Sto wiader wody na głowę – tylko peleryny brak. Nowy rok w Laosie

Nie ma złych miejsc na świecie. Do każdego bym chciał wrócić – teraz. Co nie znaczy, że czasem, gdy któreś z nich opuszczałem, nie czułem ulgi. Bo czułem ją, każdy z dwóch razów, gdy wyjeżdżałem z Laosu. Choć za drugim razem znosiłem go już trochę lepiej. To pewnie kwestia oczekiwań.

Gdy zaczęła się przede mną materializować nieuchronność odbicia ze środkowego Wietnamu prosto na zachód, oraz powrót po czterdziestodniowej przerwie w południowy kraniec Laosu, myśli i odczucia miałem mieszane. Pamiętałem Laos zbyt dobrze. Mądrzejszy po poprzedniej szkodzie – tym razem przynajmniej, za wszelką cenę, nie zamierzałem być tam głodny. Nie wiedziałem tylko, że gdy zabezpieczę się przed jednym – zamiast głodu, główną bolączką będzie woda w butach – mimo pory suchej.

Wietnam jest długi i wąski – i pełen pór roku występujących w jednym czasie. To, że wyjechałem w chłodzie i deszczu, nie miało znaczyć, że w pewnym momencie, tydzień drogi od Hanoi, wskazówki termometrów nie zaczną powtarzalnie wychylać się coraz dalej w prawo od czterdziestu stopni, a duchotę będzie potęgować zapach ciepłej wilgoci unoszącej się z pól ryżowych. Któregoś dnia, deszczowego i wilgotnego do tego stopnia, że mokrego powietrza w moim pokoju nie dało się osuszyć nawet klimatyzacją, nadszedł czas by ruszyć w jeden z tych bardziej monumentalnych epizodów większej podróży – przynajmniej z nazwy. Już przejechać drogą Ho Chi Minha motorowerem jest jedną z głównych atrakcji Wietnamu, która jeszcze pięć lat temu wydawała się być czymś dla najodważniejszych podróżników, gdy słuchałem Mołdawianina opowiadającego o swojej dwumiesięcznej przygodzie między północą a południem. Czasy się zmieniły – i teraz każdy szanujący się podróżnik, zamiast tłuc się nocnymi autobusami wzdłuż wybrzeża, kupuje za kilkaset dolarów czarną Hondę w Hanoi, by próbować sprzedać ją bez straty w Sajgonie. Rowerem ta droga była nie gorsza.

Pożegnałem się z całodobowym brzęczeniem stolicy Wietnamu, z jej kameralną mimo rosnących tu i ówdzie wieżowców zabudową. Nawet nie stanąłem po drodze na kawę, dopóki nie otworzyły się przede mną krasowe wzgórza i pola ryżowe, chcąc jak najszybciej wydostać się z objęć ogromnego miasta, na którego wielopasmowych drogach to wcale nie samochód jest kingiem. Rozpychałem się moim wehikułem wśród nie mniej od mojego obciążonych rowerów Wietnamczyków. Dzięki ich wszechobecności zdecydowanie byłem w swoim świecie, jaki by pokręcony i chaotyczny nie był. Wystartowałem w długi zjazd na południe, za jedyny pewnik mając oddaloną o wiele tygodni datę, kiedy musiałem stawić się na lotnisku w Bangkoku – a to, co mogłem zrobić po drodze, miało zależeć tylko od moich chęci i postępów, które poczynię.

Szybkie pokonywanie Jego Długości Wietnamu sprawiało, że pory roku zmieniały się w przyspieszonym tempie. Z każdym dniem i z każdymi pokonanymi w jego czasie kilometrami, człowiek spada na łeb, na szyję, po drabince równoleżników, lądując coraz niżej i niżej. Pochmurne i wiosennie chłodne Hanoi przemieniło się gdzieś po drodze w parne i gorące Hue, za którym już w Wietnamie coraz natarczywiej obracały się w rzeczywistość wyobrażenia gorącej, laterytowej jałowizny pogranicza Kambodży i Laosu, pomiędzy którymi różnica była dla rowerzysty głównie taka, że w Kambodży było mniej gór i mniej lasów.

KTÓRĘDY JECHAĆ?

I stanąłem przed dylematem idealnie beznadziejnym. Wtedy, gdy klimat dawno przestał być przyjazny, a krajobraz przyjemny, nie było ani wyborów złych, ani dobrych. W pobliżu punktu, gdzie kończy się Laos, a zaczyna Kambodża, w prowincjonalnym wietnamskim miasteczku Plei Can, trzeba podjąć jakąś decyzję. W nieruchomym, gorącym powietrzu, czekało rozdroże i dwie ścieżki, z których żadna nie napawała mnie optymizmem. Gdyby choć któraś z nich była tańsza od drugiej, być może ukryty we mnie sknera wybrałby ją na bazie kosztów. Tymczasem wiza na tygodniowy przejazd przez południowy Laos miała kosztować dokładnie te same trzydzieści dolców, co wiza do Kambodży.

Ostatnie dwa dni w Wietnamie szykowałem się na nadchodzącą nieuchronność południowego Laosu. Pojechałbym do wykarczowanej, płaskiej Kambodży, gdyby nie to, że za ostatnią wietnamską przełęczą przed Plei Can, przepiękna wietnamska dżungla po prostu zniknęła, zamieniona w plantacje kauczuku, pokryte rudym pyłem nawianym z otaczających te okolice, prawie doszczętnie ogołoconych z drzew gór. Widok to był przygnębiający, gorszy nawet od północnego Laosu, gdzie łysinę gór zaczynała przykrywać już jakaś trawa. Nad tym smętnym spaleniskiem sam pan Szyszko by się zadumał, pomstując na swojego wietnamskiego odpowiednika.

Po czymś takim, wolałem wybrać laotańskie góry i lasy, gdzie był choć cień szansy na jeszcze nietkniętą naturę i płynącą po powierzchni wodę, nieskażoną nadmiarem osad ludzkich. Zapakowałem ile się dało jedzenia w zakamarki sakw, robiąc za główny cel polowania znalezienie dwunastopaku zupek instant. Z Wietnamu wyjeżdżałem już zmęczony wzmagającym się z każdym dniem upałem, choć nie minęło nawet południe. Nie byłem nawet pewien, czy przejście graniczne w Bo Y jest dla mnie, jako cudzoziemca, odpowiednie. Ostatnie potwierdzone informacje sprzed kilku lat, które o nim znalazłem, mówiły o planowanym otwarciu takiej możliwości.

Jak każe zwyczaj, wydałem ostatnie pieniądze, nim staną się bezwartościowe za niedalekim szlabanem. Jeszcze jedna wietnamska zupa, jeden zimny sok z trzciny cukrowej, nim nie zanurzę się w głodową, rozżarzoną krainę.

Bo Y okazało się być bardziej eleganckie, niż się spodziewałem. Po spodziewanych barakach i pyłowej drodze nie bylo już śladu. Wizy do Laosu też już były wydawane na miejscu, choć jeszcze wypisywane ręcznie. Pogranicznicy puścili mnie bez problemów, zdziwieni, że wwożę tyle zupek i dwadzieścia mącznych, pastewnych bananów. A ja po prostu postanowiłem uodpornić się na laotańskie deficyty żywieniowe, obładowany spożywczą kontrabandą, jako którą traktowałem moje kilkudniowe zapasy, by mieć oręż do walki z aprowizacją po drugiej stronie granicy.

LAOS JEDNAK MOŻE BYĆ ZIELONY

A satelity nie kłamały. Za szlabanem bezpowrotnie zamykającym za mną jeden z ciekawszych krajów, które odwiedziłem, otworzyła się przede mną soczysta, zielona kraina, jaką po wcześniejszych doświadczeniach, prędzej spodziewałem się znaleźć w Wietnamie, niż w Laosie.

Granice lubią być na graniach, a przejścia na przełęczach – więc i tutejsze budki postawiono na najwyższym punkcie drogi. Za nim mogłem przeżyć stromy zjazd w dół, w głąb doliny, wśród bujnych lasów tropikalnych, pełnych tłustych, starych jak świat drzew. Po długim zjeździe w zieloną otchłań, w mojej wyobraźni większą przeszkodą dla ewentualnego powrotu nie był brak wietnamskiej wizy, a wizja powrotu pod te serpentyny, kończące się dopiero na linii styku gór z niebem. Głównie dlatego, raz podjęta decyzja o opuszczeniu Wietnamu była nieodwołalna.

Od tej pory, poza jednym rozdrożem – przez dwa następne dni nie miałem spotkać praktycznie żadnych wsi. Nic, tylko ja, prastary las i wietnamskie zupki instant, precyzyjnie odliczone, zanim nie pojawi się pierwsza miejscowość – w której nic, poza zupkami gorszego sortu wraz z nędznymi chińskimi chipsami, i tak nie można było dostać. Zresztą, co mi po nich, skoro w Wietnamie laotańskich kipów nie można było kupić – a najbliższy bankomat był wciąż oddalony o dzień drogi.

Nie szkodzi – gdy na długą chwilę zanurzyłem się w pozornie nietkniętym lesie tropikalnym. Sporadycznie przy drodze leżały powalone potężne drzewa, lecz minęło sporo czasu, nim pojedyncze place tartaczne ustąpiły miejsca masowej wycince, która w najlepszym przypadku kończyła się plantacjami kauczuku, a częściej po prostu jałowym pustkowiem, zostawionym samemu sobie, z wietnamskimi ciężarówkami załadowanymi drewnem, wyjeżdżającymi jakby po cichu. Pasem lepkiego od smoły asfaltu wciąłem się w obszar ogromnego parku Dong Amphan, po którym poza tą drogą nie ma nawet jak się poruszać, nie ma jak zgłębić jego trzewi. Na jadącego tędy na rowerze człowieka czekają dwa dni drogi i właściwie żadnych śladów państwowości, swój zasięg kończącej na zarastającym bujną trawą poboczu.

To był koniec laotańskiego świata nie tylko w przenośni, gdy w pewnym momencie od trójkąta granic Wietnamu, Laosu i Kambodży dzieliło mnie ledwie kilkaset metrów i jeden zakręt bezimiennej rzeki. Zdawało się, że nikt tam nie mieszka, a wycięta stromymi podjazdami w czerwonej ziemi droga służy jedynie połączeniu południa Laosu z Wietnamem – i gdyby nie jeżdżące nią z rzadka ciężarówki, zarosłaby mackami leśnej roślinności wraz z nadejściem pory deszczowej. Od jedynego na tej plamie zieleni rozdroża w Ban Het, z jego paroma domami i hotelem prowadzonym przez przedsiębiorczego Wietnamczyka z niedalekiej zagranicy, jedna z dróg odchodziła do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów wulkanicznego jeziora Nong Fa – dla mnie, z racji ograniczonego zapasu jedzenia, praktycznie niemożliwego do odwiedzenia. Miejsce wymarzone, przez swą niedostępność, o którym Laotańczycy też umiejętnie podsycają legendy, mówiąc o jego niemierzalnych brzegach i głębokości, której nikt nie zdołał sprawdzić.

Znalazłem się w prowincji Attepeu, najdalej wysuniętej na południe strony Laosu. Choć przez chwilę dała mi to, czego w Wietnamie nie zdążyłem zobaczyć, oprócz fragmentu odludnej drogi w Parku Phong-Nha, z którego z braku zapasów musiałem zawrócić. Rzadką okazję do zanurzenia się w pierwotnej naturze, przez którą wyrżnięto kilkunastometrowej szerokości pas postępu, przez upał i stromizny ledwo dającą się przejechać obładowanym rowerem. W tamtych stronach jest wiele dzikich dróg, które są nieutwardzone i ślepe, kończące się gdzieś w dżungli pod granicami państw. Przez to szansa na zapuszczenie się w nie, bez nieprzyjemności ze strony wopistów, jest znikoma. A tu można, prawie bez wysiłku, jednak być w dżungli.

LEŚNI LUDZIE

Przez pierwsze kilka godzin byłem przekonany, że to nie jest miejsce dla ludzi. Żadnych pól, wody też jak na lekarstwo. Droga od granicy szybko osiągnęła swój najniższy punkt nad rzeką w dnie doliny, po czym zamieniła się w serię coraz wyższych podjazdów, aż do kolejnej leśnej przełęczy, zresztą nieosiągalnej tego samego dnia. Nie mogłem stanąć i rozbić obozowiska, dopóki nie znalazłem źródła wody. Wcześniej popełniłem klasyczny błąd, polegający na nieskorzystaniu z rzeki, zanim nie zaczęła znikać w głębi wąwozu wiele metrów ode mnie. Żałowałem tego bardzo szybko, próbując znaleźć trochę ulgi w cieniu traw, ze schnącym gardłem i resztką wody, która miała wystarczyć na nie wiadomo jak długo. O powrocie kilka kilometrów w dół nie było mowy, bo utknąłbym tam do następnego dnia, a wtedy jedzenie skończyłoby mi się szybciej, niż planowałem. Musiałem jechać dalej i liczyć na to, że w którymś z przecinających drogę wąwozów pojawi się woda.

Przed zmierzchem wpadłem na leśny strumień i zdziwiłem się, gdy zobaczyłem nad nim ukryty w bambusowym zagajniku nieśmiertelny azjatycki patent – naciętą łodygę bambusa podpartą gałęzią, zbierającą wodę z ukrytego w listowiu koryta do wysokości, z której już można się napić. Ktoś tu musi jednak przychodzić. Znalazłem w pobliżu kawałek płaskiego terenu, zarośniętego dwumetrowej wysokości trawą, wydeptaną jak labirynt, z kępami wystającymi na przemian z miejscami wygniecionymi. Pomny poprzednich doświadczeń z wszelkiej maści mundurowymi w Laosie, wolałem skorzystać ze schronienia, jakie dawała. Zajęty struganiem ze znalezionych gałęzi pałeczek do jedzenia, nie zauważyłem, gdy z lasu zaczęły wyłaniać się pierwsze postacie, z kolejnymi pojawiającymi się w coraz większych grupach. Niskie, zgarbione, zmęczone, z temblakami wypełnionymi czymś zebranym w gęstwinie, mijające moje zamaskowane w trawie obozowisko, idące dokądś w górę drogi. A to wszystko w okolicy, w której na pewno nie było wsi w promieniu parunastu kilometrów. Niedługo potem, naprzeciw mojego namiotu, zdziwieni moją obecnością, dwaj mężczyźni pojawili się znikąd rozpadającym się motorowerem i pod gołym niebem zaczęli mościć sobie posłanie, gotując ryż w osmalonym garnku. Wyszedłem im pierwszy na spotkanie, w ten sposób kontrolując tę sytuację trochę bardziej, niż gdybym został przez nich odkryty przypadkiem. Poczęstowaliśmy się nawzajem naszymi skromnymi strawami i dopiero wtedy przez przypadek zobaczyłem, że w lesie zbierali orzeszki, podobne do olchowych, które musiały mieć znaczącą wartość, by chciało im się jechać z oddali i rozstawiać wcale nie tak tymczasowe obozowiska w środku dżungli. Następnego dnia widziałem tych obozów znacznie więcej, włącznie z jednym, bardzo dużym, za najbliższym zakrętem, co by tłumaczyło te dziwne, nienaturalne nocne odgłosy, tak bardzo niepodobne do tego, czym o zmierzchu raczy zasypiającego człowieka otaczająca dżungla.

Okazało się więc, że te zielone obszary nie były tak zupełnie niezamieszkane. Wreszcie dżungla najpierw ukradkiem, a potem już bezpardonowo, zaczęła znikać.  Na moich oczach z nieprzebytej gęstwiny podręcznikowo zmieniała się w pojedyncze wykarczowane polany, na których pionierscy osadnicy wśród popiołu i wszechobecnego dymu sadzili pierwsze rozsady manioku. Potrzeba było niewiele czasu, by z lasu pozostały wyłącznie pojedyncze drzewa, zastąpione wreszcie przez niekończące się plantacje drzew kauczukowych i chwasty tam, gdzie jeszcze nie zaorano pod nie popiołów.

PORA SUCHA – A W BUTACH MOKRO

W Laosie świętowano właśnie Songkran – nowy rok. W mijanych wsiach panował nieopisany marazm, trudno było stwierdzić, czy zwyczajowy, wynikający z niesprzyjającej żadnym czynnościom pogody, czy wzmocniony oficjalnymi dniami wolnymi, trwającymi przynajmniej cały ten tydzień, który wtedy spędziłem w Laosie. Z końcem dżungli, pojawiły się ziemie przypominające sawanny, z rzadka porośnięte drzewami, z prostymi drewnianymi domami na zakurzonych podwórkach. Wszystko wyglądało jeśli nie na wymarłe, to chociaż na śpiące w oczekiwaniu na wieczorne ochłodzenie. Na horyzoncie, przez mgliste powietrze, majaczyła wyżyna Bolaven, jeszcze za czasów francuskiej kolonizacji przeznaczona pod uprawę podobno znakomitej kawy, a później z determinacją bombardowana w czasie kolejnych przetaczających się przez Indochiny wojen. Nie wdrapałem się na jej szczyt, w dochodzącej do pięćdziesięciu stopni temperaturze było to ponad moje siły – i objechałem ją dookoła jak niegdyś Mołdawię – choć nadłożyłem kilka dni drogi, mogłem je dzięki temu przewidzieć. Doskwierał też brak czasu na próbę przejechania jedną z tych dróg, które istnieją tylko na mapie, okrążającej Bolaven od południa, przez dzikie lasy. Była pora sucha, więc niski poziom wód w rzekach, przez które nie przerzucono mostów, nie byłby problemem, ale gdyby któraś okazała się być wciąż zbyt wartka, musiałbym wracać od punktu wyjścia i zacząć okrążać wyżynę tracąc na to kilka dni. Dlaczego nawet w podróży bez ograniczeń – i tak się te ograniczenia pojawiają?

Objechanie Bolaven było przeżyciem samym w sobie. Wyobrażałem sobie, że tak wyglądają afrykańskie sawanny z rozłożystymi akacjami. Mijałem szerokie, wyschnięte skalne koryta rzek, które w porze suchej bardzo się skurczyły, ale patrząc na ich wielkość, łatwo można sobie wyobrazić ich potęgę. Wokół roztaczał się suchy, nieprzyjazny krajobraz – ale w jakiś sposób hipnotyzujący. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten nowy rok. I to, że Laotańczycy świętują go bez końca i bez umiaru. Zupełnie tego nie przewidziałem. Wziąłbym autobus, gdybym to tylko wcześniej sprawdził.

Jedziesz przez wieś i widzisz, że po obu stronach drogi stoją grupki ludzi z wiadrami. Dużo ludzi i dużo wiader. Wszyscy są radośni, tańczą, przy domach stoją głośniki wielkości szaf (skąd mają tyle prądu?) łomoczące bardzo osobliwe laotańsko-tajskie disco – i ci, co nie podrygują do rytmu, wylewają na przejeżdżających kubły wody. Ludzie na motorowerach niby też byli na to gotowi, ale widziałem też sporo zmęczonych twarzy, wyżymających koszulki za każdym takim obowiązkowym prysznicem już bez cienia radości. Ta się kończy, gdy oblany dziesiątkami litrów wody motocyklista traci równowagę i zderza się z innym skuterem. Widać wtedy wybuchy wściekłości. Szybko się nauczyłem, że nie ma taryfy ulgowej, jeśli nie będę sprawiał wrażenia stanowczo-złego. Niespecjalnie tego chciałem, lecz być oblewanym po kilka razy w jednej wsi, jedna po drugiej, dzień za dniem – szybko zaczęło być bardzo męczące, tak jak jechanie przez kilka dni w coraz bardziej śmierdzących butach, które na przemian schną i mokną – i nigdy nie wiem, czy następna grupa mi odpuści, czy nie. Niekiedy rozmową i uśmiechem dostawałem łaskę od oblewaczy – i jeszcze malunek tajemniczych wzorów szminką po twarzy. Kto inny nie wypuścił mnie bez butelki Beer Lao. Taki zwyczaj, który był nawet zabawny do czasu, gdy zacząłem spotykać lotne brygady wodne, nadjeżdżające znienacka pick-upami od tyłu i oblewające mnie wodą z zaskoczenia. Na to cierpliwości nie miałem. W ciężkich warunkach, ludzka cierpliwość okazuje się być bardzo cienką warstwą, zmywalną nawet – jeśli wylano na ciebie o parę wiader wody za dużo. Pod koniec takiego dnia, byłem z niej wyszorowany.

Zatęskniłem za spokojem dżungli i brakiem wody, na który tutaj – mimo wrażenia, że nawet w ogrodach nie ma jej wystarczająco – jakoś nikt nie narzekał. Impreza trwała nieprzerwanie w najlepsze, mokłem setki razy i w pewnym momencie stałem się strzępkiem nerwów, raz zobojętniałym, innym razem pobudzonym do wykrzykiwania z dużym wyprzedzeniem, że nie, wcale nie chcę być znów mokry.

Tylko leśni ludzie nic z tej zabawy nie mieli, wstając rano i idąc po tajemnicze orzechy do lasu, później wracając z niego wieczorem by zastygnąć w leśnych obozowiskach – zdawali się być jedynymi w te dni, oprócz starszych pań sprzedających bułki na bazarach, którzy cokolwiek robili i nie mieli tyle szczęścia, by móc sobie pozwolić na zatracenie się w zabawie. Reszta Laosu topiła się hektolitrach wody i piwa, oraz radości z nadejścia kolejnego roku. A ja wraz z nimi – wyboru specjalnie nie mając.

4 komentarze

  1. Piękne zdjęcia, aż chciałoby się tam pojechać i móc to wszystko zobaczyć na żywo. Bardzo zazdroszczę!

  2. „Dlaczego nawet w podróży bez ograniczeń – i tak się te ograniczenia pojawiają?” – to jest chyba wpisane w naturę każdego rowerzysty, który podróżuje po świecie 😉

    • Dokładnie! A nawet jak masz nieograniczony czas i pieniądze, to na przykład wizy (lub decyzje sprzed miesięcy) robią swoje i gdzieś w końcu musisz pogonić. Choć w tym wypadku było tak, że na ten samolot przez parę pierwszych tygodni z pozostałych do niego kilku miesięcy jednak się nie spieszyłem :). Wiesz, chyba dopiero w strefie Schengen można jechać zupełnie bez ograniczeń (pod warunkiem, żeś stąd).

Brak możliwości komentowania