Potem jest już tylko z górki. Pamir rowerem

Pomysł wjazdu do Chin z Syberii zaczyna się sypać. Nie ma co płakać, to na razie jedynie kwestia wiz, jeszcze nie braku chęci. Od kiedy ostatni raz tam byłem kilka lat temu, Chińczycy nie dają ich już na tak długi czas, jak bym tego chciał, na wielomiesięczną i niespieszną tułaczkę po chińskich zakamarkach – szczególnie, gdy chce taką wizę człowiek dopiero wykupić pod chińską granicą. Im bowiem do niej bliżej, tym o wspaniałomyślną chińską wizę trudniej, a ostatnia „dobra” ambasada została z tyłu, w Teheranie. Gdybym jednak w Iranie się o tę wizę postarał, nie zdążyłbym wjechać do Rosji. Więc nie mam dylematów i będę kombinować, jak do tych zamykających się przede mną Chin wjechać od południa, lecąc przed tym z Syberii gdzieś na południe Azji.

Przynajmniej Syberia w planach jest niezagrożona – jeśli tylko nie zgubię paszportu, przekroczę jej granicę za miesiąc, może półtora. I spełnię kolejne marzenie! Nie spotkałem na szlaku nikogo, kto by się chciał pchać na północ jesienią – to też mnie podnosi na duchu i przynajmniej odróżnia od znajomych, którzy już przebierają nogami za ciepłym kierunkiem południowym. Hej – trudno się oszukiwać, próżność smakuje dobrze. Prawie tak dobrze, jak banany w Kirgistanie, po ich dwumiesięcznej nieobecności z mojej rowerowej diety.

Dla większości z nas, jadących Jedwabnym Szlakiem, po Pamirze zawsze przychodzi Kirgistan, może jeszcze Kazachstan – ważne głównie dlatego, że stamtąd można bezpośrednio wjechać do Chin. I Chiny. Z Tadżykistanu, nie będąc Tadżykiem lub Chińczykiem – do Chin wjechać nie można. Stawiam tezę, że takich krajobrazów i takiego świata jak tutaj już nigdzie w tej okolicy nie zobaczymy  – przy założeniu, że Tybet jest poza zasięgiem, jeśli nie chcę płacić Chińczykom za możliwość oglądania Tybetańczyków. Dlatego tak bardzo liczę na oszołomienie syberyjską zimą. Nie mówię, że ją przetrwam w wielkim stylu, że da się to zrobić rowerem (choć czemu nie spróbować?) – ale na razie pielęgnuję tę myśl i nie mogę się doczekać momentu przekroczenia granicy rosyjskiej.

Dlaczego taki wstęp? Jeśli celem mojej rowerowej przygody byłoby tylko zobaczenie najbardziej niesamowitego z w miarę łatwo dostępnych miejsc na Jedwabnym Szlaku – to po wyjeździe z Pamiru mógłbym już pakować rower do kartonu, pić lemoniadę i czekać na samolot do domu. Teraz tylko Syberia mnie przed tym powstrzymuje. Azja Południowo – Wschodnia to przy tym nizinna zwyczajność. Piękna, owszem – ale spełnienie marzeń i spełnienie się jako rowerzysty dla mnie nastąpiło właśnie tutaj. Czyli na czterech kilometrach wysokości, w pustkowiu, na cienkim asfalcie wylanym dziesiątki lat temu, który niszczy nie ruch drogowy, a zdarzające się raz na kilkanaście lat ulewy. Ruchu tu nie ma – za dnia spotykam tylu rowerzystów, co samochodów. Słuchając różnych osób, które mają pojęcie o tych liczbach, szacujemy że rocznie przez Pamir nie przejeżdża więcej niż pięciuset ludzi na siodełkach. Niech i się pomylą – i niech tych ludzi będzie tysiąc. Niech więc samochodów będzie pięć tysięcy, rozsianych na przestrzeni setek kilometrów, na przestrzeni kilku krótkich miesięcy, podczas których temperatury nie są zabójcze dla człowieka w rowerowych spodenkach. Tyle tu aut, co przez dwie zmiany świateł w centrum Warszawy – proszę o poprawienie mnie, jeśli piszę bzdury. To jest pustkowie, na którym zimową nocą temperatura schodzi do czterdziestu pięciu stopni, na którym większość wsi to już tylko nazwane punkty na mapach, a gruzowiska w rzeczywistości. Te kilka osad o kilkudziesięciu domach jeszcze jakoś się trzyma – ale logiki dla wygrzanego w Europie człowieka w tym prawie nie ma. A pomiędzy nimi – dziesiątki kilometrów prostych dróg, słupów postawionych przy sowieckiej linijce i dawno zastąpionych przez telefony komórkowe. Słupy są drewniane i stoją tak już kolejne dekady, ale nie mają od czego w tej wysuszonej przez wiatr krainie butwieć. Niektóre się przechyliły, niektóre zostały podmyte. Na drutach gwiżdże wiatr, ale nie zawsze mi to było dane usłyszeć, bo od braku bodźców w uszach albo dzwoniła cisza, albo było słychać krew pulsującą od każdego wzmożonego wysiłku.

O ileż trudniej się pisze, gdy coś się chce pochwalić, a nie skrytykować. W Tadżykistanie, dla podróżnika przynajmniej, jest bardzo fajnie. Oczywiście, Tadżykistan nie jest idealnym miejscem na świecie, ze swoimi problemami ciągnącymi się bolesną ścieżką od rozpadu ZSRR i brutalnej wojny domowej z początku lat dziewięćdziesiątych. Ale Tadżykistan to jedno, a Pamir – to drugie. W Pamirze w szczególności jest jeszcze fajniej – znowu, dla podróżnika, niekoniecznie dla mieszkańców. Odizolowanie od reszty kraju widać nie tylko po znacznie mniejszej ilości plakatów i cytatów prezydenta Rahmona. Odrębność Pamiru od Tadżykistanu jest naturalnym stanem rzeczy. Musiałoby być bardzo trudno scementować jedno z drugim jeszcze bardziej, niż jest to zrobione obecnie. Wynika to z wielkich odległości, z niedostępności tych miejsc, ale też z innej religii i języka – Pamirczycy to odrębny naród. Z drugiej strony – niełatwo by też z Pamiru zrobić osobne państwo, mające tak wielki obszar i tak mało ludzi – jest więc autonomiczny, i wszystko na niebie i ziemi wskazuje, że każde inne nazwanie władzy sprawowanej nad tym obszarem byłoby co najmniej iluzoryczne. Nie wiem, na co można by to też zmienić.

Koniec dywagacji – wracam do tego, po co tu przyjechałem.

W końcu jesteśmy prawie cały czas na czterech tysiącach metrów. Dwa tygodnie wdrapywałem się od Duszanbe, by przekroczyć ten magiczny próg – a i tak ciało strajkuje i mówi, że to nie jest normalne. Jeszcze ostatni podjazd, i odbijamy w kierunku pierwszej z wielkich przełęczy od posterunku wojskowego w Khargush na 3900 m n.p.m., gdzie pięćdziesięciu żołnierzy siedzi zamkniętych na posterunku w ramach obowiązkowej służby wojskowej, podobno co noc słyszy strzały talibów w powietrze (ale – co podkreślają – to nie są Afgańczycy – to terroryści) i cierpi na brak słuchawek do odtwarzaczy muzyki. Pewnie cierpi też na brak czegokolwiek – od ostatniej wsi w dolinie Wachańskiej są dwa dni drogi rowerem, a po drodze ze trzy domy – i tylko jeden jeszcze wygląda na służący za roboczy dom dla ludzi utrzymujących tę drogę w jako-takim stanie. I przy okazji też daje schronienie dla zmęczonych rowerzystów.

Tutaj każdy krok, każdy ruch jest opatrzony dużym wysiłkiem. Nie chodzi o ból – po prostu czuć, że tlenu jest jakby trochę mniej… Nie chcę robić zbędnych ruchów, co oczywiście ma się nijak do rzeczywistości, tym bardziej im bardziej jestem roztrzepany. Szybko uczę się, żeby nie robić głupot, jeśli nie chcę dyszeć po dwukrotnym schyleniu się do sakw po cokolwiek. Stając, wyjmuję więc wszystko co może być potrzebne akurat na tym postoju, by nie wracać do tego drugi raz.

No właśnie – gdyby nie czterdziestostopniowe upały, męczące mnie przez całą drogę doliną Pandżu (czyli całą drogę wzdłuż afgańskiej granicy, od Chorogu, przez Iszkaszim, do Langar) – to byłaby to naprawdę przyjemna trasa! Jaki by ten podjazd nie był  (z 800 m n.p.m, w Duszanbe, przez 2000 w Chorogu i 2800 na końcu Doliny Wachańskiej) – rozłożony na dwa tygodnie specjalnie nie bolał. Ot, ciągle delikatnie pod górę. Ci, którzy przyjeżdżają do Pamiru od strony Osh w Kirgistanie – ci to mają ciężko. Ta sama różnica wysokości – w trzy, cztery dni! W takim kontekście stwierdzam, że moje ciało jednak miało szczęście – choć cierpliwość wystawiłem na dużą próbę, bo jak długo legendarna wyżyna może kazać na siebie czekać?

Początek drogi wzdłuż granicy afgańsko-tadżyckiej fascynował, gdy za każdym zakrętem wyrastała nowa góra, co kilka dni nowy łańcuch górski dumnie zastępował miejsce poprzedniego, niższego. Droga była ciężka, gorąca i kamienista – gdy przebijaliśmy się przełomami Pandżu w wąskim kanionie z potężną szarą rzeką w dole, zmuszającą do kręcenia zawijasów zgodnie z jej biegiem. Był kurz, wzbudzany przez dziesiątki terenówek i coraz częściej chińskich ciężarówek. Było wrażenie, że afgańska strona rzeki jest o niebo ciekawsza – pełna zielonych dolinek, wsi niezmienionych od setek lat, małych wodospadów i dobrych miejsc do biwakowania. Po naszej stronie tego wszystkiego było mniej, było cywilizowanie. Ale miało to tę dobrą stronę, że afgańskie odludzie mogliśmy cały czas obserwować w pełnej krasie, nie będąc w nim zanurzonym. Potężnie działa na wyobraźnię fakt, że przez kilkanaście dni objeżdżamy tereny, gdzie czas się jakby zatrzymał, gdzie jedynym szlakiem łączącym wsie ze światem, jest wąska piesza ścieżka. Tydzień jazdy i żadnego samochodu po drugiej stronie – do momentu, aż pokazały się trzy potężne ciężarówki z napisami „World Food Programme”. I tak byliśmy od nich szybsi, mimo podjeżdżania to w dół, to w górę – do momentu, zanim rzeka nie zaczęła się rozszerzać i uspokajać w szerszej dolinie, dając też miejsce dla bardziej płaskiej drogi i jakiejś odmiany od dotychczasowych zawijasów. I byłoby pięknie, gdyby nie to, że… już nam te widoki zaczęły wychodzić bokiem! Codziennie powtarzaliśmy ten sam schemat – rzeka w dole, zakręt, kolejny potężny załom, kolejny ogłuszający ryk wody, kolejna afgańska wioska zagnieżdżona u ujścia jakiegoś strumienia.

Droga z Duszanbe do Pamiru uczy cierpliwości, jak czekanie na prezent i gwiazdkę, której w żaden sposób nie da się przyspieszyć o te dni pozostałe do dwudziestego czwartego. Dlatego nie będę się rozpisywać nad tym, że tam było fajnie (choć było), że dolina Wachańska – w której mieści się i kawałek Tadżykistanu, i Afganistanu, jak i Pakistanu na wierzchołkach gór Hindukusz – w porze żniw była zachwycająca (a była) – bo jednogłośnie stwierdzamy (my, rowerzyści z Jedwabnego Szlaku), że wszystko to blednie w cieniu Pamiru.

Za długo na Pamir czekam, czekasz, czekamy – i traktujemy te ostatnie dni przed pierwszą czterotysięczną przełęczą ze zniecierpliwieniem godnym lepszej sprawy (cały czas jest przepięknie – to jest jasne). Nie z ignorancją, po prostu zniecierpliwieniem. Odliczam, ile z kupionych w Chorogu dziesięciu konserw mi jeszcze zostało – każda, która znika, przybliża mnie do magicznej granicy, za którą czekają otwarte przestrzenie i zderzenie wyobrażeń o dachu świata z rzeczywistością. Na każdy z wątków składających się na Pamir mógłbym pisać oddzielnie kilometrami tekstu, ale chyba nie o to chodzi. Traktuję to jako niezapomnianą całość.

W Pamirze wszystko składa się do idealnej rowerowo-wyprawowej kupy, diabelsko surowej – ale przecież po to tu każdy przyjeżdża!

Po niewygody. Po uciekanie przed zmrokiem do namiotu i śpiwora i wyczekiwanie pierwszych promieni słońca, które roztopią szron w sierpniowy poranek. Po niebo tak rozgwieżdżone, jak nigdzie wcześniej, gdzie gwiazdy i tak ciągle spadają i wystawiają na próbę kreatywność w wymyślaniu coraz to nowych życzeń. Po dosięgnięcie szczytów możliwości – najwięksi twardziele wysiadają z siodełka przy spotkaniu z beztlenowym podjazdem – jedni na 4100 m n.p.m., inni dwieście metrów wyżej – ale nikt nie pozostaje nietknięty, wszyscy w którymś momencie na krótszą lub dłuższą chwilę kapitulują. Skoro nawet motocykliści mówią, że tam jest tak bardzo ciężko…

Jeśli kogoś zawiodłem, nie dodając pikantnych narzekań i mrożących krew w żyłach opowieści – co ja mogę! I jedno, i drugie wynika z tego, że nie ma tu na co narzekać – pod warunkiem oczywiście, że jest się na niewygody i trudności przygotowanym. Ale nawet ci, co mieli letnie śpiwory i nie przesypiali kolejnej nocy z rzędu, klęli tylko na siebie – a nie na to, jak strasznie tu zimno nocą.

Marudzić z przytupem w opowieściach jest łatwiej, niż wyłuskać komplementy – więc po wyeliminowaniu minusów z równania pozostają mi tylko pozytywne słowa, a te robią mniejsze wrażenie. No bo ile można piać z zachwytu, nie popadając w banał?

Ja czuję się spełniony po tym, co tu przeżyłem. Pamir jest fajnym miejscem.

 

2 komentarze

  1. A pojawiał się temat ostatnich zawieruch politcznych i scyzji vice-ministra MONu? Co ludzie mówili?:)

    • Zanim się zorientowałem, że coś się dzieje, byłem już daleko za Tadżykistanem, i już nie było kogo pytać. Więc rozmowy były nie o polityce. Ale na dziś większość wieści stamtąd nie jest dobra. Dzisiaj właśnie zdelegalizowali partę islamską!

Brak możliwości komentowania