Pociąg, Rosja i ja

W Irkucku, po raz drugi już, kawałek folii ogrodniczej w rozmiarze dwa na dwa metry okazał się być czymś więcej, niż tylko … kawałkiem folii. Przez wiele nocy służyła mi za prymitywną, acz skuteczną, ochronę namiotu przez wodą, błotem, rosą, śniegiem, kurzem i kamieniami – okazjonalnie także krowim nawozem. Znaczona wytopionymi śladami po leniwym, pierwszym rozpalaniu kuchenki bez metalowej osłony w Polsce, okrągłymi kształtami odbitymi przez gorący garnek w Rumunii, dziurami po twardym sierpniowym tadżyckim rżysku. Kawał historii! W Teheranie mało co jej nie wyrzuciłem, w rozsądnym skądinąd celu pozbywania się niepotrzebnego bagażu przed wylotem do Uzbekistanu. Jednak zamiast tego, w przebłysku jakiegoś nagłego geniuszu, na lotnisku zawinąłem w nią rower, przez co w kieszeni został okrągły milion riali, których nie wydałem na owinięcie go przez lotniskowych specjalistów, normalnie patyczkujących się z eleganckimi plastikowymi walizkami, które przecież w podróży także nie powinny się podrapać.

I znów, razem z rowerem, jestem psychicznie zafoliowany na kilkanaście dni, do ponownego otwarcia pakunku. W pachnących względną nowością katakumbach kościoła w ałtajskim Bijsku – bo trochę im jeszcze do średniowiecznej, gotyckiej atmosfery brakuje – postanowiłem nie ruszać i nie odpakowywać roweru, nim nie wylądujemy razem w Bangkoku. Pedały wykręcone, koło wyjęte tak, by hamulce się nie pogięły, a wszystko co cenne i delikatne obłożone rozciętym na pół materacem, który którejś ałtajskiej nocy nie wytrzymał wreszcie wyzwania w postaci spania na syberyjskim mrozie – i zamienił się w balon. Teraz, jako niespodziewana alternatywa dla folii bąbelkowej nadaje się znakomicie.

Ksiądz Andrzej (pozdrawiam!) włączył w aucie dobrą muzykę, wrzucił wsteczny bieg i przez zasypany śniegiem Bijsk zawiózł mnie na dworzec (i jak mogłem zapomnieć, by zabrać w drogę Phila Collinsa?). I znów zostałem sam na sam z dużym niebieskim pakunkiem, który nie pozwolił mi się pozbyć reisefieberu aż do momentu lądowania w irkuckim hostelu – nieskromnie nazwanego „The Best Hostel in Irkutsk”. Niech im będzie, dopóki niebieska paczka może siedzieć w jego podziemiach i czekać na ostatnią drogę na lotnisko, podczas gdy ja rozglądam się po okolicy wzrokiem hostelowego turysty – wreszcie świeżego i w miarę wypoczętego, choć ciągle po zimowemu nieogolonego. Za to plecy po pociągu bolą tak, jak nigdy na siodełku nie bolały, a miękkie materace irkuckiego hostelu po generalnym jewroremoncie – jak zwany jest w posowieckich krajach porządny remont – nie są w stanie pomóc. Cisną się mi tylko na usta słowa „Siary” Siarzewskiego – te, które powiedział, gdy się obudził obolały w samochodzie na lotniskowym parkingu.

Gdyby nie ta niebieska paczka i jej zawartość, w każdych lepszych (czyli rozpakowanych) okolicznościach będąca kluczem do swobody i możliwości samodzielnego decydowania o obranym kierunku – a teraz będąca źródłem niepewności w potyczkach z wszechmocnymi prowadnikami wagonów – to ta dwudniowa podróż fragmentem kolei transsyberyjskiej biłaby się z przejazdem irańską nadmorską autostradą o niechlubne pierwsze miejsce na liście przeżyć, które minęły prawie niewarte zapamiętania.

Jak ja się cieszę, że nie jechałem pociągiem od samej Moskwy.

W trakcie podróży pociągiem z Bijska do Irkucka, przez zaledwie dwie noce, zalesione pustkowia sięgające dziesiątki kilometrów aż po góry w prawo i arktyczny horyzont w lewo mijają jak w telewizorze, jeśli akurat pociąg jedzie przecinką pozwalającą sięgnąć wzrokiem poza najbliższy rząd sosen, lub uginające się pod własnym ciężarem rachityczne brzozy w podmokłych zagłębieniach terenu.

Wioski tak starodawne, że aż piękne – one też migają za szybą. Dym z kominów, choć w bezwietrzną pogodę leci prosto w górę, z tej perspektywy także przelatuje w zawrotnym jak na rowerowe przyzwyczajenie tempie. Po nim i po wydeptanych w głębokim śniegu śladach łatwiej zimą poznać, kto jeszcze ostał się żywy we wsi. W tych bardziej zagubionych posiołkach zdarza się, że mniej domów jest zamieszkałych, niż opustoszałych. Te ostatnie poznaje się nie tylko po braku dymu, ale i po czarnych oczodołach otwartych okien i nieodmalowanych niebieskich framugach, czerniejących tak samo jak reszta budynku, z każdym latem zapadającego się coraz bardziej w raz topniejącą, raz tężejącą od mrozu ziemię – i tak lato za latem. Stoją takie pustostany czasem w sercu wsi, a czasem grupami gdzieś na jej obrzeżach, ciągnąc się wzdłuż traktu gubiącego się w pobliskim lesie, którego krawędź rozmywa się wokół resztek ostatniego płotu ze zmurszałych desek. Pewnie pełno tam jeżyn, choć teraz wszystko i tak przykrywa śnieg. Ale teraz i to jest za szybą – zza której nie mogę oczywiście sprawdzić, czy te jeżyny tam akurat będą i czy podrą mi spodnie, i czy akurat w tym domu może jednak uda mi się przenocować niezauważonym.

Tamten surowszy i ciekawszy świat za szybą jest dla mnie chwilowo niedostępny, od kiedy musiałem przesiąść się do słynnej kolei transsyberyjskiej. W pociągu – jak to w pociągu – pełno ludzi i życia innego, niż w zawianych śniegiem osadach. Wagony są pełne podróżnych – nie bez powodu musiałem czekać kilka dni, aż znajdą się wolne miejsca w pierwszym składzie do Krasnojarska. Mimo wysokich cen za przejazdy – chętnych nie brakuje. Walczy się o wolne miejsce z rozgadanymi paniami jadącymi z górskiego sanatorium wspaniałego dlatego, że jeździ tam sam prezydent Putinescu. Tak samo, o swoje miejsce, w kasie walczy starszy milczący człowiek, jadący dwa dni na pogrzeb brata. Walczymy wszyscy z wagonem rekrutów, co właśnie odbyli służbę w wojskach desantowych i mieli szczęście, że nie wysłano ich na ochotnika na tzw. „ćwiczenia” przy graniczącym z Ukrainą obwodzie rostowskim. I walczył o swoje miejsce jeden przypadkowy turysta z tajemniczym niebieskim pakunkiem – bo też teraz nie sezon na turystów. I wywalczył najwcześniejszy wolny bilet na wyjazd z Bijska – a wyjazd był i tak dopiero za trzy dni. I za pierwszym razem wcale nie udało mu się kupić biletu do Irkucka, do celu tej kolejowej podróży. Dobrze, że chociaż zdołałem dostać się do głównej rosyjskiej magistrali, w Krasnojarsku dopiero mogłem zacząć pytać o dalsze kroki. I gdyby nie najprzyjaźniejszy w świecie konduktor, który w trakcie planowego wielogodzinnego postoju na dalekiej nowosybirskiej bocznicy zaproponował pomoc i pójście ze mną do kas, nie wiem, czy zdołałbym tak łatwo samemu znaleźć bilet na dalszą podróż, nie zmieniając nawet wagonu. Jak zwykle, bezinteresowna ludzka pomoc jest trudna do przecenienia, a radość z jej otrzymania – trudna do opisania.

Na rosyjskiej kolei wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Chyba jedyna rzecz stworzona ludzką ręką, która w Rosji zrobiła na mnie naprawdę pozytywne wrażenie – to kolej właśnie. Ale smaku przygody to nie miało – poza obowiązkowymi przebojami z rowerem – który, choć z przynależnym mu biletem, a to się okazuje za duży jak na standardowy rower (serio?), albo przeszkadza kobiecie śpiącej w tym samym przedziale, bo leży na półkach pod sufitem jak miecz Damoklesa – choć szanse jego upadku o dwa piętra są zerowe. Po chwili spokoju, gdy wszyscy już poszli spać, oskarżycielskim krzykiem z ciemności zostaję przez tę samą kobietę wywołany do tablicy – krzyczy, że z mojego pakunku woda kapie jej na twarz. Będzie chryja, jak nic. Ale konduktorka idzie mi w sukurs i wyjaśnia jej pobłażliwie, że to tylko para się skrapla na oknie – i że zimą to normalne. Gdzieś w ciemności uśmiecham się do siebie, że choć naburmuszona sąsiadka próbowała wytrwale, to haka na mnie i niebieski bagaż nie znalazła. Irina – przemiła zawiadowczyni wagonu – stoi za mną murem i mruga porozumiewawczo, że jesteśmy nie do ruszenia. I tego się nie spodziewałem.

Tylko wciąż myślę sobie, że w pociągu ze Szczecina do Przemyśla byłoby podobnie. Też by komuś mój rower przeszkadzał – choć bardziej prawdopodobne, że konduktorowi. Byliby normalni ludzie z podobnymi problemami, co wszędzie na świecie. I byłyby podobne przeżycia –  na miarę … jazdy pociągiem.

W ostatnie dni momenty najbardziej warte zapamiętania przydarzały się na dworze – tam, gdzie ten rosyjski bezkres da się poczuć, gdzie mogłem niczym nie ograniczony patrzeć w stronę horyzontu – a i tak miałem problem z dojrzeniem linii ostatnich drzew, bo za nimi zawsze ciągle coś jeszcze było – choć już coś zbyt małego do określenia, ginącego w mroźnej mgle strasznie, strasznie daleko. W czystym mroźnym powietrzu ogrom przestrzeni jest jeszcze większy, jeszcze trudniejszy do ogarnięcia. Nie ma co porównywać widoków zza zaparowanego okna pociągu – choć mogło być gorzej, mogło przecież być utytłane od zewnątrz, i wtedy w ogóle nic bym nie widział.

Dlatego w Rosji – jak tylko jest możliwość – trzeba wyjść z pociągu i oddalić się od trasy kolei na kilka dni. A nie, jak ja przez ostatnie dwa i pół tysiąca kilometrów, zahibernować się w przedziale i przelecieć je na zupkach instant oraz podrabianej gdzieś w Rosji kiełbasie krakowskiej, której z każdym przejechanym kilometrem naturalnie coraz dalej do Krakowa (zresztą i w Bijsku nie grzeszyła smakiem). W celach poznawczych trochę bezcelowa jest ta podróż, tak mi się wydaje – a spojrzenie za siebie i w rzeczywistości, i na mapie, nie daje mi żadnej satysfakcji z pokonanych odległości. Tak, poznałem parę sympatycznych osób – jak każdy, kto by z nimi spędził ten czas na tych wspólnych kilku metrach kwadratowych między przykrótkim łóżkiem i zawsze gorącym samowarem.

W czasie przejazdu z Bijska do Irkucka za oknem było tylko kilka stopni poniżej zera – nie tego się spodziewałem, po dwudziestostopniowych mrozach w Ałtaju. Dałoby się tu jechać rowerem, choć przyjemność już nie ta sama co w przyjaźniejszych porach roku – ale tylko do momentu powrotu potężnego mrozu, kiedy moja ograniczona do trzech dni bez suchego i ciepłego odpoczynku wytrzymałość znów dałaby o sobie znać. To nie mróz sam w sobie jest tu przeszkodą – z tym sobie radzę. Dopiero wielodniowa jazda bez możliwości ogrzania i wysuszenia siebie, urbań oraz jedzenia zaczyna być ponad moje normalne siły. Bo ile można jeść zamrożony chleb z zamrożonym serem – i pić herbatę nie dla jej smaku, a po to by rozmiękczyć te zmrożone (więc i twarde) kawałki jedzenia w ustach? A jeśli ktoś z Was ma patent na oskubanie zamrożonych jajek na twardo – piszcie śmiało! Jak na razie wiem tylko, że wielokrotne rzucanie nimi o drzewo nie daje spodziewanych efektów – poza nieplanowaną rozgrzewką dla rzucającego.

Tak – jazda przez śnieżne pustkowia nie była usłana różami, ale … przynajmniej coś się wtedy działo, nawet jeśli było zimno. Bo było pięknie, gdzie by głowy nie obrócić! A jadąc z zafoliowanym rowerem, samemu będąc zafoliowanym i odizolowanym od otoczenia w wagonie numer 31 pociągu numer 44 relacji Moskwa – Chabarowsk – ściska mnie w żołądku na myśl o tym, ile świata mija mi za oknem bez możliwości jego dotknięcia i zatrzymania się tam, gdzie bym sobie to sam wymyślił.

Dlatego strasznie się cieszę na bliski już wylot do ciepłych krajów i nieuchronne odtajanie z zimowego reżimu podróży. I na to, że po odpakowaniu roweru na lotnisku w Bangkoku, moja niebieska folia rozmiaru dwa na trzy metry znów będzie służyć temu, po co została zabrana.

A te kilka zdjęć poniżej nie jest z pociągu – są z Syberii 🙂

 

2 komentarze

  1. Tyle śniegu, a olimpiade organizowali w Soczi… ciekawe 😉

    • MG, gdzieś mi umknęło, że pisałeś i zaznaczyłeś swoją obecność (jak Pompel). Po paru miesiącach z sentymentem wracam do tamtych tekstów i zdjęć, przy okazji przenoszenia strony na inny serwer 🙂 Doczytałeś kawałek z Wietnamu? Już działa! Pozdro!

Brak możliwości komentowania