Pożegnanie z Pamirem – Dolina Szokdary

uPrzyszedł czas, by się pożegnać z Pamirem na dłużej. W przeciągu niecałego roku udało mi się wrócić tu po raz drugi, i jeśli nie najmę się jako kierowca chińskiej ciężarówki lub przewodnik turystyczny po Centralnej Azji, mała szanas, bym tu kiedyś w przyszłości wracał z taką samą częstotliwością.

Gdy moja przeprawa rowerem przez niesamowitą dolinę Bartang dobiegała końca, miałem jeszcze w zapasie całe trzy tygodnie do końca tadżyckiej wizy, którą znów wyrobiłem na półtora miesiąca, ale którą tym razem byłem zdecydowany zużyć do ostatniego dnia. No, prawie ostatniego – gdyż jeśli jakimś trafem mój wylot z Tadżykistanu w kierunku Turcji zostałby odwołany, co podobno się zdarza w nieprzewidywalnych tadżyckich liniach Tajik Air, nie wiem, jak poradziłbym sobie z nielegalnym już w takiej sytuacji koczowaniem na lotnisku. Dlatego wybieram lot innymi liniami z przesiadką w kazachskiej Ałmacie, bezpiecznie na dwa dni przed upływem ważności wizy tadżyckiej. Polecę liniami, które nie mają w zwyczaju odwoływać lotów – i które mają jasne reguły dotyczące przewozu rowerów. W zasadzie zaletą kazachskiego przewoźnika jest już to, że w ogóle takie reguły mają. Plusem lotu z przesiadką w Kazachstanie okazuje się być także to, że jeśli siedzisz na prawym skrzydle samolotu, a pogoda jest odpowiednia, to cały Pamir widać jak na dłoni. Dachem świata to nie jest, ale jego przedsionkiem już jakby trochę owszem – a to już jest coś, co usprawiedliwia niewygodę wynikającą z przyklejenia twarzy do małego okienka w samolocie.

Siedzę przyklejony do okna, Duszanbe zostaje w tyle, a zakurzony żółty krajobraz południa Tadżykistanu szybko ustępuje miejsca kolejnym łańcuchom górskim, każdym wyższym od poprzedniego. Widzę wreszcie w całej okazałości zaporę wodną w Nurku – najwyższą w świecie, na którą nie miałem siły zboczyć z drogi kilka dni wcześniej, kiedy wreszcie dopadła mnie nieuchronna tadżycka niemoc żołądkowa, której uniknąłem w Chorogu, ale nie ominąłem w Duszanbe, dając się w końcu namówić na melona. Niemoc, która skróciła drugą z pożegnalnych tadżyckich pętli z tygodnia do czterech dni. Różnica między planem a rzeczywistością wyniosła więc trzy dni – wiadomo, na co poszły. Ale jakie tam rosną melony!.. Człowiek pchający dwukołowy wózek z melonami i arbuzami jest w dusznej okolicy Duszanbe widokiem powszednim, więc w takim nawale owoców czasem się trudno oprzeć, i gryzie zimne kawałki melona niepomny tego, że wszyscy wokół się od tego rozchorowują.

Góry są tu tak wysokie, że korytarz dla samolotu dopiero co wznoszącego się na północ z lotniska może jedynie wcinać się w dolinę, więc przed oczami śmiga mi obraz, który po kilku miesiącach wrył mi się w pamięć z map i przejazdów tak bardzo, że przez pierwsze dwieście kilometrów lotu, jeszcze na niezbyt dużej wysokości, rozpoznaję wsie, mosty i zakręty z wielu tygodni przejazdów po tym wielkim, górzystym kraju. Ale w końcu i to wszystko ginie gdzieś w głębi coraz głębszych dolin, za coraz wyższymi załomami skalnymi, aż w końcu znika z oczu zupełnie, przesłonięte przez góry wcale nie mniejsze od chmur, które tego dnia na szczęście dość skąpo przesłaniały niebo.

I ukazuje się wielki biały siedmiotysięcznik, u którego podnóża pod koniec czerwca wspinałem się z Kirgistanu do Pamiru. Który, choć przemianowany przez Tadżyków na szczyt Awicenny, przez brak podobnego działania ze strony Kirgizów, wciąż jest lepiej w świecie znany jako Pik Lenina. Żadna z osób, które się wspinają, a które poznałem, nigdy o Awicennie nie wspominała. Uparci Tadżycy! W słońcu wygląda wspaniale. A jego zobaczenie przy akompaniamencie huku silników traktuję jako rekompensatę za to, że w czasie innego spotkania parę tygodni wcześniej, prekursorzy Lenina, panowie Marks i Engels z południowego krańca Pamiru, tak samo jak dwieście lat wcześniej – także tym razem bujali w obłokach.

Żegnam się na dłuższy czas z Tadżykistanem, bo już nigdy nie będzie tak blisko, jak z Kirgistanu, by bez większych ceregieli móc wskoczyć tu ot tak, przez granicę. I w przeciwieństwie do Kirgistanu, po dwóch wizytach nie ma tu już zbyt wielu nowych dróg do odkrycia – choć to wcale nie znaczy, że nie mógłbym kiedyś tu przyjechać odkurzyć tych samych szlaków, bo już teraz z doświadczenia wiem, że wrażenia za drugim razem wcale nie są mniejsze. W moich piersiach dech zapiera wciąż tak samo, nawet jeżeli wiem, co mnie czeka. Bo w to, że się w międzyczasie zakurzą, nie ma co wątpić, mimo szeptanych zarówno wśród Tadżyków jak i przyjezdnych plotek o tym, że Chińczycy wkrótce wyasfaltują tu kilka najważniejszych szlaków drogowych.

Ale zanim to spotkanie z Leninem nastąpiło, opuściwszy Bartang, zdążyłem potłuc się jeszcze trochę po starej pamirskiej znajomej – drodze do Chorogu, raz wyglądającej jak po wybuchu bomby, innym razem lepkiej od rozgrzanego asfaltu o konsystencji smoły. Od ubiegłego roku zmieniło się niewiele, jestem zaskoczony pojawieniem się tablic ostrzegających o minach tam, gdzie poprzednio na pewno ich nie było. Podjeżdżam do pewnego domu gdzieś na głównej trasie, by przywitać się z ludźmi, którzy rok temu podarowali mi gruszki i suszone morwy, w których zakochałem się po uszy. To też jest fajne w powrotach. I to, że wiem, w którym z nadchodzących sadów morwy znów się będą suszyć na kamieniach.

I dojeżdżam do Chorogu, w którym trafiam w środek jednego z lepszych towarzystw, na jakie przyszło mi w tej półtorarocznej drodze wpaść. Jest znów Dan z Antarktydy, z którym bez działających pedałów pożegnałem się dwa tygodnie wcześniej nad jeziorem Karakol, a który mimo tego odwiedził rezerwat Zorkul na granicy z Afganistanem, do którego wyskoczył na Snickersa przez graniczny strumień. Są siostry z Anglii, z jedną z których spotykam się ponownie wiele miesięcy później na Bałkanach.

A ktoś z tego tłumku mówi w przelocie na schodach, że przyjechał jakiś śmieszny, mały, polski samochód.

Jest więc też Maluch z zepsutym rozrusznikiem Arkadego z Polski, którego z parą z Poznania wypychamy z gościńca. Lecz Arkady jest optymistycznie nastawiony – mówi, że z taką ilością górek, jaka go czeka w drodze do Kirgistanu, nie będzie miał problemu z odpalaniem na pych. Grawitacja mu pomoże – bo musi, gdyż jego ekipa wsparcia utknęła w jakimś warsztacie w Kirgistanie. Sponsorzy z Fiata dali im wygodnego minivana … z nowoczesnym silnikiem Diesla. Na wyprawę do krajów, gdzie nawet moja prymitywna kuchenka turystyczna potrafi się zapchać paliwem.

Ale usłyszeć burczenie silnika Malucha na takim końcu świata – to coś przyjemnego. Trudno się wtedy powstrzymać od uśmiechu.

Lecz Chorog to nie Biszkek, by można było w nim siedzieć bez wizy, więc i bez końca – każdemu bowiem bije w Tadżykistanie wizowy zegar, który niezależnie od stanu ducha i ciała – a z tym ostatnim, zwyczajowo, u większości gości jest tylko umiarkowanie dobrze – w końcu zmusza do opuszczenia wyłożonych dywanami podcieni pensjonatu Pamir Lodge. Ponieważ zderzyłem się z moją grupą jadąc z przeciwnego niż większość z nich kierunku, potrzebując oddechu po dającej w kość dolinie Bartang, chwila rozjazdów i pożegnania z nimi oznacza też powrót do samotności. I nagle, mimo wciąż pełnego obłożenia (bo nowe twarze pojawiają się tam codziennie), wraz ze znikaniem kolejnych osób, dotychczas „swój” pensjonat traci dużo ze swego uroku – co oznacza, że czas jechać dalej. Już nawet uginające się pod ciężarem moreli i dojrzałych morw gałęzie nie mogą mnie teraz zatrzymać. To jest właśnie ten zew drogi, który każe ruszać dalej, jakby przyjemnie nie było odpoczywać. Który to zew u mnie potrafi dojrzewać przez kilka dni, ale gdy już dojrzeje – i uda mi się dopiąć wszystko, co miałem na takim przystanku dopiąć – to wtedy już po pierwszych obrotach korby, czując bezwładność rozpędzonych kilogramów obładowanego roweru, też czuję się tak, jakbym po półtora roku usłyszał odgłos silnika Malucha.

(Chyba, że leje deszcz.)

Tylko gdzie tu jechać, żeby mieć ten Pamir trochę bardziej dla siebie? Dokąd zajrzeć, żeby wykorzystać okazję bycia tu po raz drugi, i nie powtarzać tych samych miejsc, jakie by piękne nie były? W tym roku w Pamirze wydaje się, że jest więcej rowerzystów i nie-rowerzystów, niż poprzednio. „Ludzie mówią”, że to kolejny rok z tendencją zwyżkową, i wszyscy – absolutnie wszyscy – jadą do Wachanu. Do mitycznej doliny wciśniętej między Tadżykistan, Afganistan i Pakistan, która wcale nie jest tak niedostępna, jeśli już się zdołało doturlać do Chorogu. Gdzie bez wizy można odwiedzić odbywający się raz w tygodniu targ po afgańskiej stronie granicy – który staje się obowiązkowym punktem każdej wycieczki w tamtym kierunku. W ubiegłym roku, przejazd przez Wachan był jedyną możliwością przedostania się z Chorogu na właściwą pamirską wyżynę, gdy główna trasa na północ od tego miasta była zablokowana osuwiskiem ziemnym, które zabrało z sobą solidny kawałek drogi i wsi – i o dziwo, podobno, chyba nikogo przy okazji. Teraz już można tamtędy przejechać, oglądając na własne oczy nieruchome i spokojne pozostałości po tym, co wzburzone widać na tym filmie.

Mija kolejny rok i okazuje się, że teraz to główna Pamir Highway stała się nowym Wachanem. Ze wszystkich osób, przewijających się przez Pamir Lodge w ciągu tych kilku dni, które tam spędziłem, tylko Dan jedzie na północ tą trasą, spiesząc się na odległy wciąż o dwa miesiące wrześniowy samolot z Władywostoku. Choć na mapie droga M41 jest maźnięta najgrubszą z dostępnych kresek, wciąż żadna z niej autostrada. Poprzedniego lata nie miałem dylematów, którędy jechać – trzeba było jechać przepięknym Wachanem. Teraz istnieją opcje, z których jedną wszyscy notorycznie omijają. I bardzo dobrze, bo Wachan jest przepiękny, ale teraz ciszy należy szukać na tej drugiej, mniej spektakularnej dróżce.

Na pożegnanie w Chorogu dostaję łatkę człowieka-pętli, który zamiast dołączyć do zgrai jadącej już na zachód do Duszanbe, pcha się sam w kolejną tygodniową pętlę na północ, by na jej szczycie, po trzech dniach dość bezbolesnej jazdy w górę doliny, po obowiązkowym wygrzaniu się w basenie gorących źródeł, znaleźć rachityczny mostek przez rzekę, i po przepchnięciu się przez uciążliwą, odludną przełęcz, zagłębić się w trzydniową drogę powrotną do Chorogu – kolejną z tych mniej uczęszczanych dolin – doliną Szokdary.

Mostek jest. Tylko drogi za nim jakby nie było. Przynajmniej przez pierwsze metry jadę wzdłuż rzeki bardziej wierząc, niż wiedząc, że jest tam jakiś przejazd. Gdyby nie to, że spotkałem wcześniej jadące tamtędy auto, zacząłbym wątpić. Mimo wszystko, choć pod kołami są głównie kamienie, a dziesiątki strumyczków rozpływają się między nimi, GPS uparcie mnie przekonuje, że wciąż trzymam się szlaku. Ciągle mu wierzę, w końcu mała jest szansa, że wyprowadzi mnie w pole na tym kamienistym pustkowiu.

Chwile zwątpienia przyszły na następnych kilometrach, kiedy byłem bliski powiedzenia „dość” – i zawrócenia na asfalt, korzystając z frajdy dwudniowej jazdy z górki, z powrotem do Chorogu. Nie bez kozery w dolinę Szokdary mało kto jeździ. Po co się bowiem wspinać na ponad czterokilometrowej wysokości przełęcz (choć na przełęcz ona specjalnie nie wygląda, tak płaskie i rozległe jest to miejsce), by pobyć na niej przez kilkanaście kilometrów, zanim nie zacznie się ponowny zjazd w dolinę, skoro można zamiast tego pojechać dalej po M41 i pozostać na wyżynie o księżycowej urodzie przez wiele nadchodzących dni.

I żeby tylko pchanie roweru bez podparcia stóp było jedynym zmartwieniem.

Wcześniej, w Bartang, było ciężko przez większość czasu, przez bite kilkanaście dni. Więc gdzieś się człowiek przyzwyczaja do tego, że jazda idzie jak po grudzie. Że czasem jest po prostu wolniej jechać, niż iść, nawet w dół zbocza. A tu, na własne życzenie, zjeżdżasz prosto w stromą pasterską ścieżkę z jednej z lepszych dróg w Tadżykistanie, by zacząć się po niej wspinać. Stromizna to nie wszystko, co może tam dokuczyć. Bo to, że zwierzęta się na niej wypasa, a stok jest nasłoneczniony, ma tę wadę, że jest na nim ciepło – i jest na nim masa nawozu. Do którego lecą muchy. Nigdzie wcześniej nie musiałem już nawet nie borykać się, a zwyczajnie pałować, z czterystumetrowym przewyższeniem po wyciętej w luźnym kamieniu drodze, na której tego akurat dnia musiały się zlecieć wszystkie muchy świata. Jeśli gdzieś miałem dość, to było właśnie tam, gdzie nabrałem wprawy w ubijaniu muchy za pierwszym razem, jeśli tylko znalazła się w zasięgu mojej ręki.

Na górze czekała przeprawa przez lodowatą rzeczkę z górskiego jeziora. Przez chwilę miałem naprawdę nadzieję, że nurt będzie zbyt wartki, zbyt głęboki, na próbę jego przejścia – i będę mógł usprawiedliwiony wrócić tam, skąd przybyłem. Gdyby nie stado krów za strumieniem, zawróciłbym. Ale jeśli one tam przeszły, to nagle w przypływie energii przekonuję siebie, że ja też zdołam. I zdołałem. Strasznie wcale nie było, trochę tylko w nogi zimno brnąc przez to w klapkach. Następnym razem może bym zdjął z roweru sakwy, bo manewrować unoszącąymi się na wartkim nurcie sześćdziesięcioma kilogramami nie było zbyt prosto. Ale wystarczyły cielęce spojrzenia z naprzeciwka i groźba powrotu w musze rewiry, bym się w sobie zebrał i po kilkunastu minutach patrzył już przed siebie, na rozpościerającą się po horyzont zapyloną drogę. Minęło kilka kilometrów, nim nie wybrnąłem z łach piachu, przez które, odciśnięte na mokro, wiodą ślady pojedynczego roweru. On miał chyba gorzej, myślę sobie, musząc brnąć w deszczu przez kilometry grząskiego błota, w deszczu na czterech tysiącach metrów. Dreszcze przychodzą na samą myśl o takiej możliwości.

I dopiero tam na górze znów otwierają się dziesiątki kilometrów bez ludzi – i nadzieja, że zobaczę posępne szczyty Marksa i Engelsa. I znów, z jednej strony droga przez długi czas była najgorsza z możliwych, ale z drugiej i to pustkowie było tylko dla mnie oraz kilku pasterskich rodzin, rozlokowanych po letnich chatach z kamieni, które ledwo odcinają się od kamienistego tła. Za towarzystwo mam wreszcie tylko wszędobylskie żółte świstaki, pisk hamulców i swoje trochę mniej rozbiegane niż na dole myśli. Nawet panowie protoplaści Lenina wypięli się na mnie całkowicie, całkowicie tonąc w chmurach i tym sposobem nie dając swojego wyczekiwanego towarzystwa. Musi mi wystarczyć widok ze wspomnień z wachańskiej strony łańcucha górskiego, z poprzedniego lata – i świadomość, że z Pamirem żegnam się tak, jak chciałem – ponownie mając go na wyłączność (mimo tych cholernych much!) i zaglądając w tyle miejsc, o których nie mogłem myśleć poprzednim razem.

Znów się okazuje, że urok przebywania w tych majestatycznych stronach jest dla mnie bardzo zależny od tego, na ile da się oddalić od głównego nurtu podróżujących tędy ludzi, którym płynie się przez większość czasu, nie mając czasami innej możliwości. I że cykliczne ładowanie baterii w grupie w miejscach takich jak Chorog i Duszanbe jest fajne, pod warunkiem, że można je przepleść okresami oddalenia, dzięki czemu przez konrast względem siebie, oba epizody stają się bardziej satysfakcjonujące. Gdy na tapczanach marzy się o odległych dolinach, a w tych dolinach – o względnym komforcie czystej pościeli i ciepłego prysznica w miejscu, do którego się potem wraca.

 

 

 

2 komentarze

  1. Każdemu czasem jest potrzebna samotność. A rowerzystom jakoś szczególnie. Ciekaw jestem Twoich opowieści z tej doliny. W sumie nie tylko z niej…

    • Absolutnie tak, najlepiej wieczorem, po pełnym spotkań dniu :). A to była dobra dolina, nie tak spektakularna jak Bartang, ale wręcz idealna na kilkudniową wycieczkę z Chorogu, bo naprawdę niedaleko od miasta było zupełne pustkowie – i pełno much, które mi to trochę zepsuły. I, co dziwne, spotkałem tam kilka osób na rowerach i w campingcarze – ale sami emeryci, solidnie po sześćdziesiątce, nikogo w naszym wieku!

Brak możliwości komentowania