Wszędzie dobrze, ale… w Kirgistanie najlepiej

… w Kirgistanie najlepiej.

Zanim nie wrócę do Pamiru.

Pożegnałem się z Laosem i Wietnamem. I Tajlandią też. Pięćdziesięciostopniowe upały nie pomagały w tym, by to pożegnanie poszło lekko. Ilekroć nocuję w którymś z pensjonatów – pustych o tej gorącej porze roku – panie dziwią się, że tu przyjechałem. Teraz nikt nie przyjeżdża, mówią – za gorąco. Trafiam za to na laotański Nowy Rok, Songkran, którego główną atrakcją jest nieustanne, wielodniowe oblewanie się wodą w rytm najgorszej muzyki na świecie. Mimo upału, przejechanie kilkuset kilometrów w mokrych butach, będąc wystawionym na setki kubłów wody, szlauchów i pistoletów, wodnych ataków od tyłu z przejeżdżających znienacka pick-upów, zmęczyło mnie okrutnie i poszarpało mi nerwy tak, że czasem puszczały. Oni się dobrze bawili, ja – choć próbowałem się jakoś z tym pogodzić – stawałem się smutnym, polskim turystą częściej, niż bym tego chciał. Miałem dość wody – i koniec tego festiwalu, zbiegający się dla mnie w czasie z przekroczeniem tajskiej granicy, powitałem z ulgą.

I tak wróciłem do Tajlandii. Bilety na pociągi do Bangkoku wyprzedano na następne trzy dni, więc nie było takie głupie przyjechać tu, do przygranicznego Ubon, z kilkudniowym zapasem- właśnie na taki wypadek. Zdołałem dostać bilet na ostatni pasujący mi pociąg, na ostatnie miejsce. I moje wątpliwości dotyczące tego, czy zostać tam jeszcze kilka dni i odpocząć na przeulubionej tajskiej prowincji, czy udawać, że odpoczywam w Bangkoku, rozwiały się poza moją kontrolą. Trzy dni w prowincjonalnej stolicy, chodzącej spać o dwudziestej pierwszej – czego chcieć więcej, po trzech tygodniach bezustannej jazdy?

A potem pociąg do stolicy i samolot dalej, w świat. Później jeszcze miałem jakieś wątpliwości co do takiego sposobu powrotu, jadąc z bangkockiego dworca na bangkockie lotnisko, przez miasto, które w grudniu przytłoczyło mnie ogromem, gorącem, chaosem ruchu i „wszystkiego innego”. Teraz już nawet nie przebijam się przez te ulice – jadę jakbym był u siebie, chaos nie robi na mnie większego wrażenia. Żaden tu chaos. Po Wietnamie, od którego skóra mi porządnie zgrubiała, tutejsze ulice są bardzo spokojne. Już mnie nie zaskakują.

I tak bez żadnych problemów, choć okrutnie niewyspany po nocnej podróży pociągiem, dojeżdżam do lotniska, śpię w małym hoteliku z widokiem na lądujące samoloty – i następnego poranka znowu odruchowo już odnajduję zarośnięte ścieżki pod estakadami, które przytłoczony dawno zapomnianym po zimie gorącem przetarłem przed paroma miesiącami. Ciekawe, że żywopłoty przy nich równiutko przycięte, gdy widać, że nikt nimi nie chodzi, nikt nie jeździ.

Wiele godzin później, lecimy już nad Syberią. Jest przesiadka w Nowosybirsku. Tak się składa, że siedzę przy oknie po lewej stronie kadłuba. Chmury nie pokrywają ziemi szczelnie, gdy przekraczam granicę rosyjską i lecę patrząc na drogi, po których kręciłem się w listopadzie. Osiemdziesiąt kilometrów od Nowosybirska pilot zniża lot pod pułap chmur, już dochodzi szósta popołudniu – i przed oczami otwiera się ten widok, którego z wysokości siodełka nie dało się przecież zobaczyć – w końcu ciągle jeszcze znajduję się na ponad czterech tysiącach metrów. Otwiera się przed moimi oczami ten syberyjski bezkres, w granatowym odcieniu – ponieważ słońce już zachodzi, tylko jest schowane za chmurami i już także za horyzontem, i nie ma jak dodać ciepła i otuchy w pomarańczowych odcieniach. Zimy już nie widać, została na ośnieżonych szczytach ałtajskiego pogranicza, tu już jest granatowa szarość przedwiośnia.

Pomarańczowe odcienie, na szczęście, przyszły w Biszkeku.

W każdym razie, już zaczęło się we mnie odzywać uczucie żalu, że tego na dole już na pewno długo nie zobaczę, i żalu za tym, że to jest historia nie tylko zamknięta, ale i trudna do powtórzenia, do ponownego otwarcia. To nie to samo, co ponowne przybycie do Kirgistanu z dnia na dzień, bez wizy, bez zbędnych pytań, bez których w Nowosybirsku i tym razem się nie obeszło z rosyjską służbą graniczną. Nie miało znaczenia, że czekam na transfer i wcale nie zamierzam opuszczać lotniska. Nie była to jednak tylko moja przypadłość, bowiem dziwnym przypadkiem oprócz mnie jeszcze dwójka ludzi leciała z Bangkoku do Biszkeku tym najbardziej przypadkowym z możliwych połączeń, więc w grupie było nam raźniej odpowiadać na dziwne pytania zmieszanych urzędników. „A dokąd lecicie po Biszkeku?” – tak jakby Biszkek sam w sobie nie mógł być celem. Po półgodzinnym czekaniu nie wiadomo na co właściwie, po wielokrotnym kartkowaniu naszych paszportów, w których ewidentnie brakowało rosyjskich wiz, w końcu łaskawie – inaczej bym tego nie nazwał – otwarto nam drzwi do sali transferów. Nie te oznaczone znakami w dwóch językach – tylko jakieś boczne, dla obsługi lotniska. Chyłkiem przemykaliśmy się więc z milczącą celniczką. Ech, ci turyści, którzy burzą odwieczny porządek pokornego czekania w kolejce do okienka i stempla, na których groźny wzrok działa jakby mniej.

I znów czekam na kolejny samolot. Pory wszystkich odlotów zdają się być jakoś bezsensownie poupychane w środek nocy. Przed naszym wylotem jest jeszcze jeden wcześniejszy, do tadżyckiego Chodżentu. Wokół nas zbiera się coraz więcej Tadżyków, młodych chłopaków, starszych panów w charakterystycznych czapkach, bardzo młodych dziewczyn z dziećmi, w chustach na głowach, z kraciastymi torbami. Złote zęby wróciły w otoczenie.  A może to Uzbecy? Chodżent w końcu leży w zagmatwanej etnicznie Kotlinie Fergańskiej. Fajnie być z powrotem wśród nich, ten świat jest mi bliższy. Mimochodem podsłuchuję rozmowy, część po rosyjsku, z sensem dla mnie, część po tadżycku pewnie – które tylko brzmieniem po prostu wzbudzają wspomnienia sprzed wielu miesięcy. Zmęczony tłum w końcu ustawia się o pierwszej w nocy do drzwi, do których kobieta z obsługi lotniska nie może znaleźć klucza. Tłum czeka i wzdycha, chcąc już z powrotem usiąść w fotelach. Wszyscy są zmęczeni, ale stoją pokornie.

Z nami jest podobnie, odlatujemy godzinę później. Tym razem już nie przechodzimy tego, co w Bangkoku, gdzie mimo godzinnego opóźnienia, stojąc w południe na rozgrzanej płycie lotniska w paskudnym upale, piloci nie raczyli włączyć wentylacji. Samolot – a jak w marszrutce, pot leje się z kilkuset ludzi, wszyscy wachlujemy się instrukcjami do ewakuacji, na które normalnie nikt nigdy nie patrzy. Znośnie zrobiło się dopiero pół godziny po starcie, gdy zimne powietrze stratosfery wychłodziło kadłub i zrobiło to, o czym piloci zapomnieli. W samolocie z Tajlandii siedzę z siedemdziesięcioletnią panią Nadieżdą z Nowokuźniecka i cieszę się jak dzieciak, że możemy porozmawiać. Odzwyczaiłem się od przypadkowych pogaduch w zrozumiałych językach. Dowiaduję się też oczywiście, że nas tam w Europie zalewają Musulmany. Czyli nic nowego. I mimo tego, kleiła nam się ta rozmowa. Tak, ja nieżonaty, choć czas na to, jak i czas na dzieci. Ja w podróży. Maladiec. Normalka.

A gdy wylecieliśmy z Nowosybirska – i trudno mi w to uwierzyć – samolot znów leci śladem mojej niedawnej jesiennej przejażdżki. Aliejsk, Rubcowsk, skręt na Przystań nad Obem. Przelatujemy dokładnie nad Semipałatyńskiem, nim nie wlecieliśmy nad bezkres kazachskiego stepu, skąpany w poświacie księżyca. Znów z bliskiej odległości mijam semipałatyński poligon – ciekawe, co też robiono z cywilnymi rejsami, gdy w powietrze wystrzelały kolejne ładunki jądrowe. Czy po takim wybuchu na nowosybirskim lotnisku podróżnym komunikowano opóźnienie wylotu z przyczyn technicznych, czy też nie – i samolot kierowano bardziej okrężną niż zwykle trasą? Księżycowa poświata, środek nocy i kumulujące się kolejną dobę zmęczenie sprzyjają takim rozważaniom.

Rozpoznaję światła miast, które mijałem, omijałem, przejeżdżałem, oraz ciemną bezświetlną przestrzeń między nimi. Zamiast spać, po którejś już z rzędu niedospanej nocy, gapię się przez okno na to, co już było i nie wróci, i co przelatuje za oknem w zawrotnym tempie, przy którym nawet jesienny pęd na rowerze z wiatrem w plecy jest jak stanie w miejscu.

Od kiedy wsiadłem w pociąg w dalekim, tajskim Ubon Ratchatani, miałem chwile wątpliwości, czy podjąłem dobrą decyzję, by już opuścić tamte dalekie, ciepłe strony – i zacząć nieuchronny powrót na zachód. Pomimo tego, że bilet jest już w kieszeni od długich miesięcy, to im bliżej kolejnej szybkiej, nieodwołalnej podróży, tym więcej wątpliwości. Z jedną na czele – że to już nie jest podróż, że to jest samolotowe pójście na skróty. Że inni by twardo jechali do tego Kirgistanu, znaleźliby czas na drogę lądową. I te myśli przychodzą mimo tego, że dobrze wiem, dlaczego to robię.

Lot nad starymi śladami i nad już znanymi terenami dobrze odwrócił moją uwagę od tych rozterek. Rozpakowanie roweru na biszkeckim lotnisku odbyło się już prawie odruchowo, folia na co dzień służąca do ochrony namiotu przed brudem po raz któryś została użyta do zadania specjalnego, chroniąc mojego rumaka przed wrednymi walizkami innych podróżnych. Nabrała kilku kolejnych przetarć, ale wciąż nie chce się poddać zupełnie – jeszcze ją złożę z powrotem w domu w kostkę i zalakuję z innymi podróżnymi relikwiami na wciąż nieokreśloną, następną wyprawę. Dzięki temu, że złożenie roweru zajęło tym razem już naprawdę niewiele czasu, udało mi się opuścić salę przylotów kwadrans przed świtem. I to niezależnie od pogaduchy z panią w lotniskowym kantorze (gdzie rozmowa znów odbyła się według klasycznego wzoru krajów dawnego Związku Radzieckiego – ile lat, jeśli trzydzieści – to gdzie żona?; że dzieci już być powinny; i żebym jeszcze nie wychodził na zimny dwór, tylko poczekał z nią w kantorku, bo zimno, bo na starość – i tu pokazuje na kolana, na plecy, na łokcie – to się zemści, to wychodzenie na zimno). Jestem w domu!

I uprzedziłem świt o tyle czasu, ile było potrzebne, by objechać polną drogą bazę wojskową i obrać kierunek na góry i miasto na południu. I wtedy pokazał się ten rodzaj krajobrazu, za którym tyle miesięcy tęskniłem – i rozwiały się wszystkie wątpliwości, które miałem co do wybranego sposobu powrotu do domu. Szósta rano, dziesięć stopni, łąki pachną wiosną, a ptaki się przedrzeźniają. Nowe liście na znajomych drzewach, rzędy topoli na tle białej ściany gór, odległej o czterdzieści kilometrów, oddzielonej płaską równiną, na której gdzieś leży niewidoczny jeszcze z powodu niskiej zabudowy Biszkek. Zdrawstwujtie, gaspadin! – Kirgiz w białej czapce przecina mi drogę na koniu, jadąc tam, gdzie chyba nic nie ma  – a on jedzie i tak.

Jakby tego było mało, jadę do znanego mi już miejsca w sercu Biszkeku, w którym spotykają się wszyscy rowerzyści jadący przez to miasto, do bułgarsko-kanadyjskiej pary, która rok w rok otwiera swój dom, ogród, pralkę i kuchnię dla (głównie rowerowych) gości – poza sezonem za darmo zresztą, czego się nie spodziewałem. I z którą to parą wreszcie mogę się nagadać bardziej, niż w październiku, kiedy domem pod ich nieobecność z niezłym skutkiem rządziło kilkunastu rowerzystów i trzy koty (liczba wciąż się zmienia) – nim zacząłem moją dobrowolną ucieczkę na północ.

I jakby tego mi jeszcze było mało – w tym przyjaznym miejscu jest już Ola z Piotrkiem, pedałujący w Słomianym Kapeluszu z Polski od ponad roku, którzy akurat znaleźli się tu w tym samym czasie. Ten rowerowy świat jest bardzo mały. Zupełnym przypadkiem, internetem, zorientowaliśmy się, że ja to ja, a oni to oni – i odłożyli swój wyjazd o jeden dzień, byśmy się nie minęli o tak niewiele. Miło z ich strony, nie? No i pomyślcie – rzecz niespotykana, dostać pocztówkę z Tychów w Kirgistanie. Na dodatek, wydrukowaną w moim ostatnim przystanku, we Wrocławiu.

Cieszę się, że jestem tu z powrotem.

4 komentarze

  1. Julita i Sławas

    Jak miło zobaczyć znane krajobrazy. My też za nimi tęsknimy. pozdrawiamy niebiańskie góry

    • Jeszcze nie z siodełka, ale już pozdrowione 🙂 Niezmiennie robią wrażenie – w przyszłym tygodniu wreszcie wskoczymy tam o własnych siłach!

  2. Mamy taki sam licznik 😉 Prosty, nie do zajechania, niezawodny. Tylko do temperatury mam zastrzeżenia. Obecnie w Myanmarze wskazuje nam nawet … 58, 60 stopni. Jest gorąco, to prawda, ale że aż tak 😉

    Poza tym fajnie, że tu trafiłem w końcu. Masa dobrych relacji o naszej przyszłej marszrucie 😉

    pozdro

    • Cześć! To może nie zaglądaj tu za często, bo Ci (Wam) niespodziankę zepsuję ;). Ja tak przynajmniej staram się robić, by mnie potem na miejscu rzeczywistość zaskakiwała. Jak tylko skończy padać (na razie w Kirgistanie leje bezustannie), będę dopisywać więcej. Więc i tak zapraszam!

      A licznik ma jeden feler – dobrze wiedzieć, że i do 60 stopni termometr dobija (masakra jakaś, kłaniam się, że jeszcze macie siłę jechać), ale na mrozie poniżej -10 nie pokazuje. Zimą to uciążliwe było, wiedzieć że jest znacznie mniej, tylko nie wiadomo ile dokładnie, a śpiwór ma określone limity ;).

      Pozdro, wąskich dróg!

Brak możliwości komentowania