Chiny rowerem? Nie tym razem.

Jakie Chiny?

Plany planami..

Tajlandii nie było w planach. Wyszło przypadkiem, i przypadkiem było tam tak przyjemnie, że przydzielony mi za słoną opłatą przez tajskiego urzędnika imigracyjnego w Mae Hong Son dodatkowy miesiąc pobytu wykorzystałem co do dnia.

W planach były za to Chiny – dokładnie mówiąc, pół roku szlajania się po nich. Zdecydowałem, że będzie odwrotnie – i nie mam nawet pewności, czy mógłbym tam spokojnie spędzić choćby dwa miesiące. Gwarantowany jest bowiem tylko jeden – i nie wiadomo wtedy, czy ryzykować nieprzedłużenie wizy i natychmiastową ucieczkę pierwszym autobusem do najbliższej granicy, czy od razu kupować bilet na powrót do Polski w trzydziesty dzień od wjazdu. Róznym osobom różnie się to udawało, w jednym roku mniej, w drugim bardziej restrykcyjne były zachowania chińskich władz.

Mógłbym wjechać na ten miesiąc, mógłbym też próbować zostać na następny, spieszyć się i denerwować, czy się uda – a tam gdzie dojechać chciałem najbardziej, dwa miesiące może nie wystarczyć – i… odechciało mi się tego, po dwóch miesiącach już spędzonych w Azji Południowo-Wschodniej. Teoretycznie miałem przed sobą duży dylemat, który z czasem tu spędzonym robił się jednak coraz mniejszy i coraz mniej bolesny.

Jeszcze wrócę rowerem do Chin, kiedy nie będzie wizowych ograniczeń czasowych, kiedy do Tybetu będzie można wjechać bez obstawy bezpieki, nie płacąc chińskim czerwonym kapitalistom za oglądanie Tybetańczyków. Obym doczekał takiego czasu. Nie wiem też, czy wtedy Chiny jeszcze będą takimi, jakimi je zapamiętałem sprzed lat – bo z opowieści tych podróżników, którzy zdecydowali się tam wjechać ostatniej jesieni – i pędzić w przyzwolonym miesiącu pociągami, autobusami i rowerami od kirgiskiej granicy na złamanie karku w stronę ciepłych, południowych rubieży – nadal zmieniają się w mgnieniu oka. Już zresztą teraz zabytków w Chinach jest niewiele, ale to nie ma nic wspólnego z ostatnimi latami – chaos lat rewolucji kulturalnej zrobił swoje i co było do spalenia i potłuczenia – spalono i potłuczono. Teraz Chińczycy na gwałt próbują rekonstruować to, co się ostało, wiedząc, że przyciągnie to do tych miejsc rzesze Chińczyków, którzy wraz z rosnącą zamożnością lubością odkrywają uroki podróżowania i turystyki. Sześć lat temu czułem to tylko podskórnie, dopiero książka Tiziano Terzianiego wyjaśniła mi to dobitniej, gdy lektor czytał mi kolejne rozdziały o rewolucji kulturalnej w słuchawkach gdzieś po drodze w dolinach ukraińskich Karpat. I zrozumiałem, dlaczego dachy i drewniane belki świątyń i starych chińskich miast tak podejrzanie pachniały świeżą farbą i cementem.

Oczywiście, to jest słaba wymówka, by jednak nie wjechać do Chin. Zwyczajnie mi się odwidziało, jeżdżąc po ciepłej, subtropikalnej Azji przez kilka miesięcy i pamiętając, gdzie mi się bardziej do tej pory podobało. Zdecydowałem się na to z pełnym przekonaniem, że wiem czego chcę, że nie chcę być zakładnikiem własnych decyzji sprzed wielu miesięcy opartych o inną wiedzę – głównie o sobie (uboższą). Startując, także wiedziałem, czego chciałem – przyszło mi to tylko trochę zmodyfikować. Byłem już od Chin oddalony o siedem kilometrów na zachód w Pamirze i o dziewiętnaście na południe w Laosie. W porównaniu z tym, tysiąc dzielący mnie od chińskiej granicy od strony północnej na Syberii wydaje się być przy tym odległością wziętą już prosto ze skali kosmicznej – ale też się liczy. Objechałem Chiny ze wszystkich stron!

A od kiedy to piszę, posiedzę jeszcze w tym azjatyckim kącie świata dwa miesiące i tydzień.

W Wietnamie może znów zobaczę znaki kierujące mnie w stronę chińskiego przejścia granicznego. Na pewno też spotkam jeszcze niejeden chiński „samochodowy klub turystyczny” na noworocznej wyprawie do któregoś z sąsiednich krajów, pędzący bez większego szacunku dla mijanych ludzi kolumną błyszczących samochodów, numerowanych od jednego do dwudziestu, oblepionych klubowym naklejkami. Konwój trąbiący na dzieci wytrzepujące nasiona z traw na drodze przebiegającej przez ich laotańską wieś, zmuszone dzielić ten sam wąski kawałek asfaltu z ludźmi, którzy trąbiąc zwolnią tylko po to, by ustawić je w rządku do zdjęcia, ucieszonych łapaniem rozrzuconych im uprzednio przez szybę cukierków. Przez dwa tygodnie takie sceny w Laosie widziałem po kilka razy dziennie. Niechęć, której wtedy nabrałem, w pewien sposób utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobrze mi z decyzją o zmianie planów i skinięciu głową na pożegnanie Chinom – do zobaczenia, przy innej okazji.

A co z marzeniem? Powiedzmy, że marzenie spełniłem połowicznie – dojechałem do Chin, tylko do nich nie wjechałem. Ale po dwóch miesiącach w tej wilgotniejszej, zaludnionej stronie Azji poczułem, że … na rower to nie jest to! I jasne, że mogę trzymać się uparcie pierwotnych założeń – udając, że dalej mnie przekonują. Rzecz w tym, że celem nie było wyłącznie zatknięcie flagi na placu Tiananmen w Pekinie (gdzie na bank miałbym do czynienia z tajniakami!), ale przede wszystkim droga do tego celu – na Daleki Wschód.

Tylko że po tej drodze zorientowałem się, co było w niej dla mnie najfajniejsze. Na jej zaludnionym końcu doskwiera mi brak poczucia naprawdę nietkniętych przestrzeni. Brak tu dni, w których nie ma co liczyć na wiele spotkań, tylko przewijanie się monumentalnego krajobrazu. Brak tu miejsc, gdzie aby rozsądnie przetrwać, należy planować wypychanie sakw jedzeniem i benzyną z kilkudniowym wyprzedzeniem – gdzie skrawek ziemi zaanektowany przez człowieka pod uprawę jest wyjątkiem, a nie normą. Takich, gdzie mogę stawiać namiot gdziekolwiek z przyjemnością, nie plącząc się pod nogami rolników i nie będąc skazanym na bezustanny szum skuterów oraz stukot dieslowskich silników ciężarówek, który nigdy nie jest wystarczająco daleko. Ciasno tu w Azji, po prostu. Wilgotne i upalne powietrze to też chyba nie moja brocha, wolałem niepokój nadchodzących zimnych nocy w oddalonych bardziej na północ górach.

A gdyby tak wrócić tam, gdzie było najpiękniej i najbardziej dziko? Tam, gdzie myślałem, że już nie wrócę i będę przez lata przeżywał tamte niesamowite dni tylko we wspomnieniach? Ha – niedoczekanie! Bo wiem, kiedy chcę wrócić do domu i ile czasu chcę jeszcze pojeździć, wiem kto tam na mnie czeka – i nie chcę, by ten ktoś był zmuszony patrzeć na to, jak zmizerowany byłbym finiszem, który mnie nie cieszył – oraz tęsknotą za półmetkiem, który metę przerastał pod mnóstwem względów.

Na razie więc nie zatknę flagi biało-czerwonej na najbardziej czerwonym placu świata.

Tym sposobem, choć pozostało mi tutaj jeszcze wiele tygodni, już teraz w myślach żegnam się z polami ryżowymi, które zachwycają o porze każdej innej, niż sucha. Z dżunglami, które wyglądają niesamowicie ze szczytów gór, ale które przy bliskim spotkaniu nie umywają się do zwyczajnego spaceru po przewiewnym sosnowym borze. A o zapachu ciepłych sosen już nawet nie wspomnę, choć były takie momenty na pewnych wysokościach w Tajlandii, gdzie nagrodą za wielogodzinne przebijanie się przez monotonną dżunglę były właśnie górskie granie obrośnięte niczym innym oprócz sosen i jałowców, a droga przez chwilę była zrobiona nie z czerwonej gliny, a z ubitego, żółtego piasku. Bajka! Zresztą, ile jeszcze z tych pierwotnych lasów ostało się tutaj niezmienionych w monotonne plantacje kauczuku, lub nie zostało po prostu wyciętych na opał? Wiecie już pewnie, że myślę, iż najfajniej jest nie w miastach, a pomiędzy nimi – więc przygnębiło mnie w Laosie to, że zaczęło mi się tu podobać dopiero w mieście – Luang Prabang. Poza nim – dosłownie, za pięćdziesięciometrowym mostem, oddzielającym urokliwą architekturę kolonialnego miasta od tego, czego nie pozostawili Francuzi – wieje nudą. Nie ma nawet o czym pisać w dzienniku, a jeden dzień od drugiego coraz trudniej mi odróżnić. Jest jeszcze nadzieja w drodze na odległą o dwa dni drogi od Luang Prabang półtorakilometrową wyżynę Xiangkhouang, pełną tajemniczych kamiennych dzbanów, niewybuchów pozostawionych przez Amerykanów po latach bombardowań – i może też sosen, skoro klimat tam przez wysokość będzie jakiś taki bardziej umiarkowany. Zobaczymy.

I tym samym potwierdziły się moje (ale nie tylko moje) obawy, że po Azji Środkowej nic już nie będzie takie samo. Dobrze, że zahaczyłem o Rosję, bo ta ucieczka na północ wywarła na mnie wielkie wrażenie. Fajnie też, że Tajlandia okazała się być krajem, w którym z pewnym wysiłkiem można dla siebie znaleźć kawałek wolnego miejsca. W Laosie do tej pory odnaleźć się jeszcze nie potrafię, otoczony przez wyłysiałe góry, z rzadka czasem obsadzone drzewami kauczukowymi – nie wiem, co gorsze dla monotonii podróży. To nie hipnotyzuje, tak jak potrafi zahipnotyzować pustynia czy księżycowe górskie krajobrazy, gdzie wiadomo, że za widocznym grzbietem górskim czeka pięć następnych, a wiosek i ludzi będzie tam równie mało, co w zasięgu wzroku.

Ta tropikalna Azja jest fajna, jeśli jest się nastawionym na kulinaria, na oglądanie ludzi, na wygrzanie się po zimie – pierwsze parę rzeczy, które przyszły mi do głowy, choć nie wątpię, że przyjeżdża się tutaj także w wielu innych sprawach. Z miłością do jedzenia nie będę dyskutować – to zrozumiem, i to jeszcze w moim odbiorze jest jasną stroną tego zakątka świata. Do ludzi mnie jednak nie goni, a czuję się wśród nich tym gorzej wiedząc, że nawet jeśli ja nie będę w wiosce kazał im w nie wiadomo jakim celu pozować do zdjęć, lub po prostu strzelać obiektywem w twarz człowieka tak, jakbym był w ludzkim zoo – to przez to, że wiele innych osób zrobi właśnie to, i tak będę się czuł współwinny temu procederowi. Dlatego też nie uświadczycie u mnie zdjęć starych ludzi spędzających życie na podwórkach swoich wsi, przez które przejeżdżam tylko przez kilka minut. Podwórza są tu tym, czym u nas salon – a sam nie życzyłbym sobie tego samego w drugą stronę, czyli strzelania zdjęć przez otwarte drzwi mojej kuchni, mojego dużego pokoju, czego niektórzy nie potrafią jednak uszanować. Takie momenty celowo pozostawiam sobie w pamięci, bo moim zdaniem – jakoś tak po prostu nie wypada, jeśli celem jest jedynie zachowanie pamiątki dla siebie i do pokazania innym – choć okazji do wyciągnięcia aparatu w drodze naprawdę nie brakuje. Chyba, że ktoś najpierw chce zrobić zdjęcie temu dziwnemu człowiekowi podróżującemu na rowerze, wtedy w rewanżu również zdarza mi się o jedno poprosić. Dlatego przy ludziach staram się chować aparat, by wiedzieli – bo nie mogę im tego wytłumaczyć po polsku – że nie każdy przyjezdny zachowuje się tak samo. Kropka.

Brak wspólnego języka tylko pogarsza sprawę, stwarza jeszcze większy dystans, który tylko do pewnego momentu można próbować zasypywać zwyczajną uprzejmością i uśmiechem. Jeśli, oczywiście, zdąży się chwilę w spokoju posiedzieć i pouśmiechać, nim nie przyjedzie kolejna kawalkada turystów spuszczonych z uwięzi, gotowych do akcji kupuj-fotografuj-narób hałasu-zwiewaj. A w Azji Centralnej – inna sprawa – na upartego i po polsku można próbować porozmawiać, który do rosyjskiego jest wystarczająco podobny, by wyjść poza ramy uśmiechu człowieka z aparatem i z jakimś wysiłkiem pogadać. Że turystów jest tam ciągle mało – to i ciekawość ludzka działa w obie strony, nie jest wyłącznie jednokierunkową ulicą od żądnego wspaniałego kadru turysty do znużonego i wykorzystanego człowieka/modela, często nawet nie zapytanego o pozwolenie.

Naprawdę ciągnie mnie tam z powrotem.

Więc tak – w tej ciepłej, ludnej Azji pod pewnymi względami jest fajnie, jest ciekawie. Ale z na świeżo poukładanymi priorytetami w mojej głowie, których zdążyłem nabawić się po drodze jak symptomów nieuleczalnej choroby – niektórym niesamowitym miejscom do pięt to po prostu nie dorosło. Co więc pozostaje? Pozostaje tam wrócić. Bilet na powrót nie do domu jeszcze, a do półmetka – już kupiony. I już siedzi w skrzynce mailowej, a w tych czasach to prawie jak w kieszeni przecież. Za dwa miesiące i tydzień będę z powrotem w Kirgistanie.

4 komentarze

  1. Julita i Slawas

    Zdążysz wrocic przed sezonem na poziomki, na pewno bedzie ich dużo w Białej.Nie bedziesz musiał jeść rozmrożonych z plecaka, dostaniesz świeżo zbierane. Czekamy na Twoj powrót.

  2. Bo w Chinach liczy się kontynuacja ducha a nie materii przy odnawianiu zabytków 🙂 A na poważnie to bez większego problemu można i na 3 miesiące dostać wizę. A po nich odwiedza się Hong Kong i już można wjechać na kolejne 3 miesiące do Chin bez żadnego kombinowania 🙂

    • Siema! Fajnie to ująłeś z kontynuacją ducha 🙂 Z tymi wizami to może rowerzyści mają gorzej, jakąś złą karmę – bo jak nic, w Kirgistanie i Kazachstanie, wszyscy mieli przewały (i strasznie drogie „obowiązkowe” pośrednictwo wizowe) z jednomiesięcznymi wizami, a jak byłem w kontakcie z niektórymi jadącymi przez Chiny – zdarzało się, że gonili autobusem do granicy, bo arbitralnie nie dostawali przedłużenia, na które liczyli. Może tak być, jak aplikujesz poza swoim krajem też. To już z ciekawości – jak dostać pewniaka trzymiesięcznego, będąc w jakimś z ościennych krajów? (żeby nie było – jak aplikowałem kiedyś o wizy chińskie w Europie, to dostawałem takie, jak chciałem). Pozdrawiam!

Brak możliwości komentowania