Polska już za nami!

Przed wyjazdem było łatwiej o znalezienie czasu niż tematu do pisania – a w drodze jest zupełnie odwrotnie!

I wiem, że w perspektywie nadchodzących miesięcy i lat trudno nazwać pierwsze kilkanaście dni ekscytującymi, bo co może być ekscytującego w rodzinnych stronach. Tyle, że to nie ma dla mnie teraz znaczenia, bo te dni już się wydarzyły! Jestem już we Lwowie, półtora tygodnia od wyjazdu z Brodnicy, i mam wreszcie czas na małe podsumowanie, o które ze zniecierpliwieniem dopraszacie się  Wy, moi drodzy fani możliwi do policzenia na palcach dwóch rąk.

No więc tak – sam wyjazd opóźnił się o kilka dni, które i tak nie wystarczyły, by być ze wszystkim na sto procent gotowym. Ale i ten czas musiał wreszcie minąć, choć pogoda między poniedziałkiem planowego wyjazdu a piątkiem wyjazdu właściwego nie poprawiła się w międzyczasie nawet o jotę. Tak więc w pewnym momencie po prostu zacząłem pedałować z domu w Brodnicy na południe, by po przejechaniu Drwęcy przy ulicy Lidzbarskiej wreszcie skręcić o dziewięćdziesiąt stopni – tym razem już we właściwym kierunku wschodnim. A przynajmniej jechałem prosto na wschód przez kilka następnych dni, po których za Białymstokiem znów skręciłem na południe… Wiadomo, nie gra to z tutejszą myślą przewodnią, ale nie mogę być bez przerwy dosłowny z tym wschodem, bo nie da się zawrzeć wszystkich możliwych kombinacji azymutów w adresie bloga.

W każdym razie… Jak tylko ruszyłem, niekończące przygotowania się po prostu skończyły – i nareszcie przestały mieć znaczenie. Świat się nie zawalił, kontakty się nie urwały, sprzęt mnie w większości nie zawodzi, a stara praca przestała zaprzątać umysł zadziwiająco szybko. Przyszło zamiast tego fantastyczne uczucie ciszy i spokoju, oraz poczucie, że wreszcie mam bardzo dużo czasu dla siebie (między porannym zwijaniem biwaku a rozbijaniem kolejnego wieczorem).

A jak idzie sama podróż? Właściwie zaczęła się dość niezauważenie – z każdym dniem utwierdzam się w przeświadczeniu o słuszności wyboru drogi na koniec świata z domu, a nie z daleka. Taki jest uboczny luksus posiadania nieograniczonego czasu – i cieszę się nim bardzo. I tak – zamiast gonitwy na jakieś odległe lotnisko, godzinę przed wyjazdem byłem skupiony na dobudzeniu domowników i nagrzaniu termosu przed ostatnią domową herbatą.

Przez Polskę przejechałem bez większych problemów, co może nie dodaje pikanterii opowieściom, ale z tego w gruncie rzeczy się cieszę. Udało mi się uniknąć większych wpadek ze sprzętem, ubraniami i wybranymi drogami, a zaplanowane co kilka dni po drodze spotkania z bliskimi pozwoliły mi się łatwiej oswoić z traceniem kontaktu z domem i znajomymi miejscami. Tym niemniej, nie wszystko złoto co się świeci… Oczywiście, po kwietniu można się było spodziewać jaj z aurą, ale grad z wichurą godzinę po wyjechaniu z domu w słońcu był jednak przegięciem pały. Żeby chociaż na tym się skończyło – ale się nie skończyło.. I przez pierwsze dwa dni – kiedy chciałoby się mieć drogę zwyczajnie lekką i przyjemną – na przemian mokłem w wichrze ze śniegiem by następnie wysychać w coraz mocniejszym kwietniowym słońcu. Przynajmniej na koniec każdego dnia opady dawały za wygraną, więc namiotu ani raz nie musiałem zwijać mokrego. Tak czy owak, nie można liczyć na ciągłą przychylność losu, więc do wiatru wiejącego czasem w twarz po prostu się przyzwyczaiłem, a z tego wiejącego w plecy dalej cieszę się jak dzieciak. I jednego dnia, między Medyką i Lwowem, stał się nawet mały rowerowy cud który zdarza się chyba raz na tysiąc rowero-dni – przez kilkadziesiąt kilometrów jazdy przez otwartą przestrzeń w wichurze, ciągle wiało w plecy!

Podsumowując – do tej pory, przez kilkanaście dni jazdy i docierania siebie oraz sprzętu, zdążyłem zrobić dopiero 900 kilometrów, najpierw trawersem z Brodnicy pod Mazurami na Podlasie, a później zjazdem do Medyki przez Ścianę Wschodnią. Było to coś, na co czekałem od dawna i co spełniło moje oczekiwania bez pudła. Chiny będą super, Syberia pewnie też – ale bez tego wstępu z domu następne kawałki byłyby dla mnie trochę wybrakowane. Jest dobrze – i liczę, że szczęście mnie zbyt szybko nie opuści po tak fajnym początku.

 

2 komentarze

  1. Julita i Sławek Puciul

    Huba, śledzimy Twoją wyprawę, jesteśmy dumni, że znamy takiego Gościa jak Ty. Trzymamy kciuki:-D:-)

    • Jak miło od Was słyszeć! 🙂 Dzięki bardzo, bawię się przednio i nie spodziewam się, żeby miało się to zmienić. Pamiętajcie, że bez Waszych cegiełek być może nawet bym na to wszystko nie wpadł! Trzymajcie się ciepło!

Brak możliwości komentowania