Tajskim wstępem, żegnając Rosję

Jeszcze na gorąco, krótko po wyjeździe, spisałem parę myśli, które naszły mnie po wylocie z Irkucka. Ale przepadły wraz z systemem operacyjnym komputera, który – jak na produkt Microsoftu przystało – padł bez wyraźnego powodu, pociągając za sobą na dno kilka dokumentów, których nie zdążyłem schować w bezpieczniejszym miejscu. A że nie ma sensu próbować odtwarzać tego słowo w słowo – bo napisanie tych samych słów w innym otoczeniu i innym kontekście nie odda dokładnie tego, co wtedy czułem (to nie jest na razie żadną podpowiedzią, choć… chyba co nieco podpowiada) – siadłem do tego od nowa myśląc, że patrząc wstecz, jakoś inaczej na to spojrzę. No tak.

Z Rosją pożegnałem się z przytupem, jakiego się nie spodziewałem – a może powinienem był? Na ostatniej prostej, widząc już wózki bagażowe kołujące pod samolotem za oknem irkuckiego terminala. Do odlotu pozostała niecała godzina, moja odprawa z racji nietypowego bagażu zajęła trochę więcej czasu, niż pozostałym pasażerom – więc także jako ostatni wylądowałem przy kontroli paszportowej. Przynajmniej widzę z daleka, że moje bagaże nie utknęły i też są już na wylocie – tylko ja mam widoczną z kilometra nieśmiertelną kraciastą ruską torbę, o których tutaj oczywiście mówi się z podobną wyższością, jako o torbach chińskich. Pozostali pasażerowie, elegancko, na tajskie kanikuły się lepiej wystroili.

I choć było to kilka tygodni temu, właśnie bez specjalnego zaskoczenia zauważam, że momentalnie staję się nerwowy wracając myślami do tamtego przedpołudnia.

Jak się okazało – z perspektywy czasu dziwna sytuacja z lotniska wygląda absolutnie tak samo. A przecież jestem już „bezpieczny” w przyjemnym tajsko-birmańsko-mońskim miasteczku Sangkhlaburi, z zimną kawą i widokiem na młode, trzydziestoletnie jezioro, wokół którego kręcą się od jakichś czterech dni. Niespecjalnie się ucieszyłem, gdy najpierw bez żadnych wyjaśnień kazano mi czekać nieokreślony czas na kogoś, kto fatygował się specjalnie dla mnie z takim pośpiechem, jakby przybywał z drugiego końca miasta – a potem z coraz trudniej opanowywanym spokojem musiałem balansować między grzecznością i słabo skrywanym zdenerwowaniem, słuchając pytań rosyjskiego funkcjonariusza. I patrzeć, jak czas płynie coraz szybciej, jak pustoszeje sala odlotów, a kierowca autobusu niecierpliwie czeka na ostatnich pasażerów.

Oficjalnie reprezentując swój kraj, facet w krótkim czasie narobił tyle szkód w moim odbiorze tego miejsca, że dalej nie jestem pewien, czy gościnność „zwykłych” Rosjan byłaby wystarczającym powodem, bym w najbliższym czasie w ogóle rozważał ponowne odwiedziny.

„A pan przyjechał tu jako przyjacieł, czy wróg?”.

Zbaraniałem, słysząc takie pytanie na początek rozmowy.

Faktów nie musiałem długo łączyć – po tym jak mężczyzna wertował wizy w paszporcie jedna po drugiej, już wiedziałem do czego zmierza. Już wiedziałem, do czego to jest wstęp. Na końcu mojego paszportu, dwie strony są zastemplowane pieczątkami ukraińskimi, zebranymi na przestrzeni kilku lat. Cisnęło mi się na usta pytanie o to, co go to tak interesuje, skoro oficjalna linia jego rządu jest jasna – „Rosjan na Ukrainie nie ma”. Więc dlaczego tak bardzo chciał wiedzieć to, co tam słyszałem, z kim się spotykałem – i dlaczego tyle razy i tak długo tam siedziałem? I skąd te podejrzliwe pytania o to, co ludzie mówili, i jakie czołgi widziałem? Oraz o to, co ja właściwie tu w Rosji robię, skoro na żadne z poprzednich pytań nie dałem satysfakcjonujących odpowiedzi. Ledwo wytrzymałem w napięciu, wyobrażając sobie, jak niewiele potrzeba, bym pod byle pretekstem obejrzał odlot samolotu ze złej strony szyby hali odlotów.

Tyle tygodni spędzonych albo bez ludzi, albo z ludźmi przyjaznymi – to wszystko, co budowało coraz znośniejesze wrażenie – sypnęło się w ciągu dwudziestominutowej rozmowy, spinając się płynnie z atmosferą spotkania z milicjantami, przy okazji pierwszej rejestracji w hotelu w Przystani nad Obem. Wyleczyłem się z Rosji na długi czas, stety-niestety – bo parugodzinna wizyta nad Bajkałem zrobiła na mnie kolosalne wrażenie i w dobrym sezonie bardzo bym chciał spędzić tam kilka tygodni. Na razie siarczysty mróz przekreślił taką możliwość, dopóki jeszcze miałem na to jakąś ochotę.

Ostatecznie, po pierwszych niezadowalających odpowiedziach, spotulniałem. Puścił mnie. Do widzenia więc.

I z takiego miejsca w pięć godzin znalazłem się w Bangkoku. Dla niewtajemniczonych – wizy do Chin przestały być tak atrakcyjne, jak jeszcze kilka lat temu – teraz dają miesiąc, z szansą na przedłużenie o jeszcze jeden. Krótko, jak na odwiedziny kraju-kontynentu i moje chęci zobaczenia więcej, niż jednej prowincji. Więc zamiast tracić ten ograniczony czas, jaki chińska wiza dałaby na przedostanie się z północy Chin na tereny niezamrożone, spróbuję wraz ze zmieniającymi się porami roku wjechać tam od południa. I tak, gdzieś na wiosnę, spróbuję odwiedzić te strony Państwa Środka, na których najbardziej mi zależy.

Stąd cały niespodziewany pomysł ewakuacji do Bangkoku. No i loty były bezpośrednie z racji popytu na tajskie słońce wśród spragnionych jego światła mieszkańców Syberii, co przy podróży z rowerem też ma całkiem duże znaczenie. Więc samolot był pełen – bo, o dziwo, nie każdy Rosjanin chce lecieć na ich podstępem wykradziony #krymnasz (rosyjskie patriotyczne hasło doby internetu), mimo iż ostatnio sam minister turystyki stwierdził, że takie zagraniczne nadmorskie wakacje i tak nie są we krwi prawdziwego Rosjanina. Jakoś trzeba ludziom uzasadnić koniec możliwości wypoczynku w Egipcie i Turcji – a władza pracowicie próbuje ludziom wytłumaczyć niewytłumaczalne.

Nie będę za tym rosyjskim wariactwem tęsknił.

A tymczasem w Tajlandii – kraju, który z „prawdziwą męską przygodą” jak na razie ma niewiele wspólnego – jest inny świat – łącznie z tym, że trzeba sobie zaraz po wyjściu z lotniska i wyjściu na dwór przypomnieć, że o szóstej popołudniu jest już noc, życie trwa od wczesnych godzin porannych do wczesnych wieczornych, a przyzwyczajenia z krainy mrozu należy szybko zapomnieć, bo mają się nijak do otaczającej rzeczywistości. Wszystko od nowa! (I znów przypomina mi się książka Jacka Dukaja pt. „Lód” – której nie należy czytać przed zimową wyprawą na Syberię, bo się dostaje paranoi na myśl o mrozie)

I ludzie się uśmiechają w Tajlandii – bo tak. Po dwóch tygodniach już wiem, że to nie jest podpucha, choć po Rosji wciąż jestem podejrzliwy.

A że przygoda dopiero nadejdzie tego jestem pewien, tylko potrzeba trochę cierpliwości i czasu. Rowerem w Tajlandii trzeba jej szukać bardziej, niż w Azji Centralnej, ale znajdzie się, znajdzie. Trochę o nią trudniej, bo ludzi tu jest znacznie więcej – i choć dżungle i bambusowe zagajniki sprawiają wrażenie dziczy – w dziczy na razie jeszcze nie jestem. Dopiero przebrnąłem przez Bangkok, tak jak i przez dusząco wilgotne równiny dookoła niego. Dotarłem do pierwszych gór, do pierwszych krajobrazów, które dają uciechę dla oczu. A nie pisałem przez kilka tygodni niczego, bo tak naprawdę nic wartego Waszej uwagi się nie działo. Czym Bangkok jest – o tym można przeczytać wszędzie indziej, i nie będę się rozpływał nad kolejną wielką metropolią, gdzie stal i szkło sąsiadują ze starymi kamienicami i świątyniami. Tutaj rowerowych skrzydeł nie można rozwinąć.

Zanim dojechałem do miejsca, gdzie chłopak z białymi słuchawkami w uszach, zamiast na skuterze wymusza pierwszeństwo na słoniu, musiałem przebrnąć przez niekończące się przedmieścia stolicy oraz labirynt dróżek i kanałów otaczający to miasto – oczywiście, można też zamknąć oczy i o tych stu kilometrach zapomnieć, przelatując je bezpiecznie skrajem autostrady. Ale robiłem takie numery wcześniej i wiem, że szkoda czasu na takie zmarnowane dni. Czas lepiej marnować tam, gdzie jest ładnie – tylko trzeba się naszukać tych skrótów, których często nawet nie ma na mapach (choć w rzeczywistości, mimo bardzo lokalnej numeracji, istnieją – i są bardzo dobrej jakości). Dokładnie studiując mapy przed wyruszeniem z miasta, można próbować znaleźć trochę satysfakcji i przyjemności z jazdy w miejscu nadającym się do tego równie dobrze, co wylotówka z Warszawy przez Łomianki. Ponieważ obok jest przecież Kampinos – i ten, kto wie czego szukać (a już wydaje mi się, że wiem) – zjedzie kilometr w bok, by w owym Kampinosie się znaleźć.

I po pierwszych przewidywalnie mało obiecujących początkach powoli coś się zaczyna dziać – jest dobrze. Jestem z powrotem na rowerowym szlaku. Więcej wieści wkrótce!

2 komentarze

  1. Wesołych Świąt Przyjacielu 😉

    • I Tobie, na nadchodzące święta z jajeczkiem 🙂 Nie ma to jak transkontynentalne poślizgi!

Brak możliwości komentowania