Skryta Czarnogóra

Nie wiedzieć czemu, ze wszystkich krajów, które odwiedziliśmy na Bałkanach, Louise najbardziej nie mogła doczekać się nadchodzącej Czarnogóry. Było w tym sporo rywalizacji z siostrą bliźniaczką, która już tam wcześniej zajrzała. Dlatego nie było mowy o ominięciu poleconego przez nią nadmorskiego Kotoru, pięknego zabytkowym starym miastem oraz górującą nad nim fortecą. Oraz – jak to już wcześniej bywało, przez zadeptanie turystami i przemienienie każdej oficyny w sklepik z pamiątkami lub selfie-stickami – najmniej ciekawego z całej czarnogórskiej reszty. Regularnie napełniającego się oraz wypróżniającego tłumami ludzi z ogromnych statków wycieczkowych, cumujących przed południem w samym centrum miasteczka. Na mój nos, każdy z tych kolosów pełen jest większej ilości ludzi, niż jest stałych mieszkańców w samym Kotorze. Kotor to nie tego rodzaju miejsce, do którego jedzie się bez uprzedniej rezerwacji noclegu, bo ceny za hotele, do którego wejdzie się z ulicy, zwalają z nóg, nawet po sezonie letnim, w październiku. Ale, gdy wertując ogłoszenia, decydujemy się spać pięć kilometrów od centrum – a jak już mamy te rowery, to przecież żaden z tego problem – ciche nadmorskie uliczki zabrały nas do jakiejś równie cichej wioski, na tyle też taniej, że dwa poranki z rzędu mogliśmy odwlekać decyzję o wyjeździe w niesłabnący deszcz tak długo, jak tylko się dało.

W takich okolicznościach opuszczaliśmy Czarnogórę, dwa razy już całkiem zapakowani rezygnowaliśmy z tego w ostatniej chwili. A gdy już się na to w końcu rzuciliśmy, to i tak z reklamówkami na nogach i rękawiczkach, dobrymi najwyżej na pierwszą godzinę jazdy. Tydzień wcześniej, Czarnogóra otwierała się przed nami z dużymi oporami – ale jak już złapała, to stawiając wokół nas ścianę deszczu – wypuścić nie chciała.

W pełnym klimatycznych, jugosłowiańskich blokowisk Niksićiu, zaczął się tydzień ulewy, w ciągu którego tylko jedno słoneczne popołudnie dało nam odetchnąć od strug deszczu na tyle, byśmy zdołali wyściubić nosa i poćwiczyć kolana na niekończących się schodach kotorskiej twierdzy. Przypomniałem sobie też wtedy dobitnie, że z moimi stawami mogę jeździć rowerem do końca świata i z powrotem, ale chodzić po górach to już nie bardzo – i tylko najstarszym japońskim turystom z zacumowanego wycieczkowca nie dawałem się na stromych schodach wyprzedzić. Generalnie – wstyd i siara, ale przynajmniej nic, co by mnie zaskoczyło. No i plus tego ślimaczego tempa był taki, że gdybym skakał po schodach jak kozica, lub człowiek o zdrowych kolanach, przegapiłbym na ich końcu znajomych z Australii. Tam, po kolei, najpierw w to spotkanie nie uwierzyliśmy, potem uwierzyliśmy, wyściskaliśmy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia – i na za tydzień w Bośni umówiliśmy.

Fajnie, że do cukierkowego Kotoru trafiliśmy na sam koniec, po zajrzeniu w czarnogórskie trzewia, po których nawet moja zafiksowana na tym mieście towarzyszka podróży przyznała, że w porównaniu z tym, co było po drodze, niepotrzebnie tak bardzo nalegała na jego zobaczenie. A ja myślę, że na to miasto przyszło nam wpaść we właściwym miejscu i czasie, gdy musieliśmy naładować siły po wyczerpującym tygodniu, który spędziliśmy wciśnięci w czarnogórskie kaniony. Jak się trzeba suszyć i czekać na kolejne suche okno pogodowe, to jednak lepiej to robić z widokiem na morze, niż widokiem na stację benzynową z okna motelu zagubionego pośrodku Czarnogóry.

Deszcze dopadły nas, na całe szczęście, dopiero na ostatniej przełęczy, oddzielającej od wybrzeża niesamowity park narodowy Durmitor, który przejechaliśmy w najwspanialszej pogodzie, jaką można sobie wyobrazić, niespiesznie oglądając majestatyczne wapienne góry w resztkach jesiennego ciepła. Inaczej, niż powoli, nie da się jechać przy takich podjazdach, a w deszczu trudno mi je sobie nawet wyobrażać. Gdyby pogoda zepsuła się trzy dni wcześniej, musielibyśmy brać taksówkę przez rowerowy raj – jak pewien poznany kiedyś Włoch, który po pół roku drogi, u samego progu Pamiru, złamał obojczyk – i wszystko co na rower najlepsze, przejechał samochodem. Dla nas, załamanie pogody przyszło bardzo niespodziewanie i boleśnie, gdy szybki w normalnych warunkach piętnastokilometrowy zjazd po nowym asfalcie zamienił się w godzinną mękę w potoku wody po nim płynącym. A Louise, oprócz niedźwiedzi, boi się przede wszystkim szybkiej jazdy z górki po asfalcie (choć w terenie nie ma z tym problemu – taka zawiła to logika) – więc zamiast pędzić w dół, cały czas hamowaliśmy, pozbawiając się ostatniej pozostałej nam przyjemności. W taki dzień najchętniej zaszylibyśmy się w jakimś ciepłym pensjonacie – lecz do najbliższego w Niksićiu było jeszcze ponad dwadzieścia kilometrów, przeplecione trzygodzinnym najazdem na jedyną po drodze piwiarnię – i okupację wszystkich jej kaloryferów, w czasie gdy w dłoniach i stopach wracało krążenie.

Do tego dnia, jednak – upiekło się nam. Wnętrze Czarnogóry dało nam spektakularne widoki i spotkania z gościnnymi ludźmi, pozwalające zapomnieć, że to środek nie tak znowu gościnnej Europy. Powiedziałbym, że to musiał być najpiękniejszy odcinek całej drogi od Stambułu do Polski, gdyby tylko ktoś przyparł mnie do muru i kazał coś z tych miesięcy wybierać. Tu jest miejsce do życia dla wilków i niedźwiedzi, gdzie rowerem trzeba im ustępować drogi. Jeśli nie wilkom, to chociaż broniącym owiec psom pasterskim, o czym na drodze przez Durmitor uświadomił nas ich widok, gdy niczym niezrażone łapały zębami za oponę terenowej Łady powoli przeciskającej się między owcami i barierkami. Połacie niedostępnych czarnogórskich gór i wyżyn są poprzecinane głębokimi dolinami, w które powciskane są wsie ze swoimi niedużymi poletkami i kilkoma zaledwie drogami, którymi się przemieszczaliśmy. Trochę czasu już dla mnie minęło, od kiedy musiałem przejeżdżać tyle tuneli jeden po drugim, więc latarki z biwakowego przybornika powróciły na miejsce uprzywilejowane, gotowe do wyciągania w każdej chwili.

Robi się już za to coraz zimniej, co czujemy na wysokościach Durmitoru, dopiero co wyrwawszy się z ciepła głębi kanionu Tary, gdy do zrobienia kilkudniowych zakupów wyznaczona jest Louise nie dlatego, że jest dziewczyną – a dlatego, że bezczynne czekanie na dworze, pilnując rowery, zaczyna już bardzo wychładzać nasze ciała. Lecz znów przewrotnie cieszę się, że w tej schyłkowej jesieni, przypadkiem udało się nam uniknąć sznurów samochodów i mieć te miejsca trochę bardziej na wyłączność. Próbkę tego, jak wyglądają tu górskie drogi pod pełnym samochodowym obciążeniem, mieliśmy tylko na fragmencie głównej trasy między Belgradem i Podgoricą. Nasza ewakuacja stamtąd trwała pół dnia, które i tak wydawało mi się być maksimum, które mogliśmy znieść. Dobre drogi we wschodniej Europie mają to do siebie, że trzeba na nich uciekać przed pędzącymi kierowcami. Kolejny znak, że dom musiał być coraz bliżej, bo pod tym względem, było już prawie jak w Polsce.

Ja – może z braku brata bliźniaka – jakoś specjalnie się przed przyjazdem tu rowerem Czarnogórą nie przejąłem. Wielkie kraje, lub kraje małe, a słynne z miejsc niebotycznych, zawsze bardziej działały na moją wyobraźnię. Błąd. W Czarnogórze, na przykład, jest jeden z najgłębszych kanionów świata – kanion Tary – do którego na sporym odcinku można nawet wjechać rowerem. Najgłębszy odcinek jest dostępny jedynie w kajakiem, wyprawą przekraczającą granicę z Bośnią i Hercegowiną. Ale przedsmak jego ogromu mieliśmy i bez zanurzania się w wodzie, z wyobraźnią dopowiadającą, co też kryje się za ostatnim z widocznych zakrętów rzeki. Gdy, żegnając się z rzeką, wyjazd z dna doliny trwa większość dnia – i wiesz, że nie wyjeżdżasz z jej najgłębszego miejsca – to wiesz też po prostu, że to miejsce nie może być zwyczajne.

Bo nie jest. Swoje trzy grosze dorzuciła idealna, słoneczna, trwająca nieprzerwanie od greckich Salonik aż do Niksićia jesień, wyciągając już z liści pożądane żółcie i czerwienie – ale też jeszcze nie każąc się zieleni traw zwijać pod grubą warstwą zwiędłego listowia. Kolory były w Czarnogórze należycie wyeksponowane, niebo też waliło po oczach tym jedynym właściwym kolorem niebieskim. Tylko się Czarnogóra nie chciała odkrywać, bo wiele tego, co w niej piękne, lubiło się przed naszymi oczami chować i dawało się zobaczyć tylko okupione ciężkim wysiłkiem. Włącznie z samą Czarnogórą, zresztą.

To był pierwszy kraj, który po prostu nie chciał się zacząć, a wjazd niebezpiecznie przeciągnął się w nieskończoność oraz w nadchodzącą noc – i oblał nas przysłowiowym kubłem zimnej wody, za nasze niedopatrzenie. Kto był w Kirgistanie, kojarzy, że opuszczając tamten kraj w Sary Tash, za posterunkiem granicznym jest piętnaście kilometrów ziemi niczyjej, dzielącej go od przełęczy i tadżyckich rekrutów. Pamięta o tym i planuje dzień tak, by na jego koniec gdzieś się wygodnie umościć. A tu, jakoś tak, nie wpadliśmy na to. Nie ma kogo zapytać, jak już opuścisz Kosowo. A różnica poziomów między Kosowem a naszym noclegiem była dwukrotnie większa, niż między ostatnią kirgiską doliną, a wrotami Pamiru. Większa! Trafiliśmy na idealne miejsce do obijania się, zamiast skupienia się na dotarciu do celu, nim nie przyjdzie wieczór.

Czekało na nas tysiąc dwieście metrów w pionie.

Dobrze i niespiesznie nam się z Louise rozmawiało w czasie przerwy na przekąskę, gdy z nieba lało się porządne, wrześniowe gorąco, i trzeba było ochłonąć od jego wpływu. Patrzyliśmy na leżące u naszych stóp Kosowo, proponując nawet butelkę wody trójce bardzo przypadkowo wyglądających kosowskich piechurów. Odmówili, na nasze szczęście – czego dowiedzieliśmy się kilka godzin później, trzydzieści stopni Celsjusza niżej, z pustymi butelkami i morale kobiecej części naszego zespołu upadłym na poziom Kosowa, z którego wciąż nie mogliśmy wyjechać, oraz męską jego połową beznadziejnie próbującą wlewać w tę pierwszą jakiś optymizm. Zamiast tego ostatniego, powinienem był w nią wlewać jakiś pokarm, odganiając jednocześnie złowrogie myśli o coraz bardziej nieuchronnym noclegu bez wystarczającej ilości wody do zagotowania kolacji, za to z misiami czyhającymi na takich zgubionych turystów, jak my. A ten, kto nie jechał z Lou, nie wie, że głód przychodzi u niej z minuty na minutę – a gdy jest głodna, jest zła. Naprawienie takiego niedopatrzenia trwa zwykle dziesięć minut – krócej nawet, niż te dwadzieścia minut, które zajmuje głowie zorientowanie się, że żołądek jest pełny. Potrzeba wtedy jedynie jedzenia i zatrzymania się na rozkaz, choćby w pół obrotu korby, w pół zakrętu – tylko biada temu, kto zjadł wszystkie rogaliki i nie ma już czym ujarzmić raz obudzonej bestii. Nasza wspinaczka ku czarnogórskiej granicy trwała już piątą godzinę, a ani ona, ani jakiekolwiek źródło wody, wciąż się nie pojawiały – choć kosowski posterunek został już dawno z tyłu. Zachodzące słońce dawno już spowiło naszą dolinę cieniem rzucanym przez niedaleką górę Zljeb, na której ostatnie pomarańczowe plamy coraz wymowniej pokazywały, że lada chwila przyjdzie czarna noc. Tego dnia już Czarnogóry nie zdołaliśmy dojrzeć. Okazało się bowiem, że obie strony postanowiły postawić swoje budki solidny kawał drogi od granicy właściwej, co by niepotrzebnie nie musieć jeździć na górskie posterunki.

Zostaliśmy na noc na ziemi chyba niczyjej, niepewni, czy w ogóle można na niej spać. A tutaj, jak na złość, koryto pobliskiego potoku suche jak wiór. Woda pojawiła się dopiero godzinę później, na samej przełęczy, wypływająca niespiesznie z węża wbitego w ziemię, ciągniętego kilkadziesiąt metrów do wanny, z której wypuszczane rano z zagród owce wypijają swoje poranne porcje. Napełniłem dziesięć litrów potrzebnych nam do jedzenia, kaw i mycia, gotowy na szukanie miejsca na namiot – lecz, trzeba też pamiętać, jesteśmy wciąż w krainie mniej lub bardziej wyimaginowanych niedźwiedzi, którymi wyobraźnia Louise była wypełniona od greckiej przygody ze spaniem na niedźwiedzim wodopoju. Dokuczliwość tego stanu z dużą regularnością wzmagała się szczególnie między piątą a szóstą popołudniu – gdyż ta godzina w październiku oznacza porę szukania miejsca na rozstawianie namiotu.

W międzyczasie podeszła do nas kobieta z niedalekich pasterskich chat, z którą już na dobre przestraszona Lou zaczęła rozmawiać na migi, przykładając dłonie z wystającymi palcami wskazującymi do głowy. Ja się upierałem, patrząc na tę rozmowę z boku, że kobieta z tych gestów raczej mogła zrozumieć, że Louise chce jej zrobić zdjęcie. Louise przez ten gest zadawała pytanie o to, czy coś tam w nocy grasuje. A pani nam na to wszystko energicznie potaknęła, co w dwuznaczności pytania oznaczało, że tego dnia już o dzikim biwaku nie mogło być mowy, jeśli chcieliśmy mieć przespaną noc. Całe szczęście, że część pasterzy już się z nadchodzącą jesienią przeniosła z tego wysoko położonego miejsca do domów w dolinie, więc jeden domek był jak znalazł na rozłożenie w nim naszego namiotu – i do niego nas ta pani gestem zaprosiła. Po totalnym braku językowego zrozumienia, a mimo tego nieskrępowanej rozmowie z życzliwą nam panią, jej mężem oraz synem – upewniliśmy się, że to jeszcze nie jest słowiańska Czarnogóra. Trudno Albańczyka zapytać o niedźwiedzia. W podziękowaniu za noc, rano mogliśmy zostawić tylko jedną cenną rzecz, jaką jeszcze mieliśmy – zostawioną sobie na pamiątkę na nadchodzące dnie kosowską kawą, z której nasza kosowska pani domu się bardzo ucieszyła. Bo w Albanii ludzie lubią kawę nie mniej niż ja, a jak było widać po wczorajszej wspinacze, do sklepów trochę daleko było.

Tak się zaczęła nasza przygoda z Czarnogórą. Rano, na posterunku granicznym – choć środkowoazjatyckie przyzwyczajenie kazało spodziewać się czegoś innego – nikt nie pytał, dlaczego w paszportach widniała wczorajsza data. Strzepawszy z siebie szron, przypomnienie o nieubłaganie nadchodzącej jesieni, ubrani we wszystko co było do założenia, zjechaliśmy piętnaście zimnych kilometrów na porządne śniadanie, kawę, do Rożajepierwszego czarnogórskiego miasteczka. Usadowiwszy się w mało stylowych ciuchach wśród setek mężczyzn przy małym stoliku, wygrzewaliśmy swoje twarze przy deptaku, nim nie zaczął się przed nami objawiać niesamowity spektakl.

– Ej, te dwie dziewczyny chyba idą tędy po raz trzeci..

– Ty naprawdę liczysz przechodzące dziewczyny?

Liczyłem – facetów też. Siedząc przy deptaku, trafiliśmy na osobliwy pokaz mody, jakąś lokalną tradycję, której nie widziałem nigdzie indziej na świecie. Rozczochrani i wciąż jeszcze przyzwyczajeni bardziej do kąpieli w strumieniach niż pod prysznicami, patrzyliśmy na setki osób chodzących parami, trójkami, po raz drugi i dziesiąty, przed oczami wszystkich innych siedzących oraz mijanych po tyle samo razy, ile było nawrotek na końcu chodnika. Jeżeli mieliśmy jakieś wątpliwości, że o styl tu chodziło – to rozwiały się od razu, gdy Louise została jednoznacznie i znacząca oprychnięta przez cztery porządnie wymalowane podlotki w drodze do wnętrza kawiarni, nim nie wróciły sprzed łazienkowego lustra, by wrócić do wciąż płynącego ulicznego korowodu, ponownie prezentując przed wszystkimi swe niezaprzeczalne wdzięki. Coś pięknego!

I tak jak ten kraj nie chciał przed nami zbyt łatwo odkrywać swojego wdzięku, tak jego mieszkańcy robili to już od samego niedzielnego ranka, bez żadnego skrępowania. Tylko my nie byliśmy im w stanie dorównać, w naszym ekwipunku nadgryzionym zębem czasu, za to w pełni gotowi na nadchodzące dni – stylowego inaczej – odkrywania czarnogórskich zakamarków.

2 komentarze

  1. „tylko biada temu, kto zjadł wszystkie rogaliki i nie ma już czym ujarzmić raz obudzonej bestii” – ale się uśmiałem. Ja mam podobnie jak Louise. Nie podchodź gdym głodny! No chyba, że z czymś do zjedzenia. A jeżeli chodzi o chodzenie po schodach i jazdę na rowerze to nie jesteś sam. Widać rowerzyści tak mają.

    • Zobaczymy, czy nie zgłosi protestu, jak to sobie przetłumaczy :). A najgorzej, że po Kosowie i Albanii, gdzie żarcie było przepyszne ale też baaardzo tanie, w Czarnogórze w knajpach było zwyczajnie drogo… Nie było już szans na ot takie sobie podżeranie na śniadanie i obiad. Euro…

Brak możliwości komentowania