Mae Hong Son rowerem

Chiang Mai na dole, Mae Hong Son na górze – a między nimi wielka góra. I droga do jej objechania.

Pisząc poprzednio o tym, jak się jeździ rowerem po Tajlandii, nie zapomniałem o tym północnym skrawku kraju. I pisałem o tych mniej uczęszczanych – i mniej legendarnych. Jeśli jakiemuś krajowi natura nie poskąpiła urozmaiconych krajobrazów, to zawsze znajdzie się w nim taka słynna droga, na którą tłumnie przybywają amatorzy lokalni i zagraniczni. Taka, która jest już znana po przewertowaniu pierwszego wstępu do przewodnika.

Może dlatego nie mogłem się zebrać do napisania czegoś o tej okolicy, bo jest kawałkiem Tajlandii bardzo popularnym i pozornie, na swój sposób, idealnym – takim, że mucha na niej nie siada. A jak nic gwałtownie zmieniającego rytm podróży się nie wydarzy – i wyjdzie opis miejsca sielankowego, trudnego do spuentowania – to mi się odechce pisać, a Wam czytać. Nie chodzi o to, że bez mrożących krew w żyłach zwrotów akcji i zaśnieżonych przełęczy nie ma o czym wspominać – tylko o to, że wtedy zacznie mi to przypominać folder reklamowy po Tajlandii i dawać wrażenie, że coś przegapiłem, że za łatwo to wszystko przyszło i poszło. Ale to tylko wrażenie. Jak każdy, lubię uczucie, że przeżyłem coś wyjątkowego. I raz za razem daję się sam sobie zwieść w tę myślową pułapkę – jakby zwyczajne odwiedzenie i podejrzenie dalekiego miejsca nie wystarczało. Trzeba zajrzeć pod podszewkę.

Szukałem porównań do czegoś mi już znanego, nie mogąc się przed tym powstrzymać – bo przecież nie może to być okolica wyjątkowa w skali świata. Szukałem – i choć pierwsza do głowy bardzo chciała przyjść amerykańska Route 66, chyba z rosnącego sentymentu za domem, pierwsza zadzwoniła w niej jednak Autostrada Sudecka. Następna w kolei była Pętla Bieszczadzka, ale to już było poprzedzone pogrzebaniem w internecie, czy aby na pewno tak się to zwało. Tak – pętla Mae Hong Son jest tą popularną, tajską Pętlą Bieszczadzką. To koniec kraju, a do granicy rzut kamieniem, dając poczucie odkrywania rubieży – potęgowane tu też wiedzą, że wcale niedawno tajska państwowość na tych terenach była jeszcze dość iluzoryczna, a bliskość opiumowego Złotego Trójkąta i narkotykowych szlaków przemytniczych decydowała o charakterze tych okolic. Kręcenie się opłotkami tej krainy daje smak (minionej) przygody, po którym teraz została już raczej legenda, skutecznie podkręcana przez przemysł turystyczny – ale wystarczyło posłuchać opowieści kogoś, kto tu mieszkał od kilkudziesięciu lat, by było jasne, że ta legenda nie wzięła się znikąd.

Wije się ta droga w zakątku górzystej północnej Tajlandii – i nawet jeśli ktoś jedzie tam nieświadomy kultowości miejsca, na które się porywa – to rosnąca ilość koszulek z liczbą 1864 tę świadomość budzi. Ta liczba oznacza ilość zakrętów, które trzeba na niej pokonać – i która tę kultowość cementuje. Tym się potem można pochwalić. Będąc w Tajlandii, po prostu wypada nią przejechać. Ale i bez koszulek i barowych przechwałek, Pętla przykuwa uwagę na mapach.

 

Wydaje się, że wiele osób na pętli Mae Hong Son nie dojeżdża dalej niż do Pai, które przy odpowiednim zmrużeniu oka przypomina każde inne miejsce dla backpackersów, jakie można znaleźć w tych stronach Azji. Za rogatkami Pai tłum rzednie, zostawiając dopiero co odsłaniające się góry i doliny do bardziej osobistej kontemplacji – te miejsca pomiędzy punktami zbornymi, gdzie jest więcej oddechu i miejsca dla siebie, i które – choć zwyczajne – są o niebo ciekawsze od zagęszczonych okolic przystanków. Tam, pomiędzy punktami A i B dalej łatwiej jest być przejezdnym obok życia mieszkańców, niż workiem pieniędzy celującym w ich środek – znów, ciągle prąc na przekór moim wyobrażeniom sprzed przyjazdu o mocno skomercjalizowanym charakterze Tajlandii.

W Pai, gdy siadam z piwem, mango i jeszcze czymś na przekąskę na brzegu rzeczki, a pies-przybłęda też zdaje się mieć na to wszystko chrapkę – z baru pod palmową strzechą po jej drugiej stronie widzę dziwne spojrzenia w moją stronę znad ekranów telefonów. Trochę to wszystko zbyt wystudiowane, jak na mój smak. Znalazłem prosty, anonimowy pokoik na obrzeżach miasta, z dala od straganów z pamiątkami i restauracyjnych menu w języku angielskim. Śpię tam jedną noc, wczesnym rankiem snują się już pierwsze osoby czekające na autobusy powrotne do Chiang Mai, na wycieczki na słoniach parkujących na łańcuchach pod wiatami kilka kilometrów za miastem, jak i polujące na otwierające się pod angielskimi szyldami kuchnie, by zabić poimprezowy głód. Miasto-impreza, jakby eksplodowało infrastrukturą dla turystów – nie ma co tu siedzieć, gdy dookoła takie góry i widoki.

Ale to było kilka miesięcy temu. W pamięci te tysiąc osiemset sześćdziesiąt górskich zakrętów już się spłaszczyło i wyprostowało. Spłaszcza się to wszystko, gdy zalegam w hamaku w Kirgistanie, pożegnawszy jednoosobową grupę wsparcia numer cztery (Ela wsparła mnie kilogramami części, w zamian za wietnamską kawę) i czekając na nadjeżdżającą grupę wsparcia numer pięć (Matiego i Maćka, co mnie wesprą namiotem) – i tym razem pierwszą rowerową. Zauważam, że minął już pełen tydzień w Biszkeku, od kiedy znów zostałem w nim sam. Ponad książką i parą ulatującą z kawy w chłodne, deszczowe powietrze, zmieszaną z zapachem benzyny i smarów, patrzę na stopy, dyndając w hamaku w zaimprowizowanym warsztacie rowerowym w rogu ogrodu znajomej pary, u której przez całe lato ogród zasłany jest namiotami rowerzystów. Na wyciągnięcie prawej ręki mam swój zmęczony namiot, który już zaczyna się poddawać przy nieustannych burzach i ulewach. Wiejski klimat w zarośniętym ogrodzie w centrum Biszkeku wydaje się trochę nieprawdopodobny – a jednak, jestem w stolicy kraju. Ptaki, trawa do łydek, ogólna niespieszność tego miejsca – poza momentami, gdy z ktoś grzebie w swoim rowerze lub w pośpiechu przed kolejną ulewą zwija niedosuszone pranie – wszystko to sprzyja lenistwu.

Jeszcze parę dni poczekam na dokończenie spraw pilnych, odebranie paszportu z kolejną wizą do Tadżykistanu, załatwienie nowego namiotu i pójście z nadjeżdżającymi kumplami na piwo. Chciałoby się poleżeć w hamaku kolejny dzień, ale ile można? Już zaczynam być z powrotem w takim momencie, gdzie mimo całej przyjemności z nicnierobienia – i rosnącego oporu przed wyruszeniem w drogę – ulgę może przynieść właśnie tylko ponowny wyjazd.

Jak w Chiang Mai przed kilkoma miesiącami. Pętlę po górskich okolicach najpierw przejechałem na skuterze. Nie dlatego, żeby ją sprawdzić przed właściwym wyzwaniem, ale dla zabawy, na wakacjach z grupą wsparcia numer trzy (ta wsparła mnie materacem, w zastępstwie tego, który umarł na syberyjski mróz). Przez chwilę, nie będąc dalej niż w jednej trzeciej jej długości, nie byłem pewien, czy na pewno chcę w tę drogę jeszcze wracać o własnych siłach. Bo diabelskie te góry są, strome i wysokie. I gorące. Lecz na pozostałych dwóch trzecich pętli stopniowo zmieniałem zdanie, aż wróciwszy po tygodniu do Chiang Mai – zdążyłem już się zupełnie przekonać, że rowerem tego nie mogę przepuścić.

Jadąc o silniku frajdy było pełno, ale satysfakcji jakby mniej. I było nawet bardziej przerażająco, jak o podjazdy chodzi, niż później na rowerze – bo wspinaczka w zawrotnym tempie o kilometr wysokości w ciągu godziny po prostu JEST bardziej dramatyczna od powolnego powtarzania tego przez większość dnia rowerem. Zachciało mi się tam zawrócić, by odwrócić tę proporcję między frajdą a satysfakcją. I tak też się stało.

Na zachód od Chiang Mai pętle są dwie. Znów, jak w Bieszczadach – mała i duża. Dużą pętlę można od południa przejechać bardzo szerokim łukiem, omijając położony pośrodku Doi Inthanon – najwyższy szczyt Tajlandii, na który biegnie droga z szerokim poboczem, stworzona dla srebrnych Toyot, z którymi się przeganiałem od pierwszych dni spędzonych w tym kraju.

Gdybym wcześniej, na skuterze, miał czas na Dużą Pętlę, ominąłbym jej środek. Lecz wtedy spieszyłem się do powrotu na rower, więc po raz kolejny pojechałem skrótem przez to, co na początku zdawało się być niestrasznymi pagórkami, a okazało się być górskimi serpentynami. I dobrze – bo choć nie wiem, co było na pętli przedłużonej, to to, co było na krótkiej pętli … Było ekstra. Tam było jak w filmach, które ktoś dokręca do niektórych piosenek Chrisa Rea. Gładka droga, która kręci się bez końca w egzotycznej oprawie. I żółta podwójna linia biegnąca po jej środku, która albo rozmywa się w szaleńczym tempie na stromych zjazdach gdzieś w kącie prawego oka (bo ruch tu lewostronny), albo przekraczam ją po raz nie wiadomo który raz z lewej, raz prawej strony, wspinając się po najbardziej stromych ścianach asfaltu, które przyszło mi w życiu mielić, na których łańcuch w przeciągu kilku tygodni zdaje się rozciągać w tempie właściwym miesiącom. Droga ta jest momentami tak kręta, że nawet kulturalni Tajowie trąbią zza zakrętów – dlatego, że znak im każe. Staram się jak mogę dotrzymać im kroku dzwonkiem, ale pod te góry to w zasadzie niczemu kroku dotrzymać nie potrafię. Co innego z górki. Kolega twierdzi, że Tajowie testowali kąt, przy którym asfalt zacznie się odlepiać od zboczy. I nie doszli do kresu możliwości na większych stromiznach tylko dlatego, że dalej walce same od nich odpadały. Gdyby nie te stromizny i możliwości, jakie dają, nie zobaczyłbym wyścigów trójkołowych wyścigówek zrobionych całkowicie z drewna, napędzanych siłą ciążenia. Jakby były wzięte z Flintstonów! Ruch wstrzymano, panowie chorągiewkami i gwizdkami zatrzymali wszystko, by dzieciaki miały gdzie się turlać.

Na sam szczyt Doi Inthanon trzeba dodatkowo odbić o kilka stromych kilometrów. Odpuściłem to wyzwanie razem z gęstym ruchem, wspinającym się nieprzerwanym ciurkiem na parking położony wyżej, niż Rysy. I tam, gdzie odbijam, kończy się strumień aut, a zaczyna się – który to już raz? – nowy świat, w którym pachnące sosnami chłodne powietrze ze szczytów szybko zamienia się w takie dolinne, pachnące dymem, pozostałym po wypaleniu wszechobecnych pól kukurydzy. Ta zmiana pozostaje dookoła na kilka długich dni, mozolnie przepedałowanych, by potem wszystko mogło zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni jeszcze jeden raz – tym razem w zielone lasy, których poszycie już chrzęści z suchości pory suchej, ale wierzch jeszcze nie zdążył stracić tłustej zieleni liści. I znów pachnie igliwiem pięknych, widnych lasów, tylko nic tu już nie ma iglastego – ale żywiczny zapach powietrza jest jakiś podobny. Tu, już równie blisko od Birmy, co od Chiang Mai, szybkie mikrobusy zamieniły się w zakurzone pick-upy, załadowane różowymi workami wypchanymi kukurydzą, której uprawa jeszcze nie rozpleniła się na wszystkie zbocza, ale i tak spowodowała wycięcie wielu lasów. Tak przynajmniej z rozżaleniem mówi poznany miejscowy chłopak, który kilka lat wcześniej objechał swoje zalesione okolice i patrzył, jak na przestrzeni czasu, który minął od tej wycieczki, skurczyły się w ciągu tych kilku ostatnich lat. Lasu jeszcze trochę zostało – ale, jak mówi, ludzie z braku cierpliwości wymaganej przy tradycyjnych uprawach – oraz skuszeni obietnicą bardziej dochodowych zbiorów, przerzucili się na kukurydzę. Nie widać innych roślin, ale i te nowe nie są łatwe w obróbce, bo na stromych stokach nie ma szans na kombajny, wszystko jest zbierane ręcznie, do worków, które ludzie na plecach znoszą do samochodów. Taka cena postępu, pewnie – że teraz króluje żółta uprawa. Bo im bardziej oddalam się od Chiang Mai, tym skromniej się tu żyje, tym łatwiej kusi łatwiejszy od tradycyjnego zarobek. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, co też tu było wcześniej, bo czasem nic poza kukurydzą nie widzę. Tylko chłopak mówi, że w górach teraz już nie ma tego czegoś, tego „starego”. Może poza wioskami – bo choć to nie moja bajka, robić zdjęcia ludziom, by to tu potem pokazać – to w tym zakątku świata nie mieszkają tylko Tajowie, ale też wiele innych mniejszości etnicznych – i zwalniając, przysiadając, zagadując, jest tu na kogo patrzeć, czym się zachwycać, patrząc na rysy, stroje, ozdoby niepodobne do niczego, co znam. Gdzieś w tych okolicach znikają też na kilkanaście dni wszędobylskie wszędzie indziej święte drzewa i posążki Buddy. Po prostu ich nie ma. Życie zdaje się toczyć niespiesznie, dym też powoli przesącza się przez dachy domów. Drewniane domy mają posmak innej epoki – nawet, jeśli są nowe. Między kolejnymi okolicami architektura i ubiory ludzi się szybko zmieniają, ujaskrawiając różnice między ludźmi zamieszkującymi różne doliny, często różniące się od poprzednich po minięciu zaledwie kilku wsi, które przycupnięte na stokach z oddali wyglądają niesamowicie. Żadnych krzykliwych billboard’ów, tylko poczerniałe od dymu i pogody drewniane ściany i dachy. Przypominają wsie z dalekiego Laosu, ale brakiem biedy się od nich bardzo różnią.

Bo choć często jest biednie i skromnie, to Tajlandia na tle sąsiadów jawi się jako kraj dobrobytu i spokoju, mimo puczów wojskowych i wojny domowej na pograniczu z Malezją, o której się zresztą głośno za granicą nie mówi (choć spotkani rowerzyści z południowego Pattani otwarcie i z żalem mnie ostrzegali, bym ich stron nie odwiedzał, bo mnie partyzanci … i tu imitowali rękoma strzelanie z karabinów). Ale Tajlandia to nie tylko białe plaże i podniebna szybka kolejka w Bangkoku – to też prowincja, to też wysoki poziom życia w miastach kontrastujący z surową gospodarką we wsiach; to także uchodźcy pochowani po obozach rozrzuconych wzdłuż birmańskiej granicy, którzy do tego kraju uciekali z przymusu przez wiele lat, a którzy przez ten cały czas nie mogą się czuć jak u siebie, żyjąc często zawieszeni w tymczasowości i bezpaństwowości. Bo Tajlandia – nie będąc zresztą wyjątkiem – nie ułatwia obcokrajowcom (czy raczej ludziom bezpaństwowym) otrzymywania obywatelstwa i związanych z nim przywilejów (trochę o skali problemu i oficjalnych liczbach – tutaj). Podobno dotyczy to w szczególności ludzi zamieszkujących tereny przygraniczne, z górskich mniejszości narodowych, którzy z braku dokumentów nie mogą się swobodnie przemieszczać – o czym przypominają postawione raz na jakiś czas posterunki kontrolne na drogach, pobieżnie traktujące tylko białych turystów na skuterach i rowerach.

Rozrzuconych od lat po lasach obozów uchodźców nie widziałem na własne oczy, do tego potrzeba zjechać jeszcze niżej na południe, Dużą Pętlą właśnie – ale taki problem istnieje. O czym łatwo zapomnieć, dając się ponieść wspaniałym widokom i magii odkrywania tego, co się kryje za kolejnym z prawie dwóch tysięcy zakrętów, które i zachwycają, i bardzo też odurzają.

2 komentarze

  1. Grafika na lusterku Troskliwego Misia bezbłędna, podobne pamiętam z tylnej szyby Yarisa. Kijanka z utęsknieniem czeka na Twoją radosną twórczość ;P

    • To jest odbicie… Ja bym z tego złomowanego Yarisa wziął szybę na pamiątkę, ale jeśli tego nie zrobiłeś, będę służyć pomocą i tłustym paluchem! Jestem w Osz, i wiesz co – zrobiłem przełęcz samemu, nie jesteś jedyny 🙂 ! pozdro stary!

Brak możliwości komentowania