Phayao – Zimna, Prowincjonalna Tajlandia

Miało być o pętli Mae Hong Son – kto jedzie do Chiang Mai i ma wystarczająco dużo wolnego czasu, odwiedza tę malowniczą kilkusetkilometrową drogę, pełną zakrętów i fajnych widoków (do „zapierających dech w piersiach” jeszcze im trochę brakuje).

A będzie o Phayao – miejscu, na które po Chiang Mai i Mae Hong Son mało komu zostaje wystarczająco czasu w napiętym tajskim grafiku, by zboczyć trochę na wschód właściwie w kierunku niczego konkretnego. Chyba, że masz plan, by dokądś dotrzeć dalej, a Phayao będzie po drodze. Wtedy się jedzie w takie miejsce.

Te strony Tajlandii są nie mniej piękne od nieodległych miejsc, do których turyści z Zachodu ściągają dziesiątkami tysięcy – ale nikogo białego tu praktycznie nie spotykam. Tajscy turyści wiedzą więc coś więcej, a rolniczo-górskie krajobrazy same się bronią.

Miałem dotrzeć do granicy z Laosem, przy samym Wientianie. Już opuściłem prowincję Chiang Mai, krajobraz robił się coraz suchszy, a wyschnięte bambusowe zagajniki czekały na niedopałki papierosów. Czasem się doczekały. Czas, który potrzebuję, by dotrzeć do Mekongu wyliczony mam bez dużego zapasu, ale powinno go wystarczyć. Tylko przejadę prowincję Phayao, leżącą trochę na uboczu i od Chiang Mai, i Chiang Rai z białą świątynią.

Ale nosa za Phayao już nie wyściubałem.

Dojeżdżam do tytułowego miasteczka i cofam się w czasie. Widać, tam dokąd nie dociera masowy zagraniczny turysta – bo tajskich tu akurat nie brakowało – jest przyjemnie spartańsko. W hotelu Thangthong w Phayao jest jak we lwowskim hotel Lwów w 2002 roku. Mój szalony nauczyciel geografii z liceum miał nań bardzo dosadne określenie, które na szczęście dla Lwowa, jest już nieaktualne. Tutaj by wciąż pasowało – ostatni remont zrobiono gdzieś za tajskiego Gierka, drzwiom windy trudno ufać przez ich ciągłe uszczypliwości bez ostrzeżenia – a największa szansa na dostanie ciepłej wody jest o poranku. Tego ostatniego nie powiedziano mi zresztą wprost – po prostu odkręcałem kran o różnych porach dnia przy każdej wizycie w toalecie, aż któregoś razu z rury buchnęła para. I tym sposobem, z pianą i szczoteczką do zębów w ustach, nie traciłem cennych sekund – zdjąłem z siebie wszystko w pośpiechu. Bo nie wiadomo, jak szybko przyjemność gorącego prysznica może się skończyć.

Ale czy ja naprawdę w Tajlandii potrzebuję ciepłego prysznica? A-ha. A były przecież takie czasy, że ciepłą wodę widziałem o wiele rzadziej, w warunkach znacznie surowszych – i nie robiło to na mnie już większego wrażenia. Pewnie mięknę wraz z nadchodzącą trzydziestką. No i w innych miejscach mogłem się spodziewać, że będzie zimno.

Ponieważ wybór Thanthonga nie był nieprzemyślany – nie wiem na razie, ile tu będę siedział. Lecz przy cenie noclegu wynoszącej tyle, ile wydaję dziennie na jedzenie, nie muszę się spieszyć z wyjazdem – i w tym tkwi cała moja niespodziewana przebiegłość. Po prostu w momencie przyjazdu nie miałem pojęcia, ile czasu przyjdzie mi tu spędzić – gdyż wskaźniki jego upływu, takie jak tempo schnięcia przemoczonych butów w zimnym, wilgotnym powietrzu, zwyczajnie nie pozwalały na jego precyzyjne określenie.

Po wizycie u fryzjerki, która nie podołała chyba obcym w tym mieście nieazjatyckim włosom, jak i po przymusowym odwiedzeniu golarza z tępą brzytwą, by choć trochę skorygował to, co fryzjerka chwilę wcześniej wyczyniła dookoła moich uszu, korzystam z rzadkiej w tajskiej trasie dostępności jedzenia na wyciągnięcie ręki – gdyż na wsiach po przekroczeniu pewnej godziny nie ma co na wiele liczyć. Zaopatruję się więc we to wszystko, czego mi notorycznie brakowało przez kilkanaście ostatnich dni. Ananasy małe i duże, obrane do zjedzenia natychmiast jak i nieobrane na później, kiście bananów, pad thai na wynos i kawałki kurczaka świeżo wysmażone – i wreszcie, po raz pierwszy, słynny tajski niby-naleśnik z bananów i jajek. Krótko mówiąc – nadeszła chwila rozpusty i spełnienie marzeń z tych dni, kiedy jedyne na co mogłem liczyć, to wciąż ta sama zupa z rybnymi kulkami i makaronem bez smaku. Mogę wreszcie odpocząć przy jakimś filmie, zaopatrzony w zapas przekąsek. I nie mogę wyjść z ubawu, gdy oglądam Matta Damona na Marsie w „Marsjaninie” – a na ekranie widzę siebie w hotelowej bazie Thangthong. Nawet kamizelkę ma podobną. On też utknął w nieprzyjaznym miejscu, i też tam musi likwidować skutki coraz to nowych awarii, nie mając przy tym odpowiednich części. On też gada sam do siebie – skąd ja to znam? Wczuwam się w klimat filmu i czekam na moment, jak i ja zaraz wysypię resztki ziemi z zakamarków bagaży i zamiast zjadać ananasy, zasadzę je w tym, co przed chwilą wysypałem. Codziennie też odwiedzam serwis rowerowy z coraz to innymi sprawami, ale i odzyskuję wiarę w to, że ta chwila przymusowego zatrzymania na planecie Phayao nie będzie trwać bez końca. Phayao – to nawet brzmi jak nazwa jakiegoś zapomnianego zakątka galaktyki z powieści science-fiction!

Krótko mówiąc – szykuję się kulinarnie i serwisowo do nadchodzących kilkunastu górskich dni, dzielących mnie od Wientianu.

Przez ostatnie półtora miesiąca dzień za dniem mijały na przebywaniu odcinków drogi od prysznica do prysznica, gdy pot zalewał oczy z taką gwałtownością, że nawet w upale wolałem jechać z pochłaniającym wodę nakryciem głowy – byle choć trochę spowolnić to męczące zjawisko. Góra następowała po dolinie, dolina po górze. Pola ryżowe dawno już zdążyły wyschnąć w palącym słońcu, po zielonych i wilgotnych zagonach pozostało tylko spalone rżysko. W lasach monsunowych akurat trwała pora sucha, znaczona wyschniętym na wiór podłożem i zapachem dymu z pożarów, których pełno na polach i w lasach. W takim otoczeniu trudno nie zatęsknić za jesienią, gdy dookoła pełno żółto-czerwonych liści, a zapach palonych traw gryzie w nozdrza. Jesienna pora sucha, choć zapylona i zadymiona – jak sama nazwa wskazuje – w Tajlandii miała mieć tę jasną stronę, że ja miałem nie moknąć. Miało być ciepło za dnia i chłodno w nocy – i sucho, ciągle sucho. Ciemna – czyli mokra – strona jesieni miała być wygodnie wymazana z tego obrazu.

I w takiej aurze w końcu trafiłem do Phayao, skądinąd przyjemnego miasteczka, którego zakładnikiem niespodziewanie stałem się na kilka dni. Po ponad tygodniu, który minął od kiedy ostatni raz dłużej odpoczywałem w okolicach Mae Hong Son na północnym zachodzie kraju, chciałem się tu zatrzymać tylko na moment – na jedno dłuższe popołudnie, potrzebne do zrobienia prania i chwili odpoczynku nad brzegiem dającego poczucie oddechu od wszechobecnego upału jeziora. A później – ostatnia długa, nieskażona miastami i autostradami tajska droga do granicy z Laosem – z grubsza obliczona przeze mnie na osiemset kilometrów, dzielących mnie nie od najbliższego, a od wybranego przejścia granicznego niedaleko Wientianu.

Od kiedy wylądowałem w Bangkoku półtora miesiąca temu, deszcz nie spadł ani razu. Chmury bezustannie sunęły po niebie, uporczywie nie chcąc ulżyć doli rowerzystów pokonujących niewyobrażalnie strome (acz wyobrażalnie urokliwe) tajskie góry. Ostatnią noc przed Phayao celowo spędzam na parkingu oddalonym o zaledwie trzydzieści kilometrów od miasteczka – za to na takim zakręcie drogi, z którego miasto i roztaczającą się wokół niego dolinę widać jak na dłoni. Pięćset metrów różnicy między mną a podnóżem góry zawsze gwarantuje dobry efekt widokowy – ucztę dla oczu i o zachodzie, i nocą, i o wschodzie słońca. Oraz wspaniały, dziesięciokilometrowy zjazd w mglistym chłodzie poranka, gdy las budzi się do życia i można odnieść wrażenie, że z niewiadomych przyczyn jest zamieszkały tylko przez koguty, z których każdy chce przekrzyczeć pozostałe. A wszystko dookoła pieje, choć nie ma mowy, by w tej leśnej gęstwinie była jakaś zagroda czy kurnik. Szkoda nawet włączać jakąkolwiek muzykę. Szum gum, koguty i pisk wilgotnych hamulców – poranna uczta dla zmysłów, choć pewnie znośna tylko dla rowerzystów.

Ale sprawy nie potoczyły się w Phayao normalnym trybem – normalnym w sensie braku nieprzewidzianych zdarzeń. Potoczyły się trybem typowym dla każdego miejsca, w którym staję na dłuższy moment, by odpocząć – bo to nie jest pierwszy raz, gdy w miejscu mającym dać chwilę wytchnienia rozpoczyna się seria wypadków, które byłyby przekleństwem gdzieś na uboczu – za to tutaj ochoczo zjadają czas, który miałem poświęcić na fajniejsze rzeczy. Mam przynajmniej tyle szczęścia, że nie muszę tego robić po krzakach. Takich, jak na przykład naprawa hamulca – miał przecież tyle wcześniejszych okazji, żeby powiedzieć „dość” gdzieś po drodze, a zrobił to kilka metrów od sklepu, w którym chwilę wcześniej kupiłem tarczę hamulcową na zapas, na wszelki wypadek. Cieszyć się, czy płakać? Będzie co przy hamulcach robić następnego dnia, zamiast wczesnego wyruszenia w drogę. Parafrazując słowa napisane przez Młynarskiego – „co by tu (się mogło) jeszcze spieprzyć, panowie?”

Ano, panowie – co tylko chcecie! Szczególnie wtedy, gdy jest się gotowym do drogi.

Pranie zrobione, czterdzieści stopni i dziwnie gorący wiatr robią swoje – wszystko wyschło w mgnieniu oka. Tylko skąd te gęste chmury? Podobne mgnienie oka trwa następujące po tym załamanie pogody. Robi się dziwnie ciemno, nawet jak na tajskie popołudnie. Od dawna niewidziany powiew zimnego powietrza wybudza mnie z drzemki. Zdążyłem jeszcze szybko wspiąć się na dach, zebrać ubrania rozrzucone przez wiatr po dachach sąsiednich, mijając na stromych schodach mężczyznę wspinającego się w przeciwną stronę po to tylko, by zabić dyktą otwór po okiennym skrzydle, z którym rosnąca wichura już sobie z hukiem poradziła.

Ale nie takie deszcze i śnieżyce już mam za sobą. Przesypiam w zaskakującym chłodzie kolejną noc i następnego ranka w końcu ruszam w dalszą drogę, mimo ciężkiego ołowianego nieba, które na dobre zlewa się strugami deszczu z ziemią. A wszystko to po to tylko, by dzień później nie z tarczą, a na tarczy wrócić do punktu wyjścia – po kilkugodzinnej wyprawie w kierunku gór na wschodzie, w wierze że „jakoś to będzie”, po przespaniu nocy w niesamowitej gościnie u ludzi, którzy udostępnili mi strych swego dopiero stawianego domu, w mokrym zimnie – pozostało mi jedno – odwrót! Co jakiś czas wykrzykuję do siebie na cały głos „retreat!”, jak w jednej ze starych gier komputerowych, by mieć chociaż tyle frajdy z tej ponurej sytuacji. Przynajmniej jest z górki, no i tym razem nie mylę dróg jak dzień wcześniej, więc niechlubny acz rozsądny odwrót trwa sporo krócej od wczorajszego, już prawie zapomnianego, ataku.

A wyruszyłem szczelnie zapakowany w co tylko miałem, łącznie z rezerwowymi reklamówkami pod ochraniacze na buty. Ale droga po prostu spływa wodą i czerwonym błotem, niwecząc moje skromne przygotowania na przelotny deszcz. Nic to nie dało – nie mogło bowiem wiele dać po kilku godzinach wysiłku. Wilgoć pracującego ciała nie ma gdzie uciec, gdy powietrze po drugiej stronie kurtki jest równie przesycone wilgocią. Mimo przemyślnych membran, nieustająca ulewa i woda wdzierająca się pod ubrania z każdej strony w końcu musiały wygrać ze wszystkimi liniami obrony. W takich warunkach nie zdążę o własnych siłach dotrzeć do odległej granicy na czas – ani tym bardziej nie zrobię tego na sucho. W mokrych butach można jechać, gdy jest możliwość ich wysuszenia. Lecz bez kilkudniowego postoju w ogrzewanym hotelu – a ogrzewanie jako takie tu w budynkach nie istnieje – nie przejadę nadchodzącego tygodnia suchą stopą. Tylko, że ostatnie miasto opuściłem poprzedniego dnia, a przez następnych kilka dni ani miast, ani hoteli już ma nie być. A tajska wiza goni – nie zdążyłbym dojechać do granicy przed upływem jej ważności, a z każdą pokonaną górą i przełęczą, szansa na łatwą ewakuację w stronę granicy maleje coraz bardziej. Ratuję resztki honoru – i przynajmniej rzeczony odwrót przeprowadzam o własnych siłach, dwukrotnie odmawiając moim przegościnnym gospodarzom z ostatniej nocy wrzucenia roweru na tył ich pick-upa i odwiezienia mnie do miasta. A że trzeciej propozycji mógłbym już się nie oprzeć –  nie mogłem dłużej zwlekać z wyjazdem, i wyruszyłem w deszczu w drogę powrotną.

Zachciało mi się jesieni – to ją dostałem. W całej swojej rozmarzonej głupocie zapomniałem, że złota jesień w końcu zawsze kończy się chlapą i zimnym deszczem – gdybym tylko miał możliwość zamknięcia się w ciepłej chatce z kominkiem… Zamiast tego – trafił się beton zimny tak, jak tylko beton zimnym być potrafi.

Tym razem decyduję się na zostanie w mieście do czasu, aż wyschnie mi to wszystko, co przemoczyłem w ciągu poprzednich dwóch dni, a co będzie niezbędne w dalszej jeździe. Wyjściem byłaby ucieczka w cieplejsze strony w Laosie, oddalone o dwa dni drogi prosto na północ – ale zarówno prognozy pogody, jak i wieści od zmarzniętej koleżanki Olgi – właśnie przez Laos pedałującej – mówią wyraźnie, że nigdzie w zasięgu wzroku lepiej nie będzie. Tam podobno i śnieg spadł.

Mija więc trzecia (marsjańska) doba, a ja wreszcie postanawiam przejść z etapu suszenia butów w przeciągu okna hotelowego – co nie działało prawie wcale – na etap chodzenia w nich po mieście, by wygonić z nich resztki wilgoci ciepłem stóp. Phayao jest przynajmniej na tyle cywilizowane, że mogę przebierać w kawiarniach i zadomowić się w jednej z nich na te kilka dni, dopóki się nie przesuszę. Jadam na nocnych targach, chodzę po otwartych knajpkach, gdzie wszyscy ubrali co tylko się dało, trzęsiemy się wszyscy z tego niespodziewanego zimna. Choć ośmiu stopniom Celsjusza do mrozów daleko, jest to ciężka próba, nie tylko dla mnie. Ale mogłem trafić na gorsze miejsce do przeczekania, bo choć akurat zimne, to Phayao jest też jednocześnie przyjemnie senne, mimo głównej drogi, która przez nie przelatuje – ten pęd znany z Bangkoku i Chiang Mai gdzieś omija to miejsce bokiem. Najwidoczniej obwodnica nie służy tylko samochodom, ale może też czemuś bardziej ulotnemu. Podoba mi się w tym cichym miasteczku. To tutaj raz za razem zdarza mi się nie płacić za kawę – nieomylny znak, że jeszcze mało kto z zagranicy dociera tu na dłużej, niż trwa postój autobusu nad jeziorem w celu zrobienia obowiązkowego zdjęcia z górami na horyzoncie. Koniec końców nie żałuję, że pogoda ze mnie zakpiła, bo wylądowałem w tak prowincjonalnym miejscu, jakiego chyba od Syberii nie widziałem – a takie są przecież najfajniejsze.

Jeden komentarz

  1. Bo najciezej jest ruszyc...

    „Jeżeli porcelana to wyłącznie taka”

    Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
    Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
    Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
    Nie było przykro podnieść się i odejść;
    Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
    Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
    Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
    gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
    na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
    lub świat

    Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
    Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
    Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
    w świecie
    czuł się jak u siebie w domu?

    Stanisław Barańczak

Brak możliwości komentowania