Goodbye, O’zbekiston!

Jesień i związany z jej nadejściem koniec upałów zbliżają się coraz większymi krokami – chociaż jeszcze tego nie widać w żaden oczywisty sposób. Ale my już wiemy. Chociaż ciągle cierpimy, gdy w ciągu dnia temperatura dochodzi do pięćdziesięciu stopni, to coś się już zmieniło w porankach. Nie musimy już gonić z wywieszonym językiem rowerem po Uzbekistanie, by zdążyć z wyruszeniem przed wschodem słońca. Słońce wychodzi zza horyzontu jakby wolniej, nie piecze od pierwszych chwil. Dawno nie wstawałem zaspany po siódmej, nie czując przed nim paniki.

My – czyli Podróżnicy z Jedwabnego Szlaku, udający że odkrywamy białe plamy na mapie Centralnej Azji. Te czasy się skończyły – turystów tu tyle, co wszędzie indziej. Nie wierzcie dramatycznym opowieściom o cierpieniu na samotność i totalnej dziczy. Tak było na pograniczu ukraińsko-mołdawskim, tak było w Górskim Karabachu. Na Jedwabnym Szlaku wrze jak w ulu – a o miejsca w hotelach bezustannie bijemy się z backpackersami i motocyklistami.

Wstając już o wiele spokojniej, dojechałem do Duszanbe – stolicy Tadżykistanu – po sześciodniowej przygodzie w drodze z uzbeckiej Samarkandy (choć etnicznie jednak bardziej tadżyckiej). I – co jest nowością – nie dojechałem sam! O towarzystwo na Jedwabnym Szlaku jest nietrudno, choć o fajne towarzystwo nie jest też z drugiej strony zawsze aż tak łatwo. Zakumplować się w hostelu, czyszcząc łańcuch, jest fajną sprawą. Ale żeby od razu ruszyć razem dalej i skazać się na czyjeś towarzystwo na następne tygodnie – to coś innego. Tak naprawdę to, z kim się wjeżdża do Tadżykistanu, jest determinowane przede wszystkim początkową datą wizy tadżyckiej – i jeśli ta data wypada w ten sam dzień mi i innemu rowerzyście, a do granicy jest niecały tydzień jazdy – to trudno przez ten czas ciągle jechać osobno udając, że się zwalnia akurat wtedy, gdy ten nieznośny ktoś także zwalnia kilometr przede mną. To nie mój przypadek, ale słyszałem i o takich. Mi się upiekło. Mój towarzysz drogi pozwala mi podszkolić się w porządnym angielskim akcencie, daje lekcje brytyjskiego poczucia humoru – no i co drugi dzień to on gotuje kolację. Jemu chyba też pasuje, że co drugi dzień to ja zajmuję się gotowaniem, choć chyba zaczyna mieć dość kaszy gryczanej, którą ja uparcie forsuję.

Z drugiej strony – koczując niespiesznie i w Taszkiencie, i w Samarkandzie – poznałem tam też naprawdę ciekawych ludzi, z którymi nie było szans rozpocząć przejazdu rowerem przez Pamir razem tylko z tego powodu, że ich wizy zaczynały się tydzień wcześniej od mojej.

A za Pamirem będzie wrzesień. Jak nic, z momentem wyjazdu z Duszanbe, z każdym przejechanym kilometrem i każdym metrem wzrastającej wysokości, nastanie jesieni będzie już tylko kwestią godzin.

Zaraz zaraz.. Jakiej jesieni? Na razie brzmi to bardzo odlegle, bo dopiero co, po raz nie wiadomo który, wykąpałem się w ciepłym uzbeckim kanale nawadniającym wiecznie spragnione pola. Po raz setny oblizałem wyschnięte usta, po raz kolejny musiałem stanąć w poprzek drogi, aby gorący, pustynny wiatr wiejący w plecy zaczął wreszcie dawać poczucie chłodu. Tak właśnie było na wylocie z Uzbekistanu, za Samarkandą. Żadna wielka wyprawa, raptem sześć dni – ale takich, po których marzy się o chwili odpoczynku na zielonej trawie nad rzeką.

Uzbekistan – to jest dziwny kraj. Przeplot wspaniałych krajobrazów i paskudnej pogody, która nie pozwala cieszyć się w pełni mijającymi widokami, gdy myśli kłębią się wokół otaczającej mnie ciepłej lepkości, której nie da się spławić łykiem gorącej wody. Dopiero w Duszanbe dotarło do mnie, że po drodze od uzbeckiej do tadżyckiej stolicy przejechałem aż tysiąc kilometrów – tyle, co w Iranie, więcej niż przez Polskę, ponad jedną szóstą całej drogi przebytej od domu. Zważywszy, że Uzbekistan, jak mało który kraj, był w moim zamyśle tylko miejscem tranzytu, łączącym Iran z Pamirem – to byłem tu naprawdę długo.

W całym nieszczęściu ominięcia Turkmenistanu i przylotu do Taszkientu, był jeden znaczący plus – nie trzeba było mi jechać przez monotonię zachodniej części uzbeckiego kraju, której płaska nicość jest tylko z rzadka przetkana podobno przepięknymi Bucharą i Chiwą. Nie spotkałem na razie nikogo, kto opowiadałby o tamtych stronach inaczej, niż w kategorii rowerowego obowiązku – oczywiście, oprócz fantastycznych starożytnych miast, których ja nie miałem szczęścia zobaczyć. Za to na „moim” północnym-wschodzie Uzbekistanu, zwykle będącym poza zainteresowaniem innych rowerzystów, podobnie obsadzonym bawełną gdzie tylko się da, droga rzadko kiedy jest skażona płaskim horyzontem. Od momentu opuszczenia Taszkientu, przez cały czas patrząc w lewo, powinno być widać góry wierzchołki gór Baysun Tau. W linii prostej do Duszanbe z Samarkandy jest sto sześćdziesiąt kilometrów – a jednak, przez zawiłą uzbecką logikę, najdogodniejsze przejście graniczne w Pandżakencie jest zamknięte, przez co objazd tych potężnych gór na horyzoncie rośnie do pełnych pięciuset kilometrów.

Jest z nimi jeden problem – ani razu nie dojrzałem ich szczytów, strzelających w niebo na ponad cztery i pół kilometra. Bo z całego majestatu gór Baysun Tau widać tylko ich podnóża – takie jest zderzenie z tutejszą zapyloną rzeczywistością. Szczyty trzeba sobie wyobrazić, a oglądając wcześniej podobne samotne giganty w Armenii i Iranie – i zamiast na góry, patrząc na nieprzejrzystą, pyłową chmurę – wiedziałem już, co tracę. Może tak wygląda krajobraz po apokalipsie, a może takie widoki to po prostu naturalna kolej rzeczy o tej porze roku – a wiosną ta ziemia odżywa – ale tam, gdzie nie zasadzono bawełny i nie marnuje się wody na zalewanie jej upraw, po horyzont w każdym kierunku ciągnie się jałowe nie-wiadomo-co – ni to rżysko, ni to piach – bezkres kurzu. Nicość bez nazwy. Jakieś resztki roślinności muszą tam jednak być, skoro pasterze przepędzają tysiące kóz gdzieś pomiędzy wsiami, studniami i horyzontem. Te rośliny, na które natrafiam na tym pustkowiu, te niewinnie wyglądające kolczaste chwasty, to przeklęte suchary dziurawiące mi materac każdej nocy spędzonej w namiocie. Przez tydzień doliczyłem się dziewięciu łatek.

W sierpniu, jedyne co pozostało tam, gdzie zbiega się Turkmenistan, Uzbekistan i Tadżykistan, to kolor żółty na ziemi, żółtawy w powietrzu, rozmyta granica pomiędzy nimi i wyblakłe szarości oraz czerwienie skał gdzieś w tle. Wszystko to i tak znika z oczu z każdym mocniejszym podmuchem powietrza, tonąc w odmętach kurzowej mgły. Stada kóz i krów, wzbudzających w powietrze tumany kurzu, uzupełniają wałęsające się tu i ówdzie przykurzone szare osły. Te ostatnie wyglądają jak zebry, które cudem przeżyły zagładę; którym niesione wiatrem ziarenka piasku starły białe paski, a pozostałą czerń wytarły do szarości. Wyobraźcie sobie tanzańską sawannę po pożarze – i uzbeckie safari gotowe.

W tej półpustynnej rzeczywistości były nawet takie dni, że cieszyliśmy się z podjazdu pod górską przełęcz tylko dlatego, że poza odmianą od równiejszego terenu dawała też szanse na chłodniejszy wiatr i przejrzystą wodę z rzadkich tu górskich źródeł – oraz przepiękny widok na to, co w dole. A bawełnę trudno sadzić na zboczach – też to jakaś odmiana!

Bywa też taki dzień, że przeklinamy decyzję o zaoszczędzeniu pięciu kilometrów, omijając obwodnicę i przejeżdżając przez centra dwóch miast – Kitabu i Szakhrisabz – które okazały się być małomiasteczkową aglomeracją, przez którą trzeba było się przepychać w gęstym ruchu i kurzu. Niewiele poprawiła jej odbiór szansa zobaczenia grobu Amira Temura, krwawego władcy sprzed setek lat, do którego z braku innych narodowych bohaterów odwołują się teraz na każdym kroku Uzbecy. Tutaj też już doszły zapędy włodarzy do restauracji zabytków na modłę azjatycką, czyli prowadzonych na szeroką skalę budów i wykopów po to, by powstały nowe, lepsze zabytki. Jeśli jedyną pozbawioną kurzu i hałasu atrakcją takiego dnia jest odwiedzenie cmentarza Polaków z armii Andersa – atrakcją w cudzysłowie – to można pozostać z pewnym niedosytem. Reszta zabytkowych atrakcji jest na ukończeniu, skutkiem ubocznym ostatniej fazy ich renowacji są chmury cementowego pyłu, z lubością oblepiającego odsłonięte skrawki i tak już mocno przykurzonego ciała i roweru. Ten dzień kończy się pod murami ruin kołchozowej obory, jedynego miejsca dającego jakieś nadzieje na cień dla naszych namiotów – kolejny uzbecki dzień dobiegł końca. Przynajmniej noc pozwala się napatrzeć na roje spadających gwiazd – w końcu jest początek sierpnia, więc jest ich pod dostatkiem.

Z każdą mijającą dobą ulatnia się mój entuzjazm do tej „krainy szczęśliwości” – gdzieś dawno zdążyło rozmyć się przejedzenie Iranem i pewnego rodzaju zachwyt nowicjusza nad Uzbekistanem, a uzbecka codzienność przestała dawać powody do dalszego lubienia tego kraju. Może po każdym miejscu przychodzi zmęczenie nim. Choć droga sama w sobie jest super ciekawa, krajobrazy też nie z tej ziemi. Tylko jest coś dziwnego w tym, że ludzie nie pytają nas o to, czy tutaj nam się podoba, a raczej stwierdzają to retorycznie – „podoba się wam tutaj, prawda?”. Jak gdyby nie byli do końca sami do tego przekonani i musieli się w tym na wszelki wypadek utwierdzać. Kogoś wybijam z rytmu przekonując go, że fajnie jest móc kupić inne auta, niż tylko tych kilku marek, na których import pozwala rząd (w uproszczeniu mówiąc). Daewoo to nowa Łada, dostępna dla mas. Fakt, że wszyscy jeżdżą jednakowymi (wolnymi) autami ma przynajmniej ten plus, że żadne z nich nie jest szybsze od pozostałych. W związku z tym wszystkie pędzą z taką samą szybkością, więc pod tym względem dla kogoś jadącego rowerem jest nawet bezpiecznie. Wyobrażam sobie, że gdyby ZSRR się nie rozleciał, to przy lekkim estetycznym retuszu byłby właśnie jak absurdalnie policyjny, zamykający świat dla własnych obywateli, Uzbekistan.

Nie ja jeden zauważam tą chęć do utwierdzania się Uzbeków w przekonaniu o tym, jak dobrze się tu żyje, i prób przekonywania o tym innych. I jestem coraz bardziej zirytowany każdym kolejnym wrzaskiem w moją stronę, od ludzi nie czekających na odpowiedź. Gdzie to już było, że zza pleców najpierw słychać burczenie silnika, trwający ułamek sekundy nieśmiertelny już okrzyk „adkuuuudaaaa” i zero chęci zaczekania na odpowiedź? Ktoś z tu obecnych nazywa to „odruchem Pawłowa na widok turysty” – koniecznością zaakcentowania swojej obecności, bo nie o dowiedzenie się czegoś o nas tu chodzi. Niech zabrzmi to ostro – ale Uzbecy przebili pod tym względem wszystkie do tej pory spotkane nacje. Te pierwsze dni, które przejechałem we względnym spokoju między Taszkientem i Samarkandą, a które były tak przyjemnie ciche – były takie chyba tylko dlatego, że tamtą autostradą-widmo mało kto jeździł, z rzadka spotykałem wóz ciągnięty przez osiołka. Ludzie na osiołkach byli inni – fajniejsi. Zdecydowanie – wraz ze wzrostem ilości białych Nexii na drogach, wzrastało mi też ciśnienie krwi. Jeśli więc cenisz sobie prywatność, wolisz kiedy zainteresowanie ludzi jest szczere i jednocześnie nienachalne – wtedy zobacz olśniewające zabytki Samarkandy, potem załóż słuchawki na uszy, zmruż oczy przed wszędobylskim kurzem – i przejedź te pięćset pustynnych kilometrów dzielących ją od Duszanbe.

Chyba nie do końca przypadkowym synonimem przymiotnika „zły” wśród niektórych turystów, którzy dotarli do Duszanbe z Uzbekistanu, jest „uzbecki”. „Ale miałem dziś uzbecki dzień!”– powie jeden. „Jak mnie kontrolowali na granicy szukając narkotyków i porno – to dopiero była uzbeckie przeżycie” – powie drugi. Spokojnie – teraz już na pewno będzie dobrze. Ruszaj po przygodę do Tadżykistanu. Tutaj jest inny świat – a odmienne krajobrazy będą ostatnią z różnic, które poczujesz od razu.

 

 

3 komentarze

  1. Rzeczywiscie duzo tego pylu, ale dobra mina Cie nie opuszcza. Tak trzymaj! 😉

    • Mam nadzieje ze odkurzyles się w Tadżykistanie 😉

      • Kurzu było mniej – ale był naturalny, człowiek jakby do jego powstania rękę mniej przykłada – więc też to mniej przeszkadzało. Niezłe przeżycie, burza piaskowa/kurzowa na 4200 m n.p.m. 🙂

Brak możliwości komentowania