Przybycie Trolla

Zadzwonił domofon, na ekranie zobaczyłem kontur twarzy w czapce i szary kanciasty kształt, który nie mieścił się w kadrze. „Może pomóc?” – zapytałem, ale w odpowiedzi usłyszałem tylko – „Czwarte piętro, tak?”. Tak – czwarte! Chwilę później odhaczyłem swoje nazwisko w odpowiednim miejscu formularza i nożem zacząłem odpakowywać kolejną przesyłkę, która doszła w ciągu ostatnich miesięcy – na pewno najważniejszą ze wszystkich, które do tej pory przyszły.

Troll ma 22 cale wysokości, 26 cali średnicy kół, kolor Steve’s Pants (serio, tak się nazywa…), i jakby w celu upewnienia mnie co do zasadności tego wyboru, jedne z dwóch słów napisanych na ramie brzmi „surly”. Czyli – „jasne, jedziemy razem”. Mam mu zaufać i pozwolić się zawieźć za horyzont.

Tak wyglądało przybycie mojego Trolla z Poznania. Było poprzedzone ponad dwudziestoma mailami pisanymi od października do końca stycznia, kilkukrotnymi zmianami koncepcji i uciążliwymi pytaniami, od których ekipie z One More Bike oczy pewnie przewracały się w te i we wte kilka razy. Nie jestem pewien, czy to dobrze, że efekt ich pracy wygląda mało ponętnie – ale sam sobie zażyczyłem takich, a nie innych rozwiązań, gdzie wytrzymałość i przygotowanie pod konkretne warunki wzięły górę nad urodą. Nowa maszyna miała być super wytrzymała, a to że wygląda jakbym odkurzył swój rower komunijny, do którego wreszcie wystarczająco urosłem, w warunkach polowych będzie tylko plusem.

Z ciekawostek – dla zainteresowanych – większość części przyszła z kierunku wschodniego. To znaczy, że można mi zarzucić, że będę wiózł drewno do lasu.

  • Rama jest zespawana ze stali, posiada milion gwintów do mocowania każdego znanego bagażnika rowerowego i waży trochę więcej, niż to do czego byłem przyzwyczajony. Na Trollach ludzie objeżdżają najdziksze drogi świata i dobrze się przy tym bawią samą jazdą, więc liczę na to samo. Po Trollu podobno nie wraca się na stary rower. Według naklejek, rama była zrobiona na Tajwanie, choć firma jest ze Stanów, co może oznaczać, że już zrobiła podróż dookoła świata i wyprzedziła mnie o ładnych parę lat. Jeszcze jedno… Problem z dopasowaniem ramy pode mnie był taki, że nigdzie nie dało się jej przymierzyć, więc jedyne co pozostało to dokładne wymierzenie starego roweru i porównanie do dostępnych rozmiarów. W wyborze nie pomagało też to, że mój dotychczasowy rower wpasował się dokładnie pomiędzy dwie z możliwych wielkości Trolla – trzeba więc było zaryzykować. Wybrałem ciut większą od dotychczasowej, a różnice na szczęście wyszły tak, jak z grubsza przewidziałem. Przynajmniej mam teraz więcej pewności, że nie będę ocierać piętami o sakwy.
  • Wbrew motto tej wyprawy, bagażniki i opony przyszły z jedynego słusznego kierunku … czyli, niestety, z Zachodu. Mają się nie łamać, nie pękać, nie dać dziurawić, co ma być usprawiedliwieniem dla ich nikłej wagi i finezyjnej stylistyki. Czerń rządzi – pasowałyby do każdego równie finezyjnego Golfa III, gdyby tylko był rowerem. Mam nadzieję, że będą naprawdę solidne, a nie tylko „podobno”. Podobnie jak Golf mają rzeszę wielbicieli, którzy nie dopuszczają do siebie plotek o tym, że są przereklamowane.
  • Pozostałe części dobrałem pod kątem prostoty napraw oraz solidności, i nie zawsze udało się dobrać wszystko z (teoretycznie) najwyższej półki – co najwyżej z solidnej średniej. Ciekawym przykładem są ośka suportu i korba, którą można było na nią zamontować. Po dwuletnich doświadczeniach z nowoczesnymi systemami Hollowtech i ich wytrzymałością w zestawieniu z wodą i moimi wszystkopsującymi rękoma, jedynym co mogło być użyte była tradycyjna oś„na kwadrat”. W teorii dużo solidniejsza od łożysk zewnętrznych, w każdym razie ja na to liczę. Do niej wymyśliłem korbę o małych tarczach (największa z nich o 42 zębach), by móc używać dużej tarczy nie tylko podczas zjazdów w dół. I okazało się, że Shimano swoich najlepszych korb już dawno nie robi w systemie „na kwadrat”, pozostawiając do wyboru rasowe Alivio z plastikową osłonką, dzięki której dżinsy nie wkręcają się w łańcuch, a rowerzysta w japonkach nie pobrudzi sobie o niego kostki. Średnio to wyczynowe, ale pancerne. Kiedyś taką korbę już chyba miałem, w gimnazjum… Ponieważ ta plastikowa osłona razem z kolorem ramy odbierała zdecydowanie zbyt dużo z zadziornego wyglądu roweru (a ja dżinsów i japonek w drogę i tak nie będę brać), musiała wylądować w szufladzie. Teraz jest już pełen wizualny profesjonalizm, bez osłonek i plastikowych groszków na szprychy. Pozostaje więc poszukać w sąsiedniej szufladzie starych kąpielówek w kolorze Steven’s Pants, i ruszać w drogę!

Panu Wojtkowi z One More Bike z Poznania dziękuję za cierpliwość i za cukierka dodanego do rachunku – wiadomo, za co złapałem najpierw!

IMG_0626

IMG_0627 IMG_0629 IMG_0633 IMG_0634 IMG_0640 IMG_0635

5 komentarzy

  1. Aaa!!! Czy to cukierek Dumle?:) sto lat ich nie widziałam!!:) a tak serio, to kolor iście fantazyjny….Gacie Stiwa rządzą!!!

    • W Poznaniu je jeszcze mają, widać 🙂 Dziś pomalowałem srebrne akcesoria i śrubki na czarno, niektóre rzeczy oblepiłem czarną taśmą, jest trochę groźniej, nawet pomimo kąpielówek.

  2. Na stronie one more bike nie ma już Trolli w kolorze Steve’s pants, zamiast tego jest nudna czerń, którą nie pogardziłby żaden fan golfa 😛

  3. Swietny blog. Naprawde masz smykalke do pisania:)

Brak możliwości komentowania