Swoją drogą – po Tajlandii

Tajlandia. Nie mówcie nikomu, ale chyba … zaczyna mi się tu podobać. A przecież trzymam się z moim rowerem z dala od morza i cieszę się, jeśli nocą temperatura jest bliska zeru (a nawet w tajskich górach tak bywa, wysokość robi jednak swoje). Grunt to odnaleźć to, czego wszędzie rowerem szukam – oddalenie od głównych dróg i szlaków pielgrzymek rejsowych autobusów. Czasem trudno to zrealizować, gdy przez dane miejsce szlak dla nich i dla rowerów przebiega jeden wspólny dla wszystkich. Ale taki Tadżykistan, gdzie nie ma wyjścia – i drogę prawie zawsze dzielimy na rowerach wraz z chińskimi ciężarówkami oraz tadżyckimi terenówkami, z Tajlandią łączy tylko pierwsza litera w nazwie – tutaj jest przynajmniej szansa na podjęcie tego wyzwania – znalezienia swojej drogi rowerem po Tajlandii.

Przestała być szczytem moich marzeń całkiem dawno temu, choć około roku dziewięćdziesiątego siódmego jakoś mnie jeszcze ożywiały klocki Lego z tropikalnej serii „unga-bunga” – krokodyle, liany i tajne jaskiniowe przejścia za tajemniczym ołtarzem. Klocki nie były tajskie – może bardziej papuaskie? – ale nie to jest najważniejsze. Ważne, że mniej więcej wtedy po raz ostatni naprawdę pociągały mnie tropiki, znane tylko ze zdjęć. W międzyczasie gdzieś do mnie doszło, że bajkowo wyglądające ośrodki na rajskich plażach nie są prawdziwą stroną krajów, w których je za bajkowe pieniądze postawiono. Jeszcze około dwudziestki patrzyłem z zachwytem na katalog znaleziony gdzieś na uniwersytecie, w którym widniały oferty kilkutygodniowych wypraw życia, obficie oblepione zdjęciami zadowolonych młodych twarzy – dla poprawności, twarzy nie tylko białych. Wszystko to na tle konturów dalekich kontynentów i pobudzających wyobraźnię najsławniejszych miejsc z każdego z nich. I za pieniądze będące zupełnie poza zasięgiem normalnego dzieciaka, pełne przelotów samolotami od miasta do miasta tak, by zdążyć zobaczyć pół kontynentu w napiętym dwudziestojednodniowym grafiku. Teraz, patrząc na siebie z tamtego czasu, myślę tylko, że dobrze było z tego wyrosnąć. Skłamałbym mówiąc, że oczy mi się nie świeciły na myśl o przeżyciu takiej „podróży życia”, która dopiero na miejscu okazuje się równie zorganizowana, co bliskie nam siedmiodniowe wycieczki autokarowe po siedmiu stolicach Europy (to jeszcze istnieje!) – z tą różnicą, że w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej, potencjał na zrobienie „niepowtarzalnych” zdjęć „autentycznych tubylców” ubranych jak ich prababki i pradziadkowie jest jakby większy, niż na naszych starych europejskich śmieciach. Jeśli się złapie dobry kadr, rzecz jasna, pozbawiony sterty śmieci i zbiegowiska ludzi z selfie-stickami, którzy się właśnie wysypali z jednej z miniętych wcześniej furgonetek. I ten rodzaj turystycznego sportu jest właśnie tym, z czym kojarzyła mi się Tajlandia. Kto wie, czy za kolejnych dwadzieścia lat znów nie zmienię zdania – i nie zamienię skrzypiącego siodełka na miękkie siedzenie za przyciemnioną szybę szaleńczo szybkiego vana.

Na razie jednak – nie wszystko stracone. Tajlandia, mimo wszystko, zdołała mnie zaskoczyć, a to już coś – jak na miejsce, po którym nie spodziewałem się wielu niespodzianek.

Oczywiście – żadne z główniejszych miejsc przeładunku turystów nie jest ani Podlasiem, ani zwykłymi przedmieściami Taszkientu, gdzie można zobaczyć kraj takim, jakim jest naprawdę – bez dodatkowych nakładek dla żądnych wrażeń przyjezdnych. Trzeba do tego podejść, jak do zadania specjalnego – uzbrojony w kupioną na miejscu mapę wyjechałem na poszukiwanie dziczy prawdziwszej od dziczy, którą objeżdżają srebrne, pudełkowate Toyoty. Z zacięciem na twarzy, zmrużonymi oczami i błyskiem w nich – myślę sobie, że trzeba to będzie odkryć po swojemu. Siedząc w rogu hostelu mam wypisane na twarzy „nie podchodzić – właśnie knuję plan przechytrzenia przeciwnika” (żartuję…). W końcu Tajlandia jest miejscem, do którego jeździmy tłumnie z zimniejszych części świata – byśmy mogli wygrzać nasze blade twarze w cieple podzwrotnikowego słońca, które z brutalną regularnością wstaje i zachodzi o szóstej rano i szóstej popołudniu. I te miliony trzeba jakoś sprytnie ominąć.

I chyba się udało – biorąc przewodnik Lonely Planet i jadąc w te miejsca, których nie obejmuje jego mapa. A jeśli obejmuje, to niech będą na tyle oddalone, że tylko cierpliwszym zechce się tam wybrać. Zdjęcia z satelity zdają się potwierdzać me przypuszczenia, że na zachód od Bangkoku czekają mnie tylko góry, wsie zagubione w dżungli i drogi, które zawsze, z żelazną dyscypliną, powyżej pewnej wysokości zmieniają się w gruntowe ścieżki przez przełęcze. To nie Gruzja, więc nie mam się co obawiać śniegu w najwyższych miejscach.

Ale nie spodziewałem się tego, co mnie na tajskim uboczu spotkało, pod różnymi względami. Nie spieszę się już tak bardzo jak wcześniej – choć i w ubiegłym roku noża na gardle nie miałem – ale dopiero tutaj pozwalam sobie na penetrowanie wszystkiego w danej okolicy, na co mam ochotę. Tym sposobem, choć przez pierwsze tygodnie nie oddaliłem się od Bangkoku w linii prostej o więcej niż trzysta kilometrów, to przez ten czas przejechałem i tak więcej, niż przez większość krajów dotychczas. Nie wygląda to spektakularnie na mapie – co mnie akurat irracjonalnie drażni, bo nie oddaje skali przedsięwzięcia – ale też sprawia, że czuję pełne nasycenie taką okolicą. To też jest fajne.

Co więc czeka w takiej na przykład prowincji Kanchanaburi, znanej w świecie dzięki filmom „Most na rzece Kwai” czy „Łowca jeleni”?

(Inna sprawa, że tak naprawdę ów słynny most wisi nad rzeką o trochę innej nazwie (Khwae) – której nazwę raz przekręcono – i dla świata już taką przekręconą pozostała)

Czekają tajscy turyści i wszystko przygotowane pod ich gusta, znacznie inne od skąpiących grosza turystów i podróżników z Europy – i wygląda to ciekawie. Ze znanego i tłumnie odwiedzanego miasta ze słynnym mostem oraz uliczką pełną barów, tanich pensjonatów, biur turystycznych nie różniących się od siebie niczym, oraz wszystkiego co się da, wypisanego po angielsku – trafiam do bajecznej krainy cukierkowych ośrodków wypoczynkowych. Wszystkie zrobione na jedne kopyto – kolory jak z pudełka kredek, kolorowe litery oznaczające nazwy ośrodków wbite na patykach w podejrzanie zielone trawniki, które nie mają prawa istnieć przy tych temperaturach w porze suchej. Ale trawa w rolkach jest obficie podlewana, więc nie żółknie, a jej granica jak nożem ucięta pokazuje dobitnie, gdzie leży granica między światem wypoczynku i tym zwykłym, teraz w porze suchej trochę wyblakłym i przykurzonym.

I ani jednego białego człowieka, choć od słynnego mostu dzieli mnie pół dnia jazdy rowerem. Czytaj – bardzo niewiele.

A podczas gdy od Birmy – tej niedostępnej, tajemniczej Birmy – dzieli mnie pasmo niewysokich gór, mój świat dzieli się po połowie na zielone trawniki z pasącym się na każdym z nich barankiem Shaunem, oraz na zagony manioku, z żałosnie wystającymi z nich pojedynczymi potężnymi drzewami, które pozostały po dawnych lasach, przypominającymi o tym, co tu potrafi wyrosnąć, gdy tylko da się drzewu odpowiednio dużo czasu. Żebym nie miał wątpliwości co do tego, na czym polega różnica między tymi dwoma światami – maniok to roślina uprawiana przez biedaków („poor man’s crop”), o czym przy kawie kosztującej więcej od przydrożnego śniadania uświadomił mnie pochodzący z Tanzanii biały farmer-rowerzysta. On manioku nie uprawia, ma się rozumieć. Ale ja tą kawą też się zapijam przy większości nadarzających się okazji – bo w konfrontacji z nią, moja wola słabą jest – szczególnie, gdy przy okazji można się cichaczem wykąpać w toalecie, która zamiast papieru toaletowego ma słuchawkę od prysznica. Wchodzę mokry i wychodzę mokry – ale tylko ja wiem, że też jakby świeższy.

Oddalenie się od tras z przewodników ma też tę zaskakującą stronę – że nagle okazuje się, że językowo jestem zupełnie bezradny. Zupełnie. Po angielsku nie mówi praktycznie nikt. Nie mam pojęcia, jak znaleźć hotel – gdyż słowa „hotel” nigdzie nie uświadczam. Jeśli widzę napis „resort”, a wejścia strzeże baranek Shaun – cena za nocleg jest nie tylko poza zasięgiem mojego budżetu – jest poza zasięgiem zdrowego rozsądku. 

Próbuję jedzenia – i poza zawsze genialnym pad thai, lub ewentualnie smażonym ryżem, niewiele ma ono wspólnego z przepięknymi daniami znanymi z tajskich restauracji w Europie, czy ze znów zbyt drogich restauracji w miastach. Nie jestem tym rozczarowany – o nie, nie w tym rzecz – ale zaskoczony tym, jak monotonne są posiłki z przydrożnych garkuchni. Mam przeczucie, że spotykani kucharze potrafiliby zdziałać cuda, jeśli tylko ja potrafiłbym powiedzieć, na co mam ochotę. Kilka razy spróbowałem – ale wymienienie nazw kilku składników okraszone bogatą gestykulacją owocowało tym, że otrzymywałem każdy z nich przygotowany osobno. Bezpieczniej więc pytać o pad thai, lub w ostateczności zdać się na zwykle mdławą zupę z bladymi kulkami o rybnym smaku. Moje ograniczenie językowe jest przepotężne, język się plącze – i za żadne skarby nie potrafię spamiętać raz usłyszanych nazw.

Więc czy tak wygląda tajska prowincja dla przejeżdżającego rowerzysty? Tak, jeśli jest celem wycieczek tajskich turystów, lub jeśli nie położono na niej wszechmocnej łapy jednego z parków narodowych. Tych, na szczęście dla przyrody, jest w Tajlandii mnóstwo. Dla mnie mają znaczenie o tyle, o ile przebiega przez nie jakaś droga otoczona z obu stron niewykarczowanym lasem, którą mogę się przemieszczać i czuć, że jestem w dżungli. Owe parki to dla mnie i przekleństwo – bo w każdym czeka słona opłata za wejście, wielokrotnie wyższa od biletu dla Taja – ale i radość dla oczu, bo patrzeć na ścianę drzew, a na regularną uprawę gumodajnych drzew kauczukowych – to jednak różnica. 

Ale – jak głosi plotka zasłyszana od spotkanego brodatego misjonarza – najwięcej w sprawieniu, że dżungle są tu tak łatwo dostępne – zawdzięczam nie parkom, a … komunistom (!) i strachowi przed chłopskimi rewoltami mogącymi utrzymać poparcie dla tych pierwszych.

Jadąc pierwszorzędną drogą, wijącą się między wyschniętymi polami kukurydzy a potężnym jeziorem Si Nakharin na kolejnej zaporze wodnej, dowiaduję się, że jeszcze w latach osiemdziesiątych, dojazd tutaj trwał siedem godzin łodzią w górę dzikiej rzeki. Teraz to rzecz prawie nie do pomyślenia. Dziś potrzeba promu do przeprawienia się z jednej strony doliny na drugą – czyli w poprzek jeziora (z czego nie mogłem nie skorzystać, a przy okazji, dzięki gościnności kapitana, który zobaczył, jak rozbijam namiot blisko nabrzeża – zanocować na jego pokładzie). Po powstałym zbiorniku powinno się jednak płynąć szybciej, niż niegdyś krętą górską rzeką – ale widać niewystarczająco szybko, by wojsko w razie czego mogło dotrzeć do dotychczas odosobnionych miejsc w górach – idealnych dla partyzantów, jakże skutecznie chowających się w dwudziestym wieku po górach sąsiednich krajów. Armia wyasfaltowała więc masę dróg – o czym zarówno z zawodem, jak i lekką ulgą, dowiaduję się dopiero na miejscu (podobno osiemdziesiąt procent dróg wiejskich w Tajlandii już się nie kurzy – a ja jestem w stanie w to uwierzyć). Przynajmniej odważyłem się zboczyć ze szlaku, spodziewając się najgorszego – a że ostatni raz miałem do czynienia z takimi drogami trzy miesiące temu, to bariera psychiczna przed zejściem w leśne ostępy była u mnie zdumiewająco duża. Całe szczęście, przełamałem się – i na okrasę, jakieś fragmenty ubitych czerwonych traktów jeszcze ostały się tu i ówdzie. I choć przejazd przez pierwszy lepszy las w Polsce jest sam w sobie ciekawszy, to samo podjęcie decyzji o wskoczeniu w nieznane i leśne dało sporo satysfakcji. Takiej, jaką może dać tylko wskoczenie nie w cudze buty, a w swoje – i podążenie swoim szlakiem.

Podsumowując – tak, na razie udaje mi się odnajdywać moją drogę w Tajlandii. I choć u niektórych budziła już zdziwienie – choćby przez nieuwzględnienie w niej rajskich południowych plaż – dobrze mi z nią. Misja trwa! I wiem już (przez rozeznanie górskich okolic Chiang Mai na skuterze z przybyłą przed tygodniem z Polski Grupą Wsparcia Numer Dwa), że następny odcinek znów będzie lepszy od obecnego, tak jak i obecny jest lepszy od poprzedniego. Co za rozpusta! Tam, gdzie ruszam jutro z rana, będzie jeszcze jeszcze górsko, jeszcze bardziej wsiursko (to tylko dla rymu). Czyli – po prostu – będzie jeszcze lepiej. Znowu dostanę w kość – ale dzięki temu zapamiętam to na długo – tak jak każde wcześniejsze porządne lanie.

Ale o tym – jak zawsze – w kolejnym odcinku.

(Napisał całkiem zadowolony Hubert z wyluzowanego Chiang Mai – fajnego, choć gęstego od przyjezdnych. Bo mimo wszystko – i nie dajcie mi się do końca zwieść – jasne jest, że od czasu do czasu naprawdę lubię mieć wszystko podane na tacy. Po angielsku, lekko, łatwo i przyjemnie.)

 

3 komentarze

  1. Ehh!!:-)

  2. Fajnie się czyta…szczególnie gdy się rozumie te dylematy drogowe 🙂 My mielismy tropikalne zmagania na Sri Lance, a finalnie, chyba nie zlaeźliśmy idealnej dla nas drogi…ale na pewno mieliśmy cudną bujność, która na nas zrobiła duże wrażenie (pierwszy raz w tej części świata, wiadomo 😉 Trzymam kciuki za dalszą drogę!

    • Hej Justa – dzięki! Ciągle idzie dobrze, do przodu, choć plany powoli ewoluują od tych pierwotnych, ale co tam! A mnie ta bujność raczej ominęła, pora sucha robi swoje – nie wiem, co lepsze, a co gorsze – chyba jednak wolałem suche pola ryżowe i trochę oddechu od wilgoci. Co innego kiedyś motocyklem – dajcie mi tę zieleń! 🙂 Pozdrowienia!

Brak możliwości komentowania