Uzbekistan w wersji light – tadżycki Khatlon

Gdy masz miesiąc na podróż rowerem w Tadżykistanie – jedziesz do Pamiru. Może nawet czasu na styk wystarczy. Ale co zrobić, jak masz szczęście – i trafia Ci się drugi miesiąc, a nie chcesz całego spędzić w tym nużącym, oklepanym Pamirze? A jeśli jeszcze na dodatek, z perwersyjną przyjemnością, wspominasz zapasy z Uzbekistanem i masz ochotę poczuć to jeszcze jeden raz, tylko bez całego żmudnego i drogiego ceremoniału dopraszania się o uzbecką wizę? Co robić wtedy?

Jeśli spełniasz te powszechnie spotykane wśród ludzi warunki – możesz pojechać do Khatlonu, w Tadżykistanie – i przeżyć to wszystko w wersji tylko trochę bardziej light!

Jest bardzo duszno, gorąco. Jak o pogodę chodzi, koniec lipca w Tadżykistanie może znaczyć wiele różnych rzeczy, ale tylko jedno oznacza w okolicy Duszanbe. Jestem gotów uwierzyć, że to miasto ma z duchotą coś wspólnego wypisanego już w nazwie, choć tak akurat może tylko po polsku się kojarzy. Taki Niemiec, na przykład, będzie się pewnie w Dushanbe chciał wykąpać.

To nie jest podróż po tym samym Tadżykistanie, co w Pamirze, targanym wichrami i zalanym słońcem przez czyste na górskich wysokościach niebo. To jest tego rodzaju miejsce, w którym dobrze jest móc sobie wyobrazić pokonywanie przestrzeni siedząc w chłodzie samochodu, fantazjując o pokonywaniu mijających pagórków o własnych siłach, ale mając w zasięgu ręki termos z zimną wodą i suwak do regulacji nawiewu klimatyzacji. W razie, gdyby fantazja człowieka zanadto poniosła.

Khatlon nie jest równie fotogeniczny i fascynujący, co główny cel większości podróży do Tadżykistanu. Ani to wysokie, ani chłodne, ani księżycowe w pozytywnym słowa znaczeniu. Filmy z Khatlonu prawie zawsze pokazują to miejsce wiosną, ze zboczami gór przykrytymi zielenią drzew, niebieskimi rzekami płynącymi pełnymi wody korytami. Do lata, niewiele z tego zostaje. A ja jak zwykle docieram tam nie wtedy, kiedy należy – więc zieleń zdążyła już wypłowieć na wszystkim, poza tłustymi, błyszczącymi liśćmi drzew pistacjowych. Z kolorowych osłonek ich owoców zostały sterty wysuszonych łupinek na każdym przystanku autobusowym. A zielone, trawopodobne kobierce z bliska tracą urok i nabierają nieprzytulnych kolców. Rzek w górach już nie ma, i niebo znów przez większość czasu jest zapylone. W tym świetle dnia trudno zrobić niezłe zdjęcie bez późniejszej zabawy z filtrami, bez nich wszystko zdaje się być nienaturalnie zakurzone. A nie jest – to tylko taka aura.

Gdy na pamirskiej wyżynie wciąż jest przyjemnie chłodno, z każdym dniem, w miarę zbliżania się do nizin na zachodzie Tadżykistanu, robi się coraz duszniej. Gdy pokonuję dolinę Pandżu, jest już tak samo gorąca, co poprzedniego lata, a pył spod kół pędzących terenówek równie nieznośny. W najgorsze w tej podróży wpadam jednak w najmniej spodziewanych okolicznościach – zamiast niespiesznym tempem spokojnie trawić niedogodności surowej górskiej krainy z pozycji siodełka, dostaję samochodowego przyspieszenia. I ten upał, bez podmuchu powietrza, dopiero wtedy staje się nie do zniesienia.

Po kilku dniach od wyjazdu z pamirskiego Chorogu, dogania mnie bowiem terenówką koleżanka, pędząca nią do Duszanbe na wylot z wykładami o (nie)izolacji powszechnie uznawanego za odizolowany od Świata Wachanu. Po kilkunastu podobnych przejazdach w roli pasażerki w zawsze przeładowanych taksówkach, tym razem chciała pokonać tę trasę samemu, bardziej ufając swojemu wyremontowanemu autu. Terenowa Toyota z oryginałem ma już coraz mniej wspólnego, jej wnętrzności są już dawno w kirgiski sposób chałupniczo wymienione. Mówi mi, że większości z tych aut nie ma jak, ani za co w tych trudnych warunkach dobrze remontować, bo z racji coraz większej podaży taksówkarzy kursujących między Pamirem i Duszanbe – wynikającej z braku innych dostępnych zajęć – oraz niezamożnego społeczeństwa, ceny przejazdów nie mogą wzrastać. Urwane koła i zawieszenia to norma, którą codziennie widzę sam z siodełka. Nam nic takiego się nie przydarzyło, ale w tym konkretnym aucie i tak był jeden, fundamentalny, problem. Sprężarkę klimatyzacji mechanik z Murgabu odłączył, by w jej miejsce zamontować kompresor do pompowania opon. Który i tak nie działa. Co woła o pomstę do nieba, gdy żadne koło nie wymaga naprawy, a dookoła panoszy się coraz bardziej natarczywy, przekraczający już czterdzieści stopni, upał. A okien lepiej w zapylonym świecie drogi pamirskiej nie otwierać. W mojej drodze miałem wiele ciężkich przepraw, ale w życiu bym się nie spodziewał, że najbardziej wycieńczony będę po dwunastu godzinach w samochodzie. Czego się nie robi dla towarzystwa?…

Do Duszanbe dojechalibyśmy jeszcze później, gdyby nie to, że udajemy półgłówków, turystów nie mówiących ani słowa w językach proponowanych nam przez milicjantów. Sprawa jest prosta – rowerem mogę sobie z nimi dyskutować ile zechcę, zwykle zresztą jestem dla nich ciekawym i niegroźnym osobnikiem – ale jadąc autem, pewne już jest, że przydrożne władze będą szukały dziur w całym, a w szczególności – w dokumentach. Mimo tego, że za każdym razem wiemy, o co nas pytają, gramy swoją grę, co wygląda jeszcze komiczniej, gdy w miejscu tak patriarchalnym jak Tadżykistan, za kierownicą naszej kolubryny siedzi niedająca sobie w kaszę dmuchać drobna dziewczyna o aparycji Małej Mi. Rowerem zaliczałbym może jeden przegląd dokumentów dziennie, autem było ich chyba z siedem. Spędzać na każdym z nich minut pięć lub dwadzieścia pięć zaczyna mieć więc znaczenie.

Dosłownie i w przenośni, goręcej robi się, gdy wjeżdżamy do Khatlonu – prowincji Tadżykistanu, jakże innej od wysokich pamirskich gór, w której wojna domowa z lat dziewięćdziesiątych zbierała znacznie krwawsze żniwo. Tutaj granica jest bardziej zmilitaryzowana, a przy okazji rozorana przez mozolnie postępującą budowę nowej drogi. Spirale kurzu wzbudzane przez ruch osiągają tu swoje apogeum, wolę nie myśleć, co znoszą ludzie, mieszkający przy samej drodze. Zamiast milicjantów, wrogo patrzący żołnierze zabierają się do wertowania papierów samochodu, wyczekując jakiejś propozycji z naszej strony, w zamian za przepuszczenie nas przez szlaban. Znaleźli nieistniejące dziury w dokumentach przeglądu technicznego – przy których Polska fikcja stacji kontroli pojazdów jest niczym – i tylko nerwy Carolin, wciąż udającej, że nie wie o co chodzi, pozwalają nam wytrzymać do wyczekiwanego machnięcia ręką. Możemy jechać. Kończy się też postawiona w środku niczego znakomita turecka autostrada, wijąca się jak nie z tej ziemi od stanowiącego symboliczny początek drogi pamirskiej Khalaikhum. Od tej arcysilnie strzeżonej przełęczy zaczyna się nasz zjazd do gorących ziem Khatlonu. Poza pasmem niezbyt wysokich w pamirskim kontekście, pylistych gór, nic nie oddziela tych stron od uzbeckiego Termezu – którego nazwa, podobno nieprzypadkowo, podejrzanie bliska jest termosowi – i w którym notowano jedne z najwyższych temperatury w całej Azji Centralnej. Obiecująco!

Zanim dojedziemy wykończeni z konieczności zamkniętymi oknami, przy niedziałającej klimatyzacji i niedającej się wyłączyć nagrzewnicy, ugruntowuje się we mnie plan na późniejszy powrót tutaj rowerem – i tak miałem tamtędy jechać, gdyby nie podwózka Carolin. Choć to nie jest godne podróżnika, cieszę się, że ominąłem kilkadziesiąt kilometrów drogi jak z poligonu, którą z trudem wytrzymuje nawet Toyota Land Cruiser. Drugą alternatywą były góry na północ od Duszanbe – ale będąc w Azji Centralnej, perspektywa zielonkawych dolin, w których na upartego można doszukiwać się podobieństw do alpejskich i co niektórych kirgiskich dolin, nie działała na wyobraźnię równie mocno, jak suche, jałowe, żółte i zakurzone połacie spalonej słońcem trawy w tym Tadżykistanie, do którego się normalnie nie jeździ, bo do Pamiru tamtędy wcale nie jest tak bardzo po drodze. Tyle mi wystarczy, by mieć ochotę tam zajrzeć, choć do diaska, dobrze już wiem, z czym to trzeba będzie jeść.

Bo w niedalekim Uzbekistanie było właściwie tak samo, tylko od tamtego nie można było uciec – a do Khatlonu chyba jedzie się wyłącznie na ochotnika. Przypominam sobie co bardziej soczyste uzbeckie wspomnienia, jadąc już wreszcie pustą autostradą w kierunku przejścia granicznego za wielką hutą aluminium w Tursunzodzie, jednym z moich ulubionych miasteczek w tym krańcu świata, mimo przemysłowego sowieckiego spadku. Tursunzoda bowiem, nie szczycąc się tym (a może powinna?) – może się pochwalić najprawdziwszym lasem, nawadnianym mulistą wodą przez prawdopodobnie jedynych leśników w Tadżykistanie, płynącą ze zboczy wyrastających na północy gór, których szczyty – tak teraz, jak i poprzednio – pozostały niewidoczne w żółtej, pylistej mgle. Jak o te góry chodzi – trzeci raz tu chyba nie przyjadę, licząc na ich zobaczenie. Za to do lasu, który nawet na Żuławach nie zrobiłby wielkiego wrażenia, jedziemy z koleżankami jak pielgrzymi, nie mogący się doczekać jakże zapomnianego uczucia stawiania namiotów na miękkiej trawie. Nieistotne, że zza krzaków wyglądają dymiące kominy huty. Dwa miesiące na bezrybiu z tego zagajnika zrobiły porządną rybę.

Odprowadzam dziewczyny pod samą granicę z Uzbekistanem, i dopiero stamtąd chcę przebrnąć przez góry w stronę Khatlonu właśnie, pchając się w niewinnie na mapach wyglądające górskie przejścia gdzieś niedaleko granicy. A wszystko wychodzi trochę inaczej. Jestem zmuszony wrócić do Duszanbe, by paść tam jak mucha na kolejne trzy dni, gdyż ten jeden raz nie oparłem się pokusie wypicia wody prosto ze studni, skoro mężczyzna, który mi ją zaoferował, sam to przecież też zrobił. Zanim do niego dojechałem i skorzystałem z gościnności cienia, winogron (te akurat kupiłem) i wody, próbowałem przebić się przez żółte południowe góry. Niestety, wszyscy spotkani ludzie zawracali mnie z drogi i kazali jechać z powrotem do Duszanbe, z takim zdziwieniem, jakby nikt tam wcześniej nie jechał rowerem. A może jestem zbyt blisko drażliwej granicy ze z wzajemnością nielubianym sąsiednim krajem, i ci ludzie wyświadczyli mi przysługę, może właśnie uniknąłem podejrzeń o szpiegowanie? Licho wie. W końcu poddałem się wszystkim tym głosom milicjantów, sprzedawców warzyw, rolników – i na tarczy wróciłem przez stolicę na jedyną pozostałą możliwość – na główną drogę na południe, tym razem zdecydowanie mniej odludną od tego, co sobie uprzednio wymyśliłem.

Z dni w Khatlonie wyłania się jedna z najgorszych, ale i najbardziej fascynujących części tej podróży. Podobna do tych kilku paskudnych dni w Laosie, gdy w deszczu i o pustym żołądku przez trzy doby przebijałem się w stronę wietnamskiej granicy – gdy jedyne stworzenia, którym było tam dobrze, to prosięta stłoczone przy matce w błocie przydrożnej zagrody. Tak wtedy, jak i teraz, czuję, że jest to ponad moje siły, wycieńczony organizm nie pozwala pozbyć się myśli, że trzeba stąd wiać i dać się komuś podwieźć do hostelu i przeleżeć pozostały czas do dalszej drogi. Ale myśl, że utknę w Duszanbe z tłumem innych osób, chorujących prawdopodobnie na to samo, jest jeszcze gorsza. Jak mieć strajk żołądka, to niech on chociaż będzie w miejscu, gdzie nikt inny się w tym czasie nie kręci. Do tej pory mdli mnie na myśl o piciu ciepłej, niegaszącej pragnienia wody, a ze wstrętu do zazwyczaj podtrzymującej mnie w formie tygodniami, jedynej słusznej kaszy gryczanej, wyleczyłem się dopiero po powrocie do Polski. Za jedzenie w Khatlonie musiało mi wystarczać pół porcji kaszy z keczupem rano, pół wieczorem, więcej nie mogłem w siebie wcisnąć. Snickersów od tej pory też nie mogę oglądać, a najmilszą rzeczą, którą z tych dni pamiętam, to odkręcanie termosu zalanego zimną wodą, która smakowała tak dobrze, jak nigdy dotąd. Że też na to nie wpadłem rok wcześniej.

Ale – jak to czasem dziwnie się po czasie okazuje – znów myślę, że dla tego dotarcia do granic własnych możliwości, warto było się wybrać tam, gdzie najprzyjemniej jest właściwie dopiero oglądając zdjęcia po dłuższym czasie!

Nie miałem mapy z poziomicami, więc nigdy do końca nie wiedziałem też, ile zakrętów za najbliższym czekało – zazwyczaj zbyt wiele. A najgorsze obawy, że zamiast znaleźć jakiś dogodny przesmyk na przełęczy, droga będzie przecinać widoczną, a niebotyczną grań, zwykle też się sprawdzały.

Nigdy też nie wiedziałem na pewno, gdzie znajdzie się najbliższa woda, która przeciekała mi przez palce znacznie szybciej, niż bym tego chciał, gdy po raz pierwszy od ponad roku zajrzało mi w oczy porządne odwodnienie (przyjmując, że oczy są w jelitach).

Nie ja jeden mam problem z wodą. Na wysokiej przełęczy oddzielającej duszne równiny wokół Kurgonteppy od lasów pistacjowych gdzieś na północny wschód od niej, sam ledwo zipiąc, spotykam trójkę chłopców pasących stado kóz, które są chyba jedynymi stworzeniami, które nie wyglądają na zmizerowane w tym jałowym krajobrazie. Jednoznacznym gestem dłoni pytają, czy mam jakąś wodę – a ja nie mam nic, czym mógłbym się z nimi podzielić. Pozostało mi pół termosu wody, wijąca się dalej w górę i dół droga, oraz jeszcze przynajmniej piętnaście kilometrów do najbliższej wsi – chyba, że wrócę tam, skąd przyjechałem, w krainę zalanych mulistą wodą pól bawełnianych, w pobliżu których, w zatęchłym od wilgoci powietrzu – przy moim obecnym odruchu wymiotnym na wszystko, co ma jakikolwiek zapach – nie mam zamiaru po raz kolejny spać w namiocie. Gdyż mdlący zapach pola bawełny w ciepłym, czterdziestostopniowym wieczornym powietrzu – to sprawa nie dla mięczaków, a ja właśnie przechodzę etap mięczaka, dobijam do dna, jak o samopoczucie chodzi. Nie przepoczwarzyłem się w ludzką postać jeszcze kilka następnych dni. Chłopcom szczerze współczułem, szansa w tym tylko, że jak to często ludzie robią, machali do kierowców przejeżdżających aut, którzy się nad nimi bardziej mogą litować.

Całe szczęście, za tym garbem góry została duchota doliny płynącego z potężną siłą Wachszu (most na nim aż wibrował pod samym tylko naporem wody). Po jej drugiej stronie pozostał już jedynie upał, który bez dodatku wody jest trochę łatwiejszy do przełknięcia. W końcu mijam i wsie, w środku wielkiej, spalonej słońcem doliny, której jedynym dominującym elementem krajobrazu jest rżysko, po którym zawsze w jakiejś oddali przemykają stada owiec i kóz – i pasterze na osiołkach. Choć rozbijam namiot na pustkowiu, schowany gdzieś między łysymi pagórkami, to mimo wszystko ktoś mnie na osiołku zawsze zdołał znaleźć i odwiedzić.

I siedząc na tym wypalonym rżysku, mając wysłużony kirgiski dywanik za jedyną miękkość pod pupą podczas wieczornego preparowania garści kaszy z keczupem – ostatnie, czego się się spodziewałem, to deszcz. A tymczasem, w nocy ze snu wybudza mnie ryk wiatru, a z bezchmurnego, zapylonego nieba, niespodziewanie zeszła burza z ulewą i wichrem wyrywającym śledzie, po których rano, poza dusznym powietrzem od którego miałem nadzieję uciec, nie było śladów. No to mnie Khatlon zaskoczył ostatnią rzeczą, której się tam oprócz śnieżycy i najazdu kosmitów spodziewałem.

Ale i bez niespodziewanych ulew Khatlon jest dziwnym miejscem. Po wojnie nie ma widocznych śladów, ale tutaj podobno działo się największe piekło. W Pamirze wydawało mi się, że mające maskować biedę i stagnację fałszywe szklane fasady budynków rządowych i pobielane przy okazjach wizyt dostojników krawężniki i drzewa, doszły do poziomów absurdu, kończąc się tam, dokąd dojedzie Prezydent. Ale dopiero w Khatlonie widzę, co znaczy być miejscem pochodzenia klanu rządzącego krajem – byle dziura z drugiego końca mapy nie może się z tym równać. W Khatlonie nikt się nie fatyguje, by doklejać lustrzane ściany do chruszczowek. W Khatlonie stawiają prawdziwe szkło, czasem nawet w kształcie melona.

Oczywiście, nie wszędzie jest z tymi zdobieniami idealnie. Przez Kurgonteppę, jedno z większych miast, od dworca do centrum biegnie potiomkinowska ulica, którą też musiał niedawno przemykać prezydent. Dla takiej osoby, jadącej za firankami i przyciemnianymi szybami, i podobno coraz bardziej oderwanej od rzeczywistości przez dworskie otoczenie, musiało wystarczyć pomalowanie fasad budynków farbą w jednolitym kolorze, okno, mur czy dziura w nim – nieistotne. O prawie prawdziwych domach ze szkła – na razie zapomnij. Takie rzeczy chwilowo tylko w Kulabie, innym miasteczku w tym regionie, z którego pochodzi sam Prezydent – w związku z czym tylko Kulab zasłużył na więcej „archi-tektury”. Malowana fuszerka z Kurgonteppy zaś w pędzącej kawalkadzie i tak się pewnie zlewa w oddalony, przyciemniony, dostatni obraz – wystarczający, dla okazjonalnego przejazdu prezydenckiej kawalkady.

Takie ulice i wiszące na każdym kroku plakaty obrazujące dostatnie tadżyckie życie, przestawiające z dumą na nowo otwartą linię kolejową biegnącą przez przełęcze Khatlonu, wywierają przedziwne wrażenie – gdy jadę wzdłuż tych torów, zrobionych tak, że nie powstydziłoby się ich żadne dostatnie państwo – ale nic chyba nimi nie jeździ, żaden pociąg mnie nie mija w przeciągu dwóch dni. Na plakatach lokomotywa przejeżdża z flagami narodowymi na przedzie, w rzeczywistości tory od tego nieużywania już są pokryte rdzawym nalotem, a kobiety i dzieci mieszkający przy odświeżonym, pobielonym – acz bezużytecznym, domku dróżnika, muszą chodzić po kilka kilometrów z taczkami i osłami obładowanymi żółtymi kanistrami, by nabrać wody z ewidentnie jedynej pozostałej w tym suchym krajobrazie studni. Tutaj raczej nie było czerwonej wstążki do przecinania przy fleszach.

Czas tu zwolnił, gdy kołchozy zamknęły swoje podwoje, a wrażenie tego zatrzymania się w czasie potęgują kolory krajobrazu – w Khatlonie i jego dziwnym słońcu wszystko wygląda jak ze starych, sowieckich pocztówek. Nie zmieniają tego ani nowe tory, ani szklane fasady banków, ani zaklinanie rzeczywistości z propagandowych plakatów. Ciekawie tu przyjechać, choć wyczerpująco. A Ty – przehandlował(a)byś kilka „pamirskich” dni, by to zobaczyć?

3 komentarze

  1. Raczej nie zachęcasz do przyjazdu w te tereny:D A na pewno nie w ten upał. Choć pojawią się osoby, które chcąc spokoju i ciszy właśnie ten kierunek wybiorą. A co Ty wybrałbyś z obecną wiedzą o Pamirze i jego zakamarkach?

    • Nie zachęcam ;). Chyba bym się tam nie wybrał, mając tylko jeden miesięczny wjazd do Tadżykistanu, fakt. I myślę, że jak jechać z Duszanbe w stronę Pamiru, to tą drogą północną, przez Khaburabot, bo choć nie jest lekka, to bardziej zachwyca widokami. I tam też jest większy spokój. Szczególnie ruch samochodowy jest mniejszy, niż drogą południową przez Kulab, gdzie było z całego Tadżykistanu zdecywanie najtłoczniej, najmniej przyjemnie – tyle, że turystów też najmniej, więc ma to ten urok ula, co się go ma na wyłączność. A co bym wybrał teraz? – wszystko, prócz południa, bez zmian – i Pamir Highway, i Bartang, i Szokdarę, i Wachan. Miałem szczęście, że mogłem wszędzie pozaglądać :). Jest jeszcze to pustkowie na wschodzie Pamiru, na północ od Zorkulu, o którym słyszałem dobre słowa (czyli, że nie ma dróg), i następnym razem tam zajrzę. Możemy się umówić ;). Macie ochotę tam jeszcze kiedyś wrócić? I jeśli tak, to dokąd?

  2. Zorkul też nam chodził po głowie. Niestety nie mieliśmy wtedy na niego pozwolenia, a i wiza krótsza była. Mnie korcił jeszcze przejazd przez Isfarę, choć większy ruch i te nieszczęsne tunele. Ochotę na powrót mamy wielką. Ba jestem wręcz pewny, że kiedyś tam wrócimy, bo jak dotąd nic Bartangu przebić nie może. Także piszemy się na Zorkul jakby co;)

Brak możliwości komentowania