Samotność na Ukrainie

Wśród spotykanych osób tylko mniejszość nie pyta mnie, dlaczego jadę sam, i czy nie boję się tego wyboru – i tak dalej. A przyjaciele gdzie? A rodzina? – i w tym drugim przypadku ludzie pytają wyłącznie o żonę i dzieci, bo przecież rodzice, rodzeństwo – to już niewarte pytania.

A mi jest w drodze dobrze samemu. Staję gdzie chcę i kiedy chcę, robię co chcę – jak rozpuszczone dziecko. Ale… Tydzień w Rumunii mnie nieźle przesuszył, jeśli chodzi o kontakt z ludźmi – i trzeba było coś z tym zrobić. W żadnym wypadku nie według planu, każącego od powrotu na Ukrainę odbywać po kilka rozmów dziennie z przypadkowo poznanymi osobami. Takie bzdury tylko na szkoleniach w pracy! Tutaj nie muszę się przez regulaminowe pięć minut uprzejmie zapoznawać ze spotkaną osobą, choć będzie obecna w moim życiu równie krótką chwilę. Nie trzeba się wysilać na zabawną puentę i błyskotliwą odpowiedź na przenikliwe pytanie. Zamiast tego, dowiem się, że o ile gruszki z lewej kupki (z Polski i Węgier – co widać po ich regularnych kształtach) są ładne, to najsmaczniejsze są te jabłka z prawej kupki – ze starych odmian. Przytakuję, że u nas też takie jeszcze można znaleźć, o ile horyzont kupującego nie kończy się na supermarkecie ze zwykłymi odmianami, które zalały nasze sklepy po wprowadzeniu rosyjskiego embargo. „Jedz jabłka!” – słychać zewsząd. Chętnie, poproszę te nieregularne, pachnące, przydrożne. Smakują i pachną jak te rosnące w ogrodzie dziadków lub na miedzy nieopodal ich domu. I nie mają żadnych durnych nalepek.

Na Ukrainie chciało mi się z ludźmi rozmawiać, a że akurat pod ręką były jabłka? Trafiłem na takie zagłębie. Kilka tygodni w drodze wystarczyło, żebym nie tyle poczuł się samotny, co zaczął coraz bardziej doceniać chwile oddechu i faktycznego poznawania okolicy dzięki rozmowie z ludźmi żyjącymi w okolicach, przez które przemierzam. Gdzieś to wszystko umyka w czasie szybkich przejazdów od punktu A do punktu B. Zostałem neofitą jeszcze wolniejszego poznawania świata – choć i tak chyba zupełnym ignorantem nie byłem, wybierając ten powolny sposób podróżowania. Stało się tak tym bardziej dlatego, że dzięki takim spotkaniom, każdy dzień zapamiętuję lepiej, niż gdy jedynym wspomnieniem kolejnych dni jest niekończąca się wstęga asfaltu. A o to na Ukrainie nietrudno.


Za Czerniowcami obrałem kierunek prosto na … no wiadomo, na co. Choć chciałem znów spędzić w nich cały dzień, musiałem je z braku jakiegokolwiek miejsca do spania zostawić pospiesznie po drodze, polując na pierwszy lepszy przydrożny motel. Granica między Ukrainą i Mołdawią była ciągle blisko, a ja przez spory odcinek drogi jechałem grzbietem wzgórz znajdujących się między Dniestrem po lewej, a Mołdawią po prawej stronie. Co to była za okolica! Tu nie ma turystów, nie ma hoteli, są tylko z rzadka porozrzucane wsie przy dawnych kołchozach (co było pierwsze – wsie, czy kołchozy – trudno powiedzieć). I te pola – dawniej musiały być bezkresnymi stepami, teraz zaoranymi – bijące po oczach czernią żyznej ziemi. Jest jeszcze kwiecień, spadają pierwsze wiosenne deszcze, od których ciemność pół była jeszcze głębsza. Po horyzont ciągnęła się ta czerń, tylko czasami urozmaicona liniami przydrożnych topoli. Taki koniec europejskiego świata.

Ktoś tu kiedyś ciekawie pomyślał być może o podróżnych, być może o kołchoźnikach przepędzających bydło przez te bezkresne przestrzenie, lub o osobach czekających na marszrutki – bo na pewno nie o rowerzystów chodziło. Przy skrzyżowaniach głównej drogi z mniejszymi odnogami prowadzącymi po kilka kilometrów do wiosek znajdują się studnie, jedne z niewielu rzeczy prócz budek dróżników kolejowych, utrzymanych tutaj w dobrym stanie. Pozwalały mi wspaniale planować biwaki i miejsca do mycia, jednocześnie nie musiałem wozić z sobą ciągle dużego zapasu wody. Bo choć woda to dar od boga – jeśli wierzyć świeżo maźniętym białym napisom na ich niebieskich dachach – to swoje waży.

Te okolice zdają się być końcem świata z jeszcze jednego powodu – od reszty Ukrainy oddziela je Dniestr, dawniej płynący głębokim kanionem, a od budowy tamy w Nowodniestrowsku w latach osiemdziesiątych – zamieniony na rozległym obszarze w jezioro. Rzucając kamieniem, bliżej niż do Ukrainy jest stąd do Mołdawii, z którą w czasach sowieckich pobliska granica była dość umowna – tak przynajmniej mówiło parę osób tam mieszkających. Za to przekroczyć potężną rzekę jest teraz trudno, a na mapie kłują w oczy drogi prowadzące donikąd, kończące swój bieg w jej nurcie, a dawniej pewnie i przez nią przejeżdżające – przynajmniej w sowieckich planach. Ciekawe, czy zanim powstało tu jezioro, przepływano z brzegu na brzeg łódkami z wioski do wioski. Dziś taka wyprawa jest bardziej skomplikowana, a wsi tych, leżących głęboko za linią pagórków, nigdy z drogi też nie widać, więc żyją same z sobą nad brzegiem przepastnego jeziora.

Ludzie tu są nie tylko pochodzenia ukraińskiego. Któregoś ranka, przyjaznym gestem zza płotu, zaprasza mnie do siebie starsza kobieta, znająca z czasów pracy we Włoszech trud bycia na obcej ziemi bez dachu nad głową, dzięki temu też rozumiejąca moje osamotnienie w bezkresie jej okolicy. Opowiada o swoim życiu, o nieżyjącym mężu, jednym z setek tysięcy likwidatorów wysłanych przed laty do zakopania okolic Czarnobyla. Pani sama jest z Mołdawii, przyjechała tu jeszcze w epoce, gdy można chyba było zawierać małżeństwa przez granicę, zaskakująco łatwo jak na dawne, socjalistyczne czasy. Tamto się skończyło, mówi. Teraz są tu dwa obce sobie państwa, po obiecywanej świetlanej przyszłości pozostały blaknące slogany na murach i rdzewiejące kłosy zboża w przerośniętych, metalowo-betonowych obeliskach z nazwami kołchozów.

Ten senny nastrój poprawia niesiony wiatrem zapach świeżo zaoranych tysięcy hektarów ziemi, droga dosłownie usłana kwiatami – w końcu jest kwiecień, to akurat kwitły przydrożne czereśnie i jabłonie – i zaproszenia do domów, z których coraz chętniej korzystam. Wiosna ożywia tę krainę, ludzie zaczynają wychodzić z domów na dłużej, niż zimowe minimum. Robi się coraz przyjemniej.

Kulminacją podróży przez tę dziwną, trochę odludną i zapomnianą krainę, jest dotarcie do Nowodniestrowska, zbudowanego by pomieścić pracowników pobliskiej zapory wodnej – tej, która zalała dolinę Dniestru. Czas stanął tu w miejscu, a może nawet i trochę się cofnął, wzdłuż głównej ulicy rozpościerają się plakaty o „Nowodniestrowsku dawniej i dziś”, których wydźwięk wyblakł równie mocno, co ich kolory. Budowa zapory dawno się skończyła, woda zdążyła się za nią zebrać i zacząć przelatywać przez turbiny, a dla drugich i trzecich pokoleń mieszkańców nie bardzo jest tu co teraz robić. Kolejne miasto za wschodnią granicą zbudowane wokół jednego zakładu przemysłowego – choć ten tutaj przynajmniej działa, bo nie ma wyboru – rzeka będzie niezmiennie płynąć. Obsługa z pierwszego rzutu zapewne niedługo zacznie przechodzić na emerytury, kilka nowych osób zatrudni się na ich miejsce, a dla pozostałych zostają autobusy do Odessy, Włoch lub Hiszpanii.

Tak czy siak – będąc już w tych okolicach, do których w poszukiwaniu Chocimia i Kamieńca Podolskiego turyści z Polski też zajeżdżają, skąd jest już przysłowiowy rzut beretem, warto na chwilę zboczyć z głównego szlaku i dać się pochłonąć ukraińskiej prowincji. Nie jestem tu nawet w siodełku zupełnie sam, bo mijam jadące z naprzeciwka dwie grupy ukraińskich rowerzystów, zupełnie od siebie różnych. Jedni dopiero się wdrażają w tryby podróżowania o własnych siłach – ot, młodziki pod czujnym okiem weterana, który Pamir zna już z własnych doświadczeń. Drudzy, to ich całkowite przeciwieństwo, dla których jakość sprzętu i czystość ubrań się nie liczy – ważne tylko jest, by jechać przed siebie i zjechać wszystkie zakątki Ukrainy. Wszystkich nas łączy słabość do przydrożnych studni, niezastąpionych na naszych wiosennych biwakach.

Ja, tak jak oni, już się przyzwyczaiłem do korzystania z tych  właśnie studni jako przydrożnych pryszniców. Przynajmniej na stacji kolejowej w Wapniarce, dokąd po kilku dniach jazdy z zaledwie trzygodzinnym wyprzedzeniem trafiam na ostatni możliwy pociąg do Odessy, jest cała infrastruktura niezbędna dla podróżnych. Skoro miasteczko żyje wokół stacji kolejowej, do czegoś to widać zobowiązuje – więc można się też wykąpać i odpocząć w poczekalni o podwyższonym standardzie, jeśli komuś tego trzeba. Mi prysznic wystarcza, wtaczam się potem do wagonu i po pięciu godzinach jazdy, późnym wieczorem ląduję w Odessie. Następnego dnia doceniam to, co zdążyłem wcześniej zobaczyć po ciemku w poszukiwaniu hostelu, jako że tempo narzucone przez faceta sprzedającego mi bilet na prom jest mordercze. Daje dwie godziny na dojazd z biura do terminala portowego – marne dwadzieścia pięć kilometrów – a z racji wczesnej pory, wszystkie moje rzeczy mam jeszcze rozrzucone w hostelu… Od czego jednak są szczęśliwe zrządzenia losu – w tym samym biurze, odbierając bilety na ten sam prom, ratują mnie Andreas i Anke – trochę starsi (ale młodzi duchem!) Niemcy, zabierając mnie na pokład swojej terenowej furgonetki, którą będą przez kilka miesięcy objeżdżać te same kraje, co i ja. Oczywiście, na koniec dnia okazało się, że spóźnienie na prom nie byłoby problemem – ale przynajmniej spotkałem ciekawych ludzi, a schody w Odessie będą zawsze – tak jak i zawsze będzie można do nich wrócić.

 

 

4 komentarze

  1. Fajnie się Ciebie czyta, mówiłem Ci? 🙂

    • No właśnie przeczytałem! Miło słyszeć 🙂 Poznajesz Siebie z karimatą na plecaku? 😀

  2. Dobry wpis! Widać ‚samotność’ nie wszędzie jest taka zła 😉

    • Dzięki! Tak jak rozmawialiśmy, jest od niej jak uciec. Ale jadąc samemu, dozuję to sobie tak jak chcę.

Brak możliwości komentowania