Rosja – dziwny kraj

Halo, halo, nadaję z końca świata! – dla mnie to jest koniec świata. Dalej nie da się dojechać, bo są albo góry, albo stukilometrowe jezioro Teleckie, dostępne tylko statkiem, tylko latem. W listopadzie, Pionier Ałtaja stoi już zacumowany do jego brzegu, śniegiem przykryty.

Ależ to surrealistyczne uczucie nie móc jechać dalej przez Ałtaj rowerem nie dlatego, że przede mną stoi jakaś sztuczna granica. Ta jest jak najbardziej prawdziwa, fizyczna. Śnieżna.

W bezkresnej skali Syberii, zaledwie zagłębiłem się w jej skraju. Nawet myśląc tylko o Ałtaju – najwyżej go trochę drasnąłem. I co z tego? – to, co byłoby proste i niewarte wspominania latem, przestaje takim być, gdy zamiast rosy uporczywie powraca szron.

W tej przejściowej, jesienno-zimowej porze, zamiast w przemieszczaniu się pomiędzy kolejnymi punktami syberyjskiej drogi, znalazłem przyjemność w zaszywaniu się w prostych przydrożnych hotelach i opustoszałych ośrodkach wypoczynkowych. Też mi przygoda – mówi głos gdzieś w głowie. A jednak – wreszcie nic mnie już nie goni, czasu mam pod dostatkiem, a i spieszyć już się nie muszę by choć trochę pojeździć po Rosji przed zimą – ona już przyszła.

Tak jak i czas na zaległe wakacje!

Takie też od dawna miałem marzenie – znaleźć miejsce, w którym mógłbym się zatrzymać na dłużej i … posiedzieć bez zastanawiania się, czy to już jest właściwy czas na dalszą drogę. Myślałem, że będzie podobnych okazji więcej. Ale zima goniła mnie od samego początku, nie tylko zacinając śniegiem, zanim na dobre wyjechałem z Brodnicy – więc nie mogłem nigdzie siedzieć bezczynnie i beztrosko, dopóki nie dotarłem aż tutaj. Zimę chciałem spotkać już będąc na Syberii, a nie wjeżdżając do niej – to jest zasadnicza różnica.

Widziałem wiele zdziwionych spojrzeń u napotykanych osób, które mniej więcej od września zadają raz za razem to samo pytanie: „dlaczego nie przyjechałeś tu latem”?

Nie wszędzie mogłem być latem. Tutaj na pewno nie, ale przynajmniej pozostały skrawki jesieni – właściwej pory, by trochę zwolnić i odetchnąć od gonitwy za kolejnym horyzontem. Zima, paradoksalnie, przychodzi mi w sukurs, bo ogranicza możliwości dalszego pedałowania. A o to w tym wszystkim też chodziło – ponieważ po przejechaniu kolejnego kilkudniowego odcinka przez zaśnieżone pagórki, zima lepiej wygląda zza podwójnej szyby drewnianej chatki, z odgłosami trzaskającego w piecu drewna w sąsiednim pokoju. Jak już takie miejsce znajduję, zostaję w nim dłużej niż do niego jechałem. Rzeczy znów muszą podeschnąć, a ja znów muszę się nagrzać i odetchnąć.

I niech to się dzieje w samotności – bo trochę przestałem tu lubić ludzi. Pierwszy raz od … Polski. Podróż rowerem ma to do siebie, że kontakt z ludźmi jest ograniczony – nie jadę autobusem, nie łapię stopa, nie siedzę na przystankach. Spotykam lub mijam tych, którzy z jakiegoś powodu stoją przy drodze. I z tym w Rosji zacząłem mieć pewien problem, i zacząłem świadomie unikać ludzkiego (męskiego) towarzystwa.

Tego, co bez ogródek napiszę w dzienniku czy w listach – tego, co uporczywie wraca w myślach – nie przychodzi mi łatwo przelać na „papier” bloga. Bo ktoś powie, że jestem rusofobem – choć te rzeczy, które tak mnie zaczynają drażnić, mógłbym też spotykać w każdym innym kraju. Tylko, że akurat tu występują na tyle często, że z pojedynczych przypadków zmieniły się w coś, czego się rutynowo spodziewam… Co ja na to mogę poradzić? Co innego w cieple domów, hoteli, restauracji, tam jest normalnie, miło – kobieco.

Problem jest z facetami. Przez te kilka tygodni zdążyłem poczuć, że Rosjanki do rany mogę przykładać – poza służbistką na granicy, świdrującą mnie pytaniami o te wszystkie pieczątki z Ukrainy, oraz okazjonalnie sprzedawczyniami, które w opryskliwości dorównały tym z „Misia” Barei. Lecz problem z paniami jest taki, że to nie na nie wpadam w wioskach, w miasteczkach – chyba, ze zajdę do sklepu. Na ulicy królują mężczyźni. Tacy, od których zacząłem stronić – bo i tylu spojrzeń spode łba, co w Rosji, dawno nie spotkałem. Jest jak w domu. Może to ich mimika – a może coś innego – sprawia, że życzliwych uśmiechów nie zauważam wcale. Że zimno – żadne wyjaśnienie, mi też jest zimno. To te ulotne, złe spojrzenia – bywa że pod wpływem alkoholu – sprawiają, że nie zagrzewam miejsca na świeżym powietrzu w osadach przez dłużej niż absolutne minimum. Spokój ducha odzyskuję dopiero za rogatkami – i tak się dzieje wieś za wsią, miasteczko za miasteczkiem. Podobnie czułem się przez jeden dzień w strefie przygranicznej Górskiego Karabachu – ale tam jest stan pół-wojny, nieufność do obcych bierze się z jakichś zrozumiałych dla mnie powodów. Jeden dzień. A w Rosji – dzień za dniem, chyba że wsi akurat po drodze jest mniej. Czyżby tutaj też był stan permanentnej wojny i zagrożenia ze strony obcych? Hmm.

Nie ześwirowałem. Nie chodzi o to, że bez wylewności i czerwonych dywanów nie mogę się obejść – ale po przejechaniu kilkunastu krajów trudno mi nie zacząć wyczuwać pewnych różnic w życzliwości ludzi tu i tam. Z rzadka przekraczając domowe progi, a obserwując otoczenie z poziomu ulicy, przydrożnego baru, czy stacji benzynowej – nigdzie do tej pory nie czułem się tak nieswojo. Tym spojrzeniom jest najbliżej do złości, jakiejś pretensji. Nie odpowie taki człowiek na pozdrowienie, prędzej sięgnie po telefon i będzie dokądś dzwonić, odprowadzając mnie wzrokiem. Jak już się wejdzie do domu, i obejdzie bez picia wódki lub wchodzenia na politykę, to Rosjanie stają się nagle życzliwi. Na razie poprzestaję na mocniejszym naciskaniu na pedały i odjeżdżaniu za najbliższy zakręt, pod górkę czy też nie – byle znikać im z oczu. *

Dlatego trzeba rozmawiać z kobietami. Choć i one od polityki nie stronią – to samo to, że nie stoją z petem w kącie ust oparte o łopatę ze wzrokiem zbója, wystarcza, by nie wzbudzać strachu. Na wschodzie odnalazłem Dziki Zachód (tylko Indian brakuje) – na zabitych dechami wioskach wetkniętych w lasy, których rozległość już teraz czasem przyprawia o zdumienie – a od głównych dróg i tak się jeszcze nie zacząłem zbytnio oddalać, żeby prawdziwą dzicz zobaczyć. I się już nie oddalę – nie ta pora roku, nie ten środek lokomocji.

Gdyby tu była tylko przyroda – ależ byłoby tu pięknie! Dopóki jestem z dala od osad, mogę cieszyć nią swoje oczy. Im bliżej zabudowań, tym bardziej widoki są zasłonięte plakatami. Można zatęsknić za polskim przydrożnym bałaganem, gdzie obniżki cen w sklepach budowlanych męczą jedynie zmysł estetyki. A tu jest coś jeszcze – rosyjski specjał! Może pamiętacie, jak pisałem o manii plakatowania z paru krajów Centralnej Azji, tych z dobrodusznymi zdjęciami prezydentów. Niegroźnych satrapów, jeżeli jesteś z daleka. Tutaj prezydenta jeszcze nie widziałem – ale jest masa innych plakatów, które zamiast rozbawienia wzbudzają we mnie nieprzyjemne uczucia.

Wojska powietrzno-desantowe – pierwszy plakat. Kawałek dalej – tablica świętująca dzień tychże wojsk – (8 sierpnia – już potrafię z pamięci powiedzieć!). Pułkownik-spadochroniarz też ma swój billboard (w nieśmiertelnej „tielniaszce”, koszulce w biało-błękitne paski i z wąsem amanta z nadmorskiego kurortu), tak jak i spadochroniarz-bohater z Abchazji – jednego z tych wielu miejsc, gdzie Rosjanie na dobre zostali pod przykrywką zaprowadzania pokoju. Przechodzą dreszcze. Czasem trafi się plakat o niewyrzucaniu śmieci do lasów. Ale to tylko na chwilę – kolejny znów będzie z bohaterem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, lub o siedemdziesiątej rocznicy zwycięstwa w tejże wojnie, ozdobionym pomarańczowo-czarnymi wstążkami. Tymi, które w naszej części świata teraz już bardziej kojarzą się z rebeliantami w Donbasie – przez podobieństwo kolorów nazywanych na Ukrainie stonkami. Wstążki te wiszą też w autach na lusterkach, na wycieraczkach. Uwojskowienie wychodzi zewsząd. Kierowcy dopieszczają swe auta nalepkami „T-34”. Razem ze wstążką-stonką na wycieraczce, do pary. Ech, czas uciekać do lasu, albo zaszyć się w jakimś ustronnym miejscu.

I serią szczęśliwych zbiegów okoliczności dotarłem do takiego miejsca nad jeziorem Teleckim – podobno nie mniej pięknym od Bajkału, ale nad tym pierwszym mam okazję posiedzieć tyle, ile chcę. Dwa tygodnie trwała moja podróż z Bijska tutaj, choć po najkrótszej linii dojechałbym tu i w trzy-cztery dni.

Bo trochę kluczę po Ałtaju – nie mogąc i nie chcąc już pchać się w doliny i stepy otwierające się na Mongolię za przełęczą Semeńską – ostatnią przełęczą, do której dotarłem. W otwartych przestrzeniach jest zimniej, gdy mroźny wiatr wieje niczym nie zatrzymywany, potęgując uczucie chłodu. Już to znam, już to przerabiałem. Dotarłszy do przełęczy, od której tenże wiatr zaczyna grać pierwsze skrzypce, szukam noclegu, by się zastanowić nad nowym planem. Zaglądam późnym popołudniem do hotelu w bazie treningowej rosyjskich biathlonistów, mróz trzaska. Ale nie mogę tu przenocować. Dla obcokrajowców – niet. Co z tego, że wiszą instrukcje przeciwpożarowe po angielsku – one „tak tu wiszą”. Był jeszcze jeden hotel, przy samej drodze, normalniejszy – jeszcze nie wszystko stracone!

Z południem Ałtaju poza moim zasięgiem – zwiedzam doliny, które mogę jeszcze bezpiecznie zobaczyć bez zbytniego ryzyka oddalenia się setki kilometrów od kolei transsyberyjskiej. Co nie znaczy, że drogi nie są już białe – są! A to krążenie w pobliżu głównych szlaków ma tę zaletę, że jeśli coś się naprawdę zawali, w trzy dni mogę być z powrotem w Bijsku, u księdza Andrzeja – skąd już ani razu więcej nie pedałując, mógłbym dotrzeć do Irkucka i wsiąść do samolotu, który zabierze mnie do ciepłych krajów.

Nad jeziorem Teleckim – ładnie … Ale dla mnie, największą przygodą i ucztą dla oczu musi pozostać samo dotarcie tutaj – bo żeby je zobaczyć w pełni i móc się w pełni zachwycić, trzeba wypłynąć promem za najbliższy zakręt, znajdujący się trzydzieści kilometrów od wsi. A w listopadzie jest już dawno po sezonie na takie zabawy – nic tu już przecież nie pływa, żadna smażalnia niczego już nie smaży – ale za to jest cisza, przerywana stukaniem młotków w posezonowych remontach. A na wszystkim całun ze śniegu, puchnący każdej nocy. Bajka – nawet jeśli większość jeziora pozostaje poza moim zasięgiem.

I droga do niego, w poprzek linii pagórków oddzielających mnie teraz od leżącej bardziej na zachód doliny rzeki Katuń – była przeżyciem samym w sobie. Z Czujskiego Traktu, jak na jedną z głównych dróg do Mongolii zaskakująco pozbawionym podróżnych stamtąd, znów zjechałem w drogę lokalną. Znów musiałem planować zakupy z wyprzedzeniem, tak rozkładając jazdę, by pod koniec trzeciego dnia od startu z ostatniego ciepłego noclegu móc wreszcie otrzepać szron z twarzy i nacieszyć się budzącym się do życia domkiem, który miał pozostać w hibernacji pewnie i do wiosny. A dzięki księdzu z Bijska miałem ten spokój umysłu – że cokolwiek będzie się po drodze działo, na jej końcu czekają suche cztery kąty. Bezcenne uczucie. „Jak chcesz, mamy tam domek – zaraz znajdę klucze” – rzekł ksiądz Andrzej, ku mojej niezmiernej uciesze.

Miało wielki urok kilka biwaków po drodze, z pobudką zaczynającą się od ostukania tropiku z lodu od wewnątrz i śniegu na zewnątrz, tak by po jego otwarciu nic nie naleciało do środka. Ale pewnie będzie miało urok jeszcze większy, jak będę do tego za kilka tygodni wracać we wspomnieniach – bo jak na razie, codziennie rano zaczynałem ten sam wyścig z czasem, w dnie które nie pozostawiają go wiele wolnego do kontemplacji. Dzień już jest krótki, a poranne wyjazdy mocno się wydłużają, gdy wszystko muszę robić nie wychodząc ze śpiwora – który, niestety, już zaczął powoli przegrywać z poranną mroźną wilgocią. Czasu na samą jazdę zostaje znacznie mniej niż latem, a nie mogę go pożytkować energiczniej, bo raz przegrzane i przepocone ubranie takim pozostanie do następnego noclegu w jakimś ogrzewanym budynku. I sama wielogodzinna jazda po lodzie to nowa sztuka, jakże odmienna od tej dotychczas mi znanej. Żadnych gwałtownych ruchów, hamowania, no i to wyszukiwanie szorstkich łat pośród wyślizganego lodu czy podjeżdżanie pod górki lewą stroną drogi, która zawsze jest mniej przeorana buksującymi kołami samochodów. Tyle nagle ograniczeń się pojawiło, o których kiedyś słyszałem – ale nie myślałem, że aż tak będą mi tu bruździć.

Kilka dni brnięcia przez ośnieżone pagórki i zmrożone lasy wystarczyło, bym miał z tego satysfakcję, a nie zaczął podupadać na duchu. Ważne, że miałem przed oczami cel: dojechać do jeziora – i dojechałem. Znajduję właściwą ulicę i dom. Przepycham furtkę przez śnieżną zaspę, i brodząc w śniegu sięgającym na razie tylko do kolan, staję na drewnianym ganku. Zamek w drzwiach zaskakuje od razu.

I teraz, zamiast gonić przed siebie, stwarzam pozory normalnego życia. Budzę się i rozpalam w piecu starymi deskami, które porąbałem poprzedniego popołudnia. Sprawdzam, czy w nocy dopadało świeżego śniegu, którym napycham dużą beczkę, by wieczorem mieć się w czym umyć i mieć z czego robić herbatę (zajęło mi trzy dni odnalezienie kranu z wodą na ulicy). Czas na termos i książkę, zamiast zakrętów i zjazdów – z tych i tak jest teraz niewielka przyjemność, gdy trzeba uważać, by się na nich nie wygrzmocić. Czas na przygotowanie garnka ugotowanych ziemniaków, bym miał co odsmażać przez kilka dni i nie musiał wychodzić do sklepu przez skądinąd uroczą wioskę.

Byle nie wpaść na jakiegoś pijaka, albo kogoś z sowieckim poczuciem obywatelskiego obowiązku. Takie mam odczucie w Rosji – dopóki jest natura, jest dobrze. Wjeżdżam do wsi, do miasteczka, i odruchowo chowam aparat, bo znów komuś się nie spodoba, że robię zdjęcia. Takie na przykład tory kolejowe – już się raz pewien gość na rowerze zatrzymał i groził telefonem na milicję, bo zardzewiałym torom zdjęć robić nie można. Groził. Cieszyłem się, że rower był z tej samej epoki, co i delikwent nim jadący – więc wzruszyłem ramionami i odjechałem, zanim on zdążył się na dobre rozgrzać. Ech, Rosja.  Nie szukam na siłę takich sytuacji, by Wam potem napisać, jaki to dziwny kraj – one niestety przychodziły same.

* Kilka dni po napisaniu tych słów wróciłem po wielu latach do „Imperium” Kapuścińskiego. I zdumiało mnie, gdy przeczytałem jego podobne obserwacje z Rosji lat 50-tych – na przykład, że „(…) cudzoziemiec budzi mieszane uczucia. Więc budzi uczucie ciekawości (to należy stłumić!), uczucie zazdrości (cudzoziemcowi zawsze lepiej, wystarczy spojrzeć, jak jest dobrze ubrany), ale przede wszystkim wywołuje uczucie lęku. (…)”. I wiele innych, które wciąż zdają się być zadzwiająco aktualne.

8 komentarzy

  1. Szacunek przyjacielu, niezła szkoła przetrwania. Bear Grylls może się schować. Trochę Ci zazdroszę tego ‚zaszycia’ się w dziczy, ale niełatwo było na to zapracować 😉 A przenikliwy cytat z Kapuścińskiego niesamowicie wkomponowywuje się w Twoje obserwacje 😉

    Pzdr

    • Dzięki, stary. Jest trochę jak w Zachełmiu nawet, choć tam widok z okna był lepszy! Eej, Bear G musi szybko to wszystko załatwiać, to żadna sztuka – nawet nie zdąży zmarznąć w takim tempie :). I to nieprawda, że na koniec dnia zawsze będzie linia kolejowa z pociągiem, na który można wskoczyć. A „Kapusta” tutaj smakuje bardzo osobliwie. Trzymaj się !

  2. Czekam na długą prezentacje ze slajdami po powrocie! nie wiem, czy masz kamerę, ale mógłbyś niezły film tam nakręcic 🙂

    • Z tremy przed prezentacjami będę się ociągał z powrotem, i wrócę nie do W-wy, a na Podlasie i się schowam! A wiesz, zbiegiem okoliczności akurat wczoraj siadłem wreszcie do przeglądania filmów – i głowy nie urywają. Nie mam do tego serca albo ręki – a najgorzej, że jak chcę robić i filmy i zdjęcia, to nie mam czasu na patrzenie, bo wtedy trzeba myśleć kadrami. Więc z czegoś często rezygnowałem – domyśl się, z czego :). Ale coś tam powoli wykluwam. Pozdrowienia, stary.

  3. Panie Hubercie Pana relacje z wyprawy przeczytalam pod wielkim wrażeniem wspaniałe zdjecia no…..zjechał pan już kawałek drogi Powodzenia szerokiej drogi do celu

    • Witam Panią – i dziękuję za ciepłe słowa! Tylko uparcie nie mogę dobić do 10000 km tutaj, zima w tym przeszkadza. Musi poczekać do ciepłych krajów 🙂 Pozdrawiam!

  4. Hello, Hubert.

    I’m Chema, from Spain. I met you in Nagorno-Karabaj in june, while you were leaving Shusha and I was approaching the city (or better said the remains of it) with my fully loaded bike.

    As you may suppose I don’t understand a word in polish, but it doesn’t matter: it’s cristal clear that you keep on going anywhere… Maybe China, maybe yourself.

    I big, big hush from sunny Valencia. I wish I were you, Hubert.

    • Hey Chema!
      Sure I remember! – like I said months ago (under your photo here: http://kierunek-wschod.com/w-nieistniejacym-kraju/), sometimes there are people that I meet on the road that I wish were going in the same direction (that’s what I meant, more or less).

      Shusha wasn’t so great, right? But the views (and mortar shelling opportunities upon Stepanakert) – much better.

      I do keep on moving indeed, having just finished my cycling part in Siberia – time to move on to the warmer climate of S-E Asia. I’m afraid it won’t be any more spectacular than what I’ve seen so far, but… the verdict is still out there!

      Hush taken with a big smile on my face – really. It’s good to hear back from you. Take care and see you somewhere down the road 🙂

Brak możliwości komentowania