Od Lwowa do Stryja – z powrotem na Ukrainie

Spędzam ostatnie chwile w Stryju. Wyglądam za okno hotelu i korzystam z ostatnich leniwych chwil zanim ruszę dziś w drogę, chmury są wreszcie poprzetykane niebieskim niebem, a kierunek ich biegu zbiega się z moim kierunkiem na dziś. Powinno wiać w plecy, być lżej. Nadchodzą pierwsze pagórki, Karpaty już na mnie czekają za rogatkami Stryja.

Przeżywam rzadką chwilę spokoju o poranku, ponieważ w rowerowym trybie życia to poranki i wieczory są najbardziej napiętymi elementami grafiku dnia, rozdzielone …. pedałowaniem, bo czymże innym?

Stryj jest ładnym miejscem, odcinającym się od wielu innych ukraińskich miasteczek, przez które mi już przyszło kiedyś przejeżdżać, w których niewiele się dzieje. Tutaj ulice są w dobrym stanie, a studzienki mają pokrywy. Wiele domów jest odnowionych, nie ma tu tego przygnębiającego poczucia beznadziei, jaka panuje w wielu mniejszych miejscowościach w dawnym Związku Radzieckim – a jeśli jeszcze są przypadkiem oddalone o kilkanaście kilometrów od główych tras – wtedy stagnacja murowana. Jestem w Stryju po raz drugi, i po raz kolejny miasto to wywarło na mnie dobre wrażenie. Pogoda się robi przyjemnie wiosenna, z każdym kolejnym dniem jadę nie tylko na wschód, zjeżdżam też na południe, w kierunku Karpat, Rumunii.

W Stryju mija pierwszy tysiąc kilometrów od domu, oraz skrzyżowanie trasy dzisiejszej podróży do Chin z trasą z rowerowych wakacji sprzed trzech lat. Z tamtego razu pamiętam głównie awarię hamulca, który naprawiałem na ławce pod jakimś kościołem. Gdy czas był napięty, urlop miał się ku końcowi, a ja nie miałem ani dnia zapasu – po czym w Przemyślu, w piątkowe popołudnie, czekała na mnie pęknięta sprężyna w samochodzie. Teraz tego typu problemy zdają się być czymś absolutnie obcym, gdy czasu mam nieograniczenie wiele.

Jestem na Ukrainie już od ponad tygodnia i choć po raz ostatni byłem tu zaledwie kilka miesięcy wcześniej, kraj ten zapamiętałem w gorszym stanie, niż widzę teraz. Może to wina pory roku – słońce, zieleniące się rośliny i odmalowane na biało krawężniki wywierają lepsze wrażenie od śniegu zmieszanego z błotem, który potrafi spotęgować tutejszą zwyczajną szarość do poziomów mi już z Polski nieznanych. Pewnie jest to też częściowo zasługa monochromatyczności ukraińskich miast, których nie dotknęła jeszcze powszechna u nas mania malowania bloków w kolorowe wzory. Tututejsze blokowiska podobają się bardziej od naszych, pod warunkiem że są zadbane – częściej zbudowane z drobnej białej cegły niż z wielkiej płyty. Ale poczekajcie tylko, jak tylko w przypływie dobrobytu Ukraińcy odkryją uroki styropianu i zaczną ze swoimi blokami robić to, co już potrafią zrobić z domami. Tutaj pojęcie „nieskrępowanej fantazji” w architekturze zdaje się być zwielokrotnieniem tego, co widać po naszej stronie granicy – a przecież i Polska do krajów o stonowanej estetyce nie należy.

Do Stryja dojechałem po jednym długim dniu jazdy ze Lwowa, w którym spędziłem kilka fajnych dni, ładując baterie w ostatnim znanym mi miejscu i po raz ostatni ze znanymi mi ludźmi. Lwów nie rozpieścił mnie pogodą, odwdzięczając się za to gościnnością moich gospodarzy, która na tę pluchę i wichury była jak znalazł. Dostałem swój pokój i własne łóżko, ze skrępowaniem rozwiesiłem śpiwór na szafie, by mógł tak samo jak ja rozprostować puchowe kości. Dawano mi jeść, odpoczywać i dziwić się niektórym zwyczajom – ciekawe, czy u nas kiedyś dogrzewano kuchnie kuchenką gazową, jeśli licznik gazu w mieszkaniu jest wspólny dla całego bloku?. Ja miałem z tego ubaw, moi gospodarze mieli ubaw z tego, że miałem ubaw – ale faktem jest, że bez powieszenia wypranych ubrań nad tą kuchenką w przeddzień wyjazdu miałbym mokre ściery w lewej tylnej sakwie (tak – ponumerowałem je i poprzydzielałem sakwom ich stałych mieszkańców; bardzo to pomaga przy takiej ilości pierdół, które z sobą wiozę).

We Lwowie czas mi leciał lekko i przyjemnie. Obserwowałem repertuar opery lwowskiej i bieżące notowania hrywny, w konsekwencji też odwiedziłem i operę i kilka kantorów. W końcu jednak musiałem przyznać przed sobą i gospodarzami, że droga mnie wzywa. Jak pisałem wcześniej – od Medyki ostro wiało w plecy. Dlatego ostatnia prosta stamtąd do Lwowa pozostała mi w pamięci podobna do pofalowanego morza, w którym tonie słońce. Bez wielkiej przesady miałem wrażenie, że ja ślizgałem się po tym otwartym morzu w pełnym halsie przez kolejne fale – a teren ten jest właśnie taki pofalowany, z rzadka tylko urozmaicony zabudowaniami czy zagajnikami. Z takim ostatnim wspomnieniem drogi szybko nabrałem ochoty na więcej, dając się jednocześnie nabrać iluzji, że którejś nocy ktoś magicznie naprawił zrujnowane ukraińskie drogi. Bardzo szybko okazało się jednak, że dla przyjezdnych na rozgrywki Euro 2012 we Lwowie odnowiono tylko kawałek od granicy do tego miasta… a potem czar prysł tak szybko, jak szybko zacząłem hamować, by żadna z sakw nie wyleciała z impetem w powietrze po serii wstrząsów wywołanych brutalną i nagłą zmianą nawierzchni za południową granicą Lwowa. Bardzo szybko wszystko wróciło do normy – już sobie przypomniałem, jak radzić sobie z tutejszymi dziurami, które nie pozwalają na żadną chwilę wytchnienia.

Może o Lwowie napiszę osobno, przy innej okazji – skoro jest już prawie południe, czas się zwijać w dalszą drogę. Jakby mi dobrze nie było w tym pokoju!

 

 

8 komentarzy

  1. Ekstra zdjęcia. Powoli zaczyna docierać do mnie wielkość przedwsięwzięcia na które się porwałeś. Nie wiem jaką Ukrainę Ty zapamiętałeś, ale moja była zdecydowanie bardziej kolorowa a mniej Stalkerowa niż na Twoich fotkach. Ale może to tak jak napisałeś kwestia pory roku.
    Czekam na więcej!
    LTGBWU!

    • MG, dziękuję. Do mnie dotarło też dopiero za Lwowem, tak naprawdę – dziś jestem ledwo w 1/4 Karpat, a za tydzień muszę być w Odessie – co znaczy, że Europę żegnam na dobre za tydzień! To dopiero będzie przeżycie, 3 dni na promie pod czujnym okiem krymskich radarów.
      Więcej wrzucę następnym razem, jeszcze zdjęcia chcę przebrać 🙂 Trzymaj się, LTGBWU2!

  2. Mknij hudź, mknij! 😀

    • Piotrek, udało mi się wreszcie odczytać wideo ze Skype – musiałem to diabelstwo instalować jeszcze raz 🙂 Mówiłeś, jakbyś tu ze mną był! Spokojnie, mam czas na przyjemności oprócz gotowania, rozbijania namiotu i tym podobnych – już wyrobiłem fajne rutyny, które mnie odciążają od powtarzania niepotrzebnego chaosu 😉 Trzymam kciuki ja za tę drugą pracę – napisz więcej na priv!

  3. Szkoda ze tylko do Lwowa sie przejechaliśmy.Przypomniala mi sie Gruzja

    • Dobrze, że aż! Na razie krajobrazowo Gruzji nic nie przebiło – cieszę się, że za półtora tygodnia z powrotem tam wyląduję.

  4. Aga i Piotrek

    Hubert,

    Wyprawa wygląda i zapowiada się imponująco, z niecierpliwością czekamy na kolejne wpisy, powodzenia! Wracając zahacz jednak o Warszawę 🙂

    Pozdrawiamy!

    • Siema Tuttis! Kolejny już wysmażyłem, ale dziś nie wrzucę – goni mnie już wyjazd, tu w Rumunii prawie południe już 🙂 Jak już wrócę, to na spokojnie się w Warszawie zobaczymy, teraz miałem tam jedną pilną sprawę która nie pozwoliła mi się roztroić. Do napisania! Trzymajcie kciuki!

Brak możliwości komentowania