale to po prostu nie szło, lepiej dać się palcom ponieść. Teraz sobie mówię, że następnej podróży w pojedynkę nie będzie, ale… może znów się okaże, że akurat nikomu innemu nie podpasuje. Tak naprawdę, to tym drugim razem jednak nie byłbym taki kategoryczny, jak poprzednio, co do jazdy solo, inny moment w życiu chyba. I wziąłbym kota – tylko pewnie nie takiego z domu, a z drogi, bo tylko taki by to docenił. Jestem bardzo ciekaw, jak to u Was było po powrocie, bo spędzać ostatnie chwile na końcu świata musi być inaczej, nawet mimo akcji sprzedawania nadbagażu. Do rychłego spotkania, jak się oswoicie z Polską!

  2. Tylko nie zabieraj kota Jarkowi 😛

Brak możliwości komentowania