Po Iranie – raj w Uzbekistanie

Doznaję bardzo dziwnego uczucia, wracając myślami do Iranu. Dziwię się nie tylko przed sobą, ale przed tymi wszystkimi z Was, którzy byli tak bardzo zachwyceni Iranem, że nie zakładałem przeżycia niczego innego oprócz absolutnego zauroczenia.  A to co przeżyłem, najbliższe jest zawodowi. Ups – czy ja to właśnie powiedziałem na głos?

Powinienem być bardziej wyważony w opiniach. Dopiero co odłożyłem opowiadanie Kapuścińskiego o Kołymie, a Mistrz nawet opowiadając o tak koszmarnym miejscu, nie nadużywał epitetów. A ja już chciałem napisać, że Iran nie nadaje się na rower. Starczy powiedzieć, że jest … nieodpowiedni. Tym bardziej w okresie Ramadanu.

Przybycia do Iranu nie mogłem znacząco przesunąć – chyba, że ruszyłbym z domu miesiąc wcześniej, w środku hulającej w najlepsze zimy. Wjechałem więc do Iranu w pierwszym dniu postnego miesiąca. Dla muzułmanów znaczy to, co znaczy – wraz z różnymi ograniczeniami, do których ludzie się tutaj jakoś przyzwyczaili. Ale dla mnie, podróżującego rowerem – to są nie tylko ograniczenia, to są źródła problemów!

W czerwcu lato zaczęło się tam na dobre. Ostatnie dni w Armenii powoli przygotowywały mnie na nadchodzący żar. Zielony górski krajobraz z każdą pokonaną doliną ustępował miejsca coraz bardziej suchym miejscom. Spodziewałem się chociaż, że przez granicę ktoś cudownie przemycił do Iranu pewne miłe armeńskie akcenty – jak choćby przydrożne krany z wodą. Nic z tych rzeczy. Woda tylko ze sklepów. Woda przy czterdziestu stopniach nie orzeźwia już wcale, jeśli nie jest gazowana – jeśli mam trochę szczęścia, sprzedawca dzień wcześniej wrzucił kilka butelek do zamrażarki. Jest więc chociaż jeszcze cień szansy, że wyjdę ze sklepu z lodem w rękach.

Przez pierwszy tydzień jadę przez Azerbejdżan – nie kraj, a krainę w Iranie – gdzie miast jest jak na lekarstwo. Mijam same samowystarczalne wioski, więc w sklepie za wiele rzeczy potrzebnych turyście nie znajduję. Nie ma przez to za bardzo jak zjeść czegoś smacznego. Makaron z pomidorami nie powoduje już u mnie przyspieszonego bicia serca, choć przynajmniej zapycha żołądek. Dostać świeże warzywa? Marzenie. Nie ma też otwarych restauracji – ramadan… Bardzo chcę spróbować lokalnej kuchni, o której słyszałem wiele dobrego. Drzwi tych nielicznych knajpek, które tu w ogóle istnieją, są jednak zamknięte na głucho – i takie pozostaną do końca miesiąca. Unikam upałów jak mogę, jazdę zaczynam i kończę wcześnie, rozkładając namiot wczesnym popołudniem gdzieś przed kolejnym długim podjazdem, za który zabiorę się w chłodzie następnego poranka. Więc jak bym się nie starał, wtedy gdy te nieliczne restauracje wreszcie otwierają swe podwoje (czyli po 21), ja już śpię zaszyty w jakimś sadzie jabłkowym albo w osamotnionej oazie, w cieniu topoli, które wszędzie poza Europą wyglądają przepięknie. Tym sposobem nigdy nie ląduję wśród ludzi po dziewiątej wieczorem, kiedy prawo wreszcie zezwala na spożywanie posiłków. Na miejscowych czekają mandaty za jedzenie w miejscach publicznych w ciągu dnia. Obcokrajowców i podróżnych to podobno nie dotyczy – ale co mi po tym, skoro nie ma skąd wziąć czegokolwiek ciepłego do ust. W sklepach nie ma nic poza podejrzanie plastikowymi ciasteczkami, pakowanymi po jednej sztuce w zbyt mocno nadmuchane woreczki – ostatnio, takie słodycze widziałem w Chinach, a to nie jest komplement. Nic mi po ulicznym straganie z baranimi udźcami dostępnymi o każdej porze dnia i nocy, jeśli tylko muchy dopuszczą do nich klienta. Pedałując kolejny tydzień w upale, wśród suchych gór lub ich przeciwieństwem – parnym wybrzeżem Morza Kaspijskiego – ostatnie o czym marzę, to zalewanie mdłych ciastek ciepłą wodą. I uciekanie kierowcom na skraj pobocza, mając myśli zajęte fantazjowaniem o smacznym obiedzie.

Moja rowerowa przygoda z Iranem miała się nijak do wielkiej przygody rowerowej. Owszem, bywało ładnie – ale czy na tyle, bym pomyślał, że było to tego warte? Nie. Gdy cierpiałem na rozstrój głodnego żołądka, uciekając przed burzą w górach w Gruzji, przynajmniej otoczenie nie pozwalało mi zapomnieć, że to będą wspomnienia na długi czas. Te góry, samotność i świadomość, że po zjeździe czeka mnie ten sam fantastycznie przyjazny rowerzyście kraj – na to było warto czekać. Przemierzanie irańskiej prowincji o pustym żołądku i suchym gardle to zdecydowanie inna liga. I nie – nie mogłem tu przyjechać wiosną. Zresztą, chłodniejszą i pełniejszą jedzenia wiosną, drogi prowadzące z zachodu kraju do Teheranu byłyby tak samo nudne.

Tym bardziej, że w moim irańskim zawodzie nie tylko o aspekt rowerowy chodzi. W Iranie, nawet jeśli ludzie chętnie służyli pomocą, a ja w sumie robiłem to, na co miałem ochotę – i tak wciąż czułem się bardzo skrępowany. A jednocześnie wiedziałem, że jako turysta i tak mogę sobie pozwolić na trochę więcej, niż Irańczyk. Po Iranie wylądowałem w Uzbekistanie – kraju, który na pewno jeszcze długo nie wyląduje na czołowe miejsca list „wolnych krajów” – i przynajmniej przez chwilę poczułem się wreszcie wolny. Ulżyło mi. I z tym mi jest najdziwniej.

Byłoby mi łatwiej przełknąć to poczucie ulgi, gdybym znalazł się – dajmy na to – w Danii. Jakimś miejscu, gdzie ludzie nie mają na co narzekać. A tutaj chyba można by znaleźć to i owo, o czym można popsioczyć. Dziwne uczucie – bo przecież na każdym kroku czuję też, jak bardzo policyjne – komiksowo wręcz – jest to państwo.

Przylatuję do Taszkientu. Przez rower – mój niestandardowy bagaż – droga przez skanery rentgenowskie strażników granicznych zamienia się w uciążliwy obowiązek. Dostaję do wypełnienia formularz – na szczęście na lotnisku były takowe po angielsku, bo z tego co słyszałem od innych osób wjeżdżających tu drogą lądową, tam tego luksusu nie ma. Na wypadek, gdybym przy późniejszym wyjeździe zechciał wywieźć nadmiar twardej waluty, muszę zadeklarować zawartość portfela. Lepiej, żebym przy wyjeździe nie miał ich więcej od kwoty, która widnieje pod moim podpisem, uświęconym urzędową pieczątką uzbeckiego celnika. Rumuńskie leje, których też parę mi się ostało, też na wszelki wypadek wpisuję – nic to, że urzędnik nie rozumie, co to za kraj, ta Rumunia.

Deklaruję też na wstępie, że nie wwożę z sobą żadnych materiałów godzących w porządek społeczny tego na wpół zamkniętego kraju. Jak to w ogóle brzmi? Już za to, co teraz piszę siedząc w Samarkandzie, mógłbym mieć nieprzyjemności – gdyby ktoś to tylko zrozumiał. Znów udziela mi się klimat spiskowania – bądź co bądź podniecający.

Celnicy na lotnisku byli wobec mnie obojętni, i choć wszystko przeleciało przez lotniskowego rentgena, nie chciało im się zaglądać do komputera – co podobno wcale nie jest normą. Normą jest bowiem rutynowe przetrzepywanie zdjęć i filmów, nawet jeśli są wyraźnie prywatne. Zbyt wiele osób mi o tym mówiło niezależnie od siebie, bym w to nie uwierzył. Może po prostu miałem szczęście akurat przed pierwszą poranną przerwą na kawę u lotniskowych oficjeli.

Jadę niespiesznie do hostelu, znajdującego się niedaleko od lotniska – a może to lotnisko jest po prostu blisko centrum? To miejsce stanie się moim domem na kilka dni, tak dobrze się tam czuję, a potrzebuję chwili na przygotowanie planów „B” na następne tygodnie. W Pamirze osunęło się zbocze wraz z pokaźnym odcinkiem drogi, a wiza do niedalekiego już Tadżykistanu zacznie się dopiero za szesnaście dni – co z kolei jest pokłosiem szybszego niż planowane przeskoczenia Turkmenistanu i pustyń zachodniego Uzbekistanu. Nie mam się więc dokąd spieszyć. Muszę posiedzieć z mapami i popatrzeć, które drogi ewakuacyjne z Tadżykistanu trzeba mieć w pogotowiu w razie zamknięcia przejazdu przez Pamir. Na szczęście, razem ze mną głowi się nad tym cała tutejsza brać rowerowa, która kondensuje się coraz bardziej, zanim wszystkie nasze drogi z Europy połączą się w jedną – na wschód od Duszanbe.

A nawet gdybym był w pośpiechu i zechciał od razu ruszyć w drogę, rozstawiając namiot gdzie popadnie jeszcze pierwszego dnia – tutejsze prawo niejako obliguje mnie do jak najszybszego pojechania do hotelu. Hotel ten też nie może być byle jaki – tylko taki, w którym cudzoziemiec dostanie potwierdzenie rejestracji. Biwakowanie i spanie u ludzi, choćby w formie couchsurfingu, jest tu teoretycznie zabronione. W praktyce, rowerzyści mają małą taryfę ulgową – mamy rejestrować się nie rzadziej niż raz na trzy dni w jednym regionie – ja sam, choć mocno próbowałem, przez czterysta kilometrów drogi z Taszkientu do Samarkandy nie znalazłem ani jednego hotelu – a pytałem o nie, dla świętego spokoju. Nie ma to jak dostosować przepisy do rzeczywistości… Może dlatego czuję się tu jak w domu? Na razie więc, na bakier z przepisami, koczowałem już z namiotem nad kanałami irygacyjnymi, między polami bawełny (a jak!) w jakimś kojocim towarzystwie, raz też w burzy piaskowej nad górską rzeką z motocyklistą z Alaski. Hotelowych kwitów na żadną z tych nocy nie mam, martwić się będę dopiero wtedy, gdy ktoś o nie zapyta przy przekraczaniu granicy.

Oczywiście, dziwactw jest tu więcej, tylko miejsca brak na skrupulatne ich punktowanie.  A i tak biorąc to wszystko pod uwagę – po Iranie, nawet w tak nienormalnym kraju czuję się normalniej.

Tyle drobnych rzeczy sprawia, że jest mi po prostu lżej. Jeszcze mnie zdumiewa, jak bardzo na odbiór danego miejsca rzutują tak prozaiczne sprawy, jak pełen żołądek.

Kraj jest niby muzułmański, ale nie katuje tym człowieka na każdym kroku. Chcesz wódki? Napijesz się wódki.

Jestem też wreszcie solidnie najedzony i napity, więc nie muszę tyle kombinować z zaspokajaniem swoich podstawowych potrzeb. Otłuszczam się ile się da przed nadchodzącymi górami, zamiast głodować tylko z tego powodu, że źle trafiłem z czasem przyjazdu. Mogę się więc cieszyć mijającym z każdym kilometrem otoczeniem, jednocześnie nie dowierzając własnym oczom, gdy widzę jak się tutaj marnuje wodę. O Morzu Aralskim w całym świecie wszyscy słyszeli, ale tutaj chyba jakby trochę mniej. Rozlewanie wody na polach pomiędzy wiecznie spragnionymi krzaczkami bawełny w czterdziestopięciostopniowym upale temu jezioru nigdy nie pomagało.

No i wreszcie nikomu nic do tego, jak jestem ubrany, jak patrzę na drugą płeć. Wreszcie ani ja, ani moja znajoma nie musimy się tłumaczyć nieprzyjaźnie patrzącemu irańskiemu kierowcy tylko z tego, że wsiadamy razem do taksówki. Dla świętego spokoju, wolała na wstępie powiedzieć takiemu gościowi, że jesteśmy narzeczeni – to dopiero sprawia, że przestaje się czuć jak kobieta upadła. Dziewczyny nie muszą tu już nosić chust na głowie pod groźbą zgarnięcia z ulicy przez policję dedykowaną wyłącznie wyłapywaniu takich właśnie obraz moralności, a ja nie muszę się zastanawiać, czy przypiąłem nogawki do spodni. Feminiści pewnie nie istnieją – ale, cholera, naprawdę doskwierało mi w Iranie to, jak bardzo kobiety mają tam uprzykrzone życie. A że tak się złożyło, że poznałem więcej dziewczyn niż facetów, to i widziałem proporcjonalnie więcej sytuacji, gdzie musiały zagryzać wargi i pokornie chylić głowy przed prymitywnymi facetami, którym nieszczęśliwym przypadkiem rewolucja islamska dała zbyt wiele przywilejów decydowania o innych. A nie każdy mężczyzna będzie umiarkowany w korzystaniu z tego, co mu nagle zaczęło przysługiwać.

Religia religią, ale państwo tak bardzo wyznaniowe jak Iran, nie jest państwem przyjaznym ludziom, gdzie spisane przed setkami lat wytyczne, znów będące literą prawa, nijak nie przystają do postępu.

A przecież jestem tylko turystą, widzę z poziomu roweru tylko wyrywki z życia Irańczyków i wyjeżdżam po miesiącu z głową pełną przygnębiających myśli. Kolejny dziwny kraj został właśnie zaliczony. Nie widziałem ani Isfahanu, ani Shirazu – przepięknych miast schowanych zbyt daleko w gorących południowych pustyniach Iranu jak na moje zdrowie – więc nie mam jak zastąpić tych mało pozytywnych wspomnień czymś bardziej budującym. Pamiętam tylko te miejsca i tych ludzi, których sam poznałem. A wszyscy oni klęli jak jeden mąż – na czym tylko świat stoi – na absurdalność życia w Iranie, na beznadzieję życia w nim, na utracone szanse dla kolejnego pokolenia, na krwawo stłamszone nadzieje po sfałszowanych wyborach w 2009 roku. Pytałem, czy to aby nie ja jestem katalizatorem tych zwierzeń (jako żądny przecież wrażeń i ekscytujących opowieści turysta) – ale nic z tych rzeczy. Sami i beze mnie wracaliby w do tego w czasie swoich „nocnych Irańczyków rozmów”.

Przynajmniej nauczyłem się, że nie każdy kraj, do którego pojadę, musi być strzałem w dziesiątkę – choć nie zawsze łatwo to przyznać. Przyszło mi to pewnie o tyle łatwiej, że nie „zmarnowałem” na niego od dawna wyczekiwanych dwóch tygodni drogocennego urlopu, i że wcześniej po drodze miałem wystarczająco dużo fajnych przeżyć gdzie indziej.

To jak to się ma do Uzbekistanu? Może chodzi o to, że w Iranie, mimo wszechobecnej cenzury, ludzie mimo wszystko wiedzą, jak smakuje wolność. Latają za granicę – w samolocie po wygaszeniu sygnału zapięcia pasów kobiety ustawiają się w kolejce do toalety, by przebrać się w normalne ubrania. Oszukują internetową cenzurę, używając programów umożliwiających dostęp do zakazanych informacji. Mieli inny kraj, jakby był niedoskonały przed rewolucją islamską – wystarczy zajrzeć do „Szachinszacha” Kapuścińskiego, by w to ani przez chwilę nie wątpić – a jednak był to kraj bez zakazów i ograniczeń motywowanych religią, które momentami wydają się być wzięte z bardzo zamierzchłej przeszłości. W momencie, gdy są narzucone przez państwo, bardziej świadomy człowiek może przestać je traktować jako element wyznania, a zacznie w nich widzieć element represji. „W 1979 roku zamieniliśmy zły system na zupełnie inny, ale tak samo zły”. Świadomość utraconych wolności musi cholernie boleć. A w Uzbekistanie ludzie chyba nie znają innego życia. Z głębokiej komuny – jak bardzo oklepane jest to słowo! – przeszli w zamknięty świat podszyty nacjonalizmem i narodową dumą, bez chwili na powiew wolności. Jak jeżdżą gdzieś zarobkowo – to do Rosji, która znów umysłów chyba nie otwiera. Pierwszy sekretarz przefarbował się z koloru czerwonego na błękitno-zielony, i dalej trzyma naród w zamknięciu, utrudniając jak tylko się da kontakt ze światem. Jasne, mogło się to potoczyć po turkmeńsku, więc aż tak doszczętnie źle tutaj nie jest… Ale czy tylko dlatego, że „mogło być gorzej”, należy rozumieć, że jest tu teraz dobrze?

Racjonalnie więc patrząc, zamieniłem siekierkę na kijek. Będąc przygnębionym docierającymi do mnie informacjami o życiu w Iranie, a jednocześnie nie przeżywając tam prawie żadnej fantastycznej przygody rowerowej – nie potrafiłem na razie wykrzesać z siebie żadnego entuzjazmu dla tamtego miejsca. Pozwólcie mi z niego wyjechać, mówiłem w myślach – ale oczywiście przez jakiegoś wrednego urzędnika z turkmeńskiego MSZ nie mogłem tego zrobić tak szybko, jak chciałem.

Po tak nijakim czasie, niewiele mi już było potrzeba, bym poczuł się lepiej. Może Iran tak bardzo obniżył mi poprzeczkę w odczuwaniu przyjemności z przebywania w jakimś miejscu, że nawet Uzbekistan jest wystarczająco świeżym podmuchem – ciepłego – powietrza? Bo tutaj… Swojski język, napisy, które wreszcie rozumiem, pełen żołądek i brak tylu drobnych uciążliwości znanych mi z Iranu. O złych stronach trudno się tu od kogokolwiek dowiedzieć, bo każdy spotkany Uzbek chwali swoje, więc bardzo wygodnie upraszczam sobie odbiór otoczenia i udaję, że tego mi właśnie było trzeba.

Może za długo jechałem w uzbeckim słońcu bez kapelusza, jeśli już tak mówię – ale leniwa atmosfera panująca w Samarkandzie tylko ten nastrój we mnie podtrzymuje.

 

Jeden komentarz

  1. Julita i Slawas

    W zwiazku z tym ,ze ciagle mam niedosyt opowiesci o Twojej podróży od jutra zaczynam sprawdzac loty do Kirgistanu,bo przeciez nie doczekam sie Twojego powrotu do Polski.:) pozdrawiamy 😉 ( ten przecinek to przymrużenie oka)

Brak możliwości komentowania