Dłuży się. Laos

Kilka lat temu, Laos został okrzyknięty „World’s Best Tourist Destination”. Jury nie jechało rowerem, tego jestem pewien – ale na pewno dobrze się bawiło na bankiecie w Luang Prabang.

Ile osób, tyle opinii o Laosie – jak o mało którym miejscu, które odwiedziłem. Ona mówi o stolicy, Wientianie, jak o fajnym, spokojnym miejscu – dobrym na odpoczynek od trudów długiej podróży. On mówi o nim jak o karze, o betonowo-socjalitycznym mieście, z którego trzeba szybko się ulotnić, by nie marnować tych kilku tygodni, przeznaczonych przez niego na wakacje. To gdzie będzie leżała moja prawda, jak bardzo po środku wyląduje?

Po Tajlandii miałem względem Laosu wysokie oczekiwania – Tajlandia okazała się być ciekawsza, niż miała być, a nie jest przecież najnowszym odkryciem dla podróżujących po świecie. Opuszczając ją po dwóch miesiącach, obowiązkowo autobusem dalekobieżnym bezsensownie wciśniętym do roli autobusu miejskiego, który w nieskończoność robi czterokilometrowe kółka po moście granicznym – spodziewałem się przyrodniczego raju na ziemi. Niekoniecznie tropikalnego, bo i tutaj w pewnym sensie doszła zima – ale nieskażonej krainy na nowo odkrywającej swoje uroki przed obcokrajowcami po parudziesięcioletniej przerwie, zapełnionej wojnami i komunistyczną rewolucją. Sprawa jest świeża, bo kraj ten otworzył się na turystów stosunkowo niedawno. Siermiężność socjalistycznego kraju miały zakrywać uroki dzikiej przyrody i wspaniałe widoki, i codzienne spotkania z ludźmi, dla których widok rowerzysty z dobytkiem wciąż jest daleki od zwyczajności.

Owszem – ludzie byli i ciekawi, i ciekawi spotkań. Nie czyni to Laosu wyjątkowym, tak jest w jakimś stopniu właściwie wszędzie. Jak i w Tajlandii, prawie z każdym się witam, pozdrawiam i przekrzykuję, kłaniam ćwicząc wytrzymałość szyi. Dzieci machają i krzyczą – a nie rzucają kamieniami, jak ich równieśnicy z Kirgistanu, jeśli nie masz siły odmachać na kolejne pozdrowienia. Dorośli też są nieskrępowani, kiedy się sobie nawzajem kłaniamy. Poza żołnierzami, krępowanymi gorsetem jakichś przepisów (o czym parę linijek dalej) – lubiłem spotkania w Laosie. Nawet jeśli ni w ząb nie dało się porozumieć, uśmiech robił swoje. Szkoda, że po komunizmie nie został tu jakiś rosyjski ślad językowy – ale tym razem to nie Rosjanie pomagali go wdrażać.

Z przyrodą i widokami było inaczej. Śmieci walają się wszędzie – a to, że jeszcze nie przesłaniają otoczenia, może wynika z tego, że w Laosie nie żyje dużo ludzi. Ale ci, którzy tu są, gwarantują, że najlepsze skrawki pobocza będą zaśmiecone. Ktoś posprzątał otoczenie wodospadu, porobił wokół niego ścieżki, wybudował baseny dla wody z pobliskich gorących źródeł. Minęło kilka lat – ścieżki zarosły (jak to w dżungli..), a baseny popękały. Tak – można zepsuć gorące źródła.

Nie wiem, czy wszechobecna bylejakość jeszcze wpada pod definicję laotańskiego luzu, opisywanego jako coś wyjątkowego, czy też potrzebuje dosadniejszych określeń. Nie jestem do tego przekonany, w Laosie tej bylejakości we wszystkim było dla mnie zbyt wiele.

Do nowego kraju przyjechałem, nie pierwszy już raz, z zachodu. We wschodzie jest zawsze jakaś nadzieja – i z takim nastawieniem przeprawiłem się (a właściwie zostałem przewieziony) przez Mekong. Spodziewałem się nie wiadomo jakich cudów – ale one uparcie nie chciały się ziszczać.

Po zachodzie kraju, gdzie jedynym naprawdę jasnym punktem było miasto Luang Prabang, przyszła kolej na laotański wschód. „Na zachodzie bez zmian”, dzień po dniu. Nie widziałem nic ciekawego w monotonii pagórków obrośniętych drzewami kauczukowymi, lub zupełnie ogołoconych z drzew – pewnie z potrzeby opału, bo czym innym ludzie mają tu palić? Może poszło to też pod nóż tartaczny i zostało wywiezione do nienasyconych, a odległych o rzut beretem, Chin. Wloką się te pagóry niemiłosiernie, ale nie ma gdzie od nich uciec – poza kawałkiem drogi przed samym nosem. Nie ma gdzie zasiąść, ożywić się jakimś smakowitym obiadem – kuchnia bowiem leży i kwiczy. I pierwszy raz jest bardzo droga, szczególnie względem jakości jedzenia. Kucharz Cię prawie nigdy nie zaskoczy – zupa, albo cześć. Albo powie, że nic innego nie ma – choć przecież widzę, że jego miejscowi goście jednak coś innego właśnie jedzą. Nie ma nawet jak się zaopatrzyć w prowiant, żeby samemu coś ugotować – w sklepach są tylko zupki chińskie i stosy chińskich ciasteczek. Ludzie uprawiają jedzenie tylko na własne potrzeby, nie muszą więc iść do sklepu po to, co im na poletku urośnie. W sklepach – oprócz zawsze dostępnego Beer Lao (chyba jedynej rzeczy, której produkcja Laotańczykom wychodzi) – wyłącznie chińszczyzna najgorszego sortu, w zdumiewających cenach. Ktoś robi niezły biznes, a ludziom zdaje się to nie przeszkadzać. Dlatego, ilekroć widzę coś ciekawszego do jedzenia – poza świeżymi lub pieczonymi szczurami polnymi – zgarniam całą pulę. Któregoś dnia widzę małe kuleczki przypominające pączki. Wykupuję od sprzedającej je dziewczyny prawie wszystkie, zostawiając kilka – by inne dzieciaki we wsi nie powiedziały, że nic im nie zostawiłem. Kto nie jechał rowerem, bądź nie szedł pieszo, nie wie jak bardzo głód potrafi stłumić radość z odkrywania tego, co czeka za kolejnym zakrętem.

Ja przygodę z Laosem w ogóle rozpocząłem niewłaściwie – zbyt komfortowo. Może gdybym wjechał tu sam, to odnajdywałbym chociaż radość w szukaniu spania na dziko, w wieczornych ogniskach i odgłosach przyrody usypiających po długich dniach. Ale wjechałem do Laosu z Arturo – chłopakiem z Meksyku, który właśnie rozpoczął swoją wielką rowerową przygodę w odwrotnym kierunku – z Tajlandii do Maroka. Arturo był fajnym kompanem, pierwszym Amerykaninem na rowerze. I niespodziewanie, z racji charakterystycznego roweru z dziwnie wygiętą kierownicą, z daleka wyglądał jak Nick (dla niewtajemniczonych – z nim jechałem przez Azję Centralną). A to prawie tak, jakbym wjeżdżał w nieznane ze starym kumplem. Fajnie wpaść w fajne towarzystwo.

Gdyby tylko Arturo zabrał z sobą śpiwór i namiot, znajomość z Laosem potoczyłaby się inaczej. Ale ich nie miał, słusznie zakładając, że w tych stronach świata zawsze się znajdzie jakieś łóżko do wynajęcia – przynajmniej na głównych drogach. To zmusiło nas do szukania spania w szkołach i pensjonatach, co – przynajmniej mi – bardzo wyjałowiło radość z podróży. Gdy jeden dzień zaczyna niebezpiecznie przypominać następny – biegnąc powtarzalnym trybem od pokoju do pokoju, od prysznica do prysznica – przestaję się cieszyć z nadchodzącego nieznanego. Bo nieznanego wtedy nie ma, pozostaje to znane – kibelki, koce i materace wszędzie wyglądają tak samo. Po trzech dniach wspólnego przebywania monotonnych krajobrazów i spania pod dachami, pożegnaliśmy się – trudno narzucać sobie nawzajem obcy rytm podróży, a mi spania pod gołym niebem mocno brakowało. Za kilka dni spotkaliśmy się w Luang Prabang, każdy z nas wreszcie zadowolony z tego, że pojechał po swojemu.

Tak mijały pierwsze tygodnie. Do Luang Prabang – dawnej stolicy Laosu – nie można dojechać inaczej, niż dnem dolin, wśród niewysokich gór – na tyle dostępnych dla ludzi z zawsze przytroczonym do spodni lub plecionego kosza na plecach nożem „do wszystkiego”, że rzadko kiedy pozostawały obrośnięte pierwotną roślinnością. „Normalnie” – zamiast tłuc się autobusami – z północnej Tajlandii do Luang Prabang płynie się dwa dni łodzią, przełomami Mekongu, w porze suchej tym atrakcyjniejszymi, im więcej skał wystaje spod wody w rzece. Ale przecież nie wsiądę w łódź, by późnij snuć morskie opowieści – nie po to jestem tu z rowerem. Pewnie dlatego tak wiele osób – oczarowanych rzeczną podróżą, mimo pewnych związanych z nią niewygód – dziwiło mi się, gdy mówiłem, że dopiero w mieście zaczęło mi się podobać. Bo Luang Prabang jest urokliwe. Ale też mocno przypomina skansen – więc ze zwyczajnymi laotańskimi miejscowościami ma mało wspólnego. Na domiar, niestety, złego – z racji chińskiego nowego roku, Luang Prabang było w tym czasie zalane chińskimi turystami oraz zakorkowane ich samochodami. Oni nie zachowywali się, jakby byli w skansenie. Zachowywali się, jakby byli w zoo, pełnym ludzi, którym bez pytania można zrobić milion zdjęć i bez wstydu wpychać nos do ich żyć.

Mimo tego, nie mogę sobie przypomnieć innego miasta, które wolałem od jego otoczenia. Luang Prabang było tym pierwszym. Średnia była to przyjemność, mieć świadomość, że droga do granicy z Wietnamem może być równie porywająca co ta, którą przebyłem od granicy z Tajlandią.

W Luang Prabang czekałem na wizę do Wietnamu, ale specjalnie nie wysupłałem dodatkowych dolarów za jej ekspresowe wyrobienie – niezbyt odważnie odwlekałem moment wyjazdu stamtąd tak długo, jak tylko można było. Będąc tam, większość moich wypadów poza obrys starego miasta kończyła się niedaleko za zamkniętym dla samochodów mostem, gdzie kręcił się rodzinny kawowy biznes trzech generacji kobiet – dziewczynki, jej mamy, oraz babci. Kawę miały super, peklowane mięso w liściach bananowca jakby trochę mniej. Wracałem więc po tę kawę raz za razem, aż w końcu dostałem pozwolenie na przysiadywanie przy stoliku, zwalniając krawężnik dla kota i psa. Wolałem krawężnik, bo od stolika było bliżej do warsztatu motocyklowego, niż kotła z gotującą się kawą – ale z danego przywileju trudno zrezygnować – i głupio też odmówić. Zawsze mnie cieszy znalezienie takiego miejsca, do którego mogę wracać jak do siebie. Taka mała bzdura – ale jeśli od roku jedynymi stałymi miejscami, w których przesiaduję, są namiot i skrzypiące siodełko – nabiera to trochę większego, symbolicznego znaczenia. A jeśli jeszcze pachnie kawą… Chyba tylko kawa w Laosie była i smaczna, i nie rujnowała kieszeni.

Ale w końcu i z Luang Prabang musiałem wyjechać – i tak jak zazwyczaj ten moment przychodzi dla mnie z niecierpliwością – to tutaj było odwrotnie. Na szczęście – trudy i smak przygody nadeszły w nareszcie dziko wyglądających górach niedługo po przekroczeniu rogatek miasta, po skręceniu w drogę na wschód. Może więc jednak gdzieś na wschodzie jest nadzieja?

Mapy podpowiadały, że ta strona kraju będzie atrakcyjniejsza. Im dalej od Luang Prabang, tym drogi wspinały się wyżej, tym rzadsze stawały się wsie, a względnie duży ruch głównej arterii Laosu został gdzieś z boku. Ziemia zmieniła kolor na rdzawopomarańczowy, drzewa przeszły w sosny i eukaliptusy – było w tym trochę wrażenia Dzikiego Zachodu. Wjechałem do Równiny Dzbanów, laterytowej niecki pomiędzy górami, na której w kilku miejscach leżą tajemnicze, kamienne dzbany, nie bardzo wiadomo przez kogo stworzone w bardzo zamierzchłych czasach. Leży tam też niezliczona ilość niewybuchów z wojen całego dwudziestego wieku, co dla zdroworozsądkowego człowieka także wyklucza rozbijanie namiotu w zagajnikach, które aż się proszą o spenetrowanie. Ale jeśli Amerykanie tutaj właśnie w lotach powrotnych z Wietnamu zrzucali swoje niezrzucone wcześniej bomby – to powstrzymuję się przed  biwakowym ryzykanctwem i szukam szczęścia gdzie indziej, jadąc dalej w stronę Wietnamu. W zamglone, zimne, mokre i bezimienne góry.

Tam uparcie drogi trzymały się trawersów zboczy gdzieś w pobliżu szczytów, przeskakując z jednej strony grani na drugą, serią niekończących się zawijasów, rozdzielanych siodłami, którym daleko do powagi przełęczy. Anonimowe miejsca, w których zbocze z lewej strony zamieniałem na zbocze z prawej. Góra-dół, grań-siodło – i rzadko kiedy na rozdzielających je zjazdach tracę całą wcześniej z mozołem wypracowaną wysokość. Lecz i tak w ciągu tych dni suma przewyższeń zdarzała się dochodzić do poziomów znanych ze znacznie wyższych gór. Co jakiś czas odbija w bok jakaś ruda, ziemista droga, która aż prosi się o odwiedzenie, co jest dla mnie zupełnie poza zasięgiem, gdy nie mam żadnych porządnych zapasów jedzenia, a w porze suchej na wodę ze strumieni też nie ma co za bardzo liczyć.

Więc choć trzymam się głównej, choć wąskiej, drogi – zaczyna się kolejna przygoda z górami, ale tym razem bardziej malowniczymi – tak jak pierwsze dwa tygodnie w Laosie praktycznie wykreślam z pamięci bez żalu, tak ostatni tydzień ma zadatki na bycie zapamiętanym na dłużej. O to chodziło.

Niestety, wschód okazał się być czerwony – zderzam się bowiem z demoludową rzeczywistością. I o ile dzieje się to bezboleśnie, to powtarzalność i przewidywalność tych zderzeń zaczyna być męcząca na tyle, że nie mogę się doczekać dojechania do Wietnamu – wcale nie mniej czerwonego, ale i na niego czeka ów kredyt zaufania, jaki dostaje każdy nowy kraj, do którego wjeżdżam. A ja, mimo zdecydowanie poprawiających się krajobrazów, przestaję się cieszyć przebywaniem w Laosie. Podróżując, krótko czy długo, czasem po prostu trzeba przyznać, że coś się nie podoba – inaczej nie będę w zgodzie z sobą. Trudniej to zrobić, im większe są oczekiwania. Ale to jest jak zrobienie smutnego selfie – to nie jest seksowne, więc się tego nie robi. Ma być błysk, śmiech, wunderbar, i podzielenie się tym wszystkim z Wami. A tak nie do końca było.

Pierwszego dnia za miastem, które opuściłem z bólem i wizą do Wietnamu – już czeka coś specjalnego. Niedaleko przełęczy dostrzegłem zadaszoną platformę, idealną na noc. I widok w dół też nie jest najgorszy. Przy drodze siedzi ubrany na zielono człowiek z flintą bardzo niedzisiejszą – ale skoro siedzi tak otwarcie, to raczej nie jest leśnym bandytą. Strzelam (proroczo), że pilnuje bezimiennej przełęczy, na którą się właśnie wdrapałem. Pytam go na migi kilkakrotnie, czy mogę zanocować na owej platformie – i po upewnieniu się pcham rower pod górę. Wystarczyło wyjechać z miasta, i od razu wieczór ma zadatki na bycie wyjątkowym. Zdążyłem wykąpać się wodą z butelki w promieniach zachodzącego słońca, zagotować wodę, zrobić kawę. Siedzę, macham nogami i zwyczajnie cieszę się widokiem u moich stóp. Na dole ktoś wycina bambusy, a ciężarówki powoli wspinają się pod górę załadowane chińskimi chrupkami.

Niedużo czasu mija, jak widzę owego żołnierza wspinającego się po ścieżce – ale tym razem nie idzie pierwszy, i już nie patrzy mi w oczy. Pierwszy idzie jego kumpel (dowódca?), który jasno daje do zrozumienia, że spania tu dziś nie będzie. Nie ma znaczenia, że słońce właśnie zaszło. O dyskusji można zapomnieć, kiedy dodaje sobie animuszu karabinem, celując w nadajnik GPS położony na trawie – i porozumiewawczo mrugając do mnie, że jak się nie zwinę, to on postrzela w to świecące pudełko. Chyba zająłem strategiczną wiatę – z tym trudno dyskutować, mój poprzedni rozmówca był widać niedoinformowany. Nie stawiam się zbyt długo, choć zwijanie obozowiska po zachodzie słońca specjalnie mnie nie cieszy.

Gdyby to się zdarzyło jeden raz… Podobna sytuacja zdarza się jednak parokrotnie, co sprawia, że odchodzi mi ochota na dzikie spanie w Laosie, i wisi nade mną powrót do guesthouse’ow, na które tak wcześniej utyskiwałem.

Drugim razem – gdy już jestem rozłożony i gotowy do spania na skarpie – na dole mija zielony pickup, z którego patrzą żołnierskie oczy. Nie stanął, ale ja już wiem, że jego pasażerowie przez chwilę będą gorączkowo myśleć o tym, co zobaczyli – i wrócą, by coś począć ze mną, tym nieregulaminowym fantem. Podkręcam płomień na kuchence, by chociaż kawa zdążyła wylądować w termosie, zanim nadejdzie nieubłagana ewakuacja.

I ona, oczywiście, nadeszła. Co tym razem? Wojskowi uznali, że w środku gór, w środku niczego, będzie mi niebezpiecznie biwakować. Ja kucam na skarpie przy moim majdanie, trzej mundurowi kucają poniżej i patrzą bezmyślnie w smartfony. Czwarty, najwyższy rangą, jest w kontakcie z „bazą” – i tak na siebie patrzymy przez parę długich chwil. Nigdzie się nie ruszam, kawa się zaparzyła – częstuję ich, ale niczemu to nie służy. Mój plan, by ich spławić potrzebą skorzystania z toalety po kawie, spalił na panewce. Uśmiechamy się więc do siebie dalej – i dalej udaję, że nie wiem o co chodzi. Ci przynajmniej nie są agresywni – wykucali swoje trzydzieści minut, aż w końcu zatrzymują jakieś nowoczesne auto – słusznie podejrzewając, że kierowca może mówić po angielsku – i on mi lekko wystraszony tłumaczy, czego chcą. Co się okazuje – dla mojego bezpieczeństwa, pryncypialni przedstawiciele Ludowego Wojska Laosu chcą bym się przeniósł do ich bazy – tam, skąd przez ostatnią godzinę się wdrapywałem. Coś mnie tknęło i pytam, czy nie ma jakiegoś posterunku, który nie wymagałby zjazdu. A pewnie! – jest jeden i na górze – mogę tam pojechać. Ale mnie przestaje to wszystko bawić i mówię, że nigdzie po ciemku się nie będę wspinać. „Nic nie szkodzi, obywatelu obcokrajowcu, zawieziemy cię tam” – i zdumiewa mnie, że nie żal im tej godziny, jaką marnują na wywiezienie mnie do innych żołnierzy na przełęczy, gdzie pod męcząco ciekawskim okiem parudziesięciu rekrutów mogę, skonany dniem i przymusową przeprowadzką, ponownie ułożyć się do snu.

Mogłem trafić gorzej – rano budzę się w sąsiedztwie pary motocyklistów, co do których jestem pewien, że wieczorem ich tam nie było. Wszystko się zgadza – ich z kolei żołnierze w cywilu zgarnęli śpiących, po dwudziestej drugiej, bez mundurów – rano już bardziej wściekła niż przestraszona dziewczyna opowiadała, jak najpierw usłyszała jakieś głosy koło namiotu – a jej chłopak spał obok. Reszta scenariusza znajoma – postacie w ciemności, strzelby, brak konkretnych argumentów, no i to zaproszenie, któremu nie można odmówić. Tylko do nich, przyszli nieumundorowani, choć wciąż uzbrojeni. Nie powiem, co bym sam ze strachu zrobił w nocy w podobnej sytuacji.

A wszystko to dla Twojego bezpieczeństwa, drogi obcokrajowcu. Parę takich spotkań wystarcza, bym chciał już mieć ten kraj za sobą. Rzeczywistość zmusza mnie do cierpliwego czekania, bo drogi do granicy jeszcze przecież szmat, a idzie ona powoli – góry robią swoje. Wciąż głodny, bywa że wybucham i wykrzykuję do otoczenia swój żal i rozczarowanie. Znajduję metodę na niekończące się podjazdy – mówiąc sobie, że następnemu pickupowi dam się podwieźć. Żaden jednak nie jest wystarczająco dobry (cokolwiek by to miało znaczyć), na żaden się nie wpraszam, ale takie odliczanie pozwala rozbić niekończący się czas na bardziej strawne kawałki.

Wszystko jest w głowie, więc jak czas zatrze w niej to, co mi przesłaniało fajne strony, będę gotowy na powrót. Tym razem zacząłem swoją znajomość z Laosem na złej stopie. Może następnym razem będzie lepiej, lepiej się do tego przygotuję. Jakoś jednak z Wietnamu do Bangkoku w kwietniu będę musiał przejechać, i mając do wyboru Laos i podobno podobną Kambodżę – aczkolwiek gęściej zaludnioną, pozbawioną lasów i gór – nie wykluczam, że z musu zdecyduję się tu zajrzeć jeszcze raz. Wtedy jechałbym już też w stronę zachodzącego słońca, co swoim kiczowatym wydźwiękiem może poprawi mi humor, a sakwy wypchane wietnamską spożywczą kontrabandą ułatwią przetrwanie tej kulinarnej jałowizny, nim z powrotem wpadnę w objęcia tajskich kucharek. Na razie jednak – zdecydowanie wystarczy.

16 komentarzy

  1. Skoro wszyscy się zachwycają, to chyba wypada się zachwycać. Ale doprawdy nie wiem cóż za kulinarne uniesienia przeżywali ci, co zachwycają się laotańską kuchnią. W nas ten kraj wyrobił sporo wrażliwości- nauczyliśmy się dostrzegać różnice we wszędzie-takiej-samej zupie 😀
    Powodzenia w dalszej drodze.

    • No to się zachwycamy! (piszę to z Wietnamu, gdy powoli zaczynam się przejadać sajgonkami.. Też można). Widziałem, że też mieliście sporo pecha w Laosie, który mógł się zdarzyć gdziekolwiek – ale co zrobić, padło na to miejsce. Podobno teraz tam strzelają do wybranych turystów, a nam jak mało komu trudno by szybko uciec. Trzymajcie się – fajnych widoków w Himalajach już teraz Wam zazdroszczę. Pozdrowienia!

  2. Chyba lepiej ze juz z tamtad pojechales i Ci wojskowi Cie zgarneli… http://jclao.com/us-expands-laos-warning-attacks-tourist-route/

    • Viki, dobrze że to dostałem po wyjeździe. Trochę mnie dziwiło, ilu ludzi nosi karabiny na plecach tak po prostu (do maczet się przyzwyczaiłem, bo bez tego z domu się przecież nie wychodzi), więc nabawiłbym się paranoi czytając to po laotańskiej stronie granicy.

      Ale to jest akurat zła wiadomość, bo ta droga, o której mówią, jest jedynym sensownym połączeniem płn-płd. Akurat ten zapalny odcinek ominąłem, skręcając w Phou Khoun na wschód, ale w zasadzie wszystkie autobusy śmigają właśnie przede wszystkim między Vang Vieng i Luang Prabang. Ciekawe, czy to zwykli bandyci, czy to dalej ma coś wspólnego z ludem Hmong, których rząd tępi od parudziesięciu lat.

  3. Miałam dokładnie tak jak ty wysokie oczekiwania co do Laosu i również się rozczarowałam, a byłam dwukrotnie po miesiącu. Niby ok, ale bez większych wzlotów, a już wszechobecna „noodle soup” doprowadzała mnie do rozpaczy. Polecam spanie w szkołach i przy szkołach.. A Kambodża – południe jest fajne, północ podobno też.. nie wiem dokąd zmierzasz, ale rozważ. powodzenia..

    • Przynajmniej im bliżej wietnamskiej granicy, tym częściej zupa smakowała podobnie do pho. Ale rzuciło mi się w oczy, co o zupie pisałaś – to wtedy poczułem ulgę 🙂 Może dałbym sobie jeszcze drugi raz na południe kraju – nawet jeśli tranzytem – ale właśnie Vicky (powyżej) podsunęła link o bieżącym zagrożeniu – co mnie chyba do tego zniechęci. Więc spróbuję Kambodźy, jak sugerujesz – jakąś drogę do Bangkoku muszę znaleźć, a nie chcę tego autobusem przejeżdżać :). A ze szkołami – absolutnie prawda, nasz pierwszy nocleg w Laosie był właśnie w szkole i był bomba, łącznie z zaproszeniem na jakąś rodzinno-wiejską ceremonię w sąsiednim domu. Wszystko tłumaczyła nam jedna ośmiolatka, na tyle ile potrafiła. Ale na dłuższą metę potrzebuję samotności wieczorami, dlatego całego kraju na gościnie nie chciałbym przejeżdżać. Pozdrawiam!

      • Ale jakoś zgubilam się – gdzie konkretnie jesteś?
        Do Bangkoku z Laosu przez Kambodzę – no to może tak jak ja, tylko w odwortnym kierunku? Zalezy ile masz czasu. Masz wizę tajską?
        Zagrożenie na odcinku Kasi – Luang Prabang? REally? Jechałam dwa razy. Hmm

        • A no tak, teraz jestem na północy Wietnamu, i za pięć tygodni mam być w Bangkoku – teraz pytanie, jak daleko na południe Wietnamu uda mi się zjechać przez jakieś 3 tygodnie, zanim będę musiał skręcić na zachód. Stąd dylemat, czy przez Laos jeszcze raz, czy przez Kambodżę – i tak będzie fajnie 🙂 No i na granicę tajską trzeba tak wjechać, by zmieścić się w dwutygodniowym okresie bezwizowym, jaki dają wjeżdżającym na granicy lądowej (teraz tak jest, może jeszcze miałaś szczęśćie załapać się na miesięczne terminy 🙂 ).

          Z tymi strzelaninami, widać akurat jakieś były, ale przez kilka lat było o tym cicho. Ja sam zagrożony się nie czułem, Laos był spokojny dla nas – ktoś miał mniej szczęścia, tyle…

          • Z tego co słyszeliśmy zdarzają się przypadki uzyskania dłuższej niż 15 dni wizy na granicy. Podobno uznaniowo. Trzeba się ładnie uśmiechnąć. Spróbujemy za kilka dni.
            Niestety miniemy się w Tajlandii, ale życzymy wiatru w plecy. Zwłaszcza w Pamirze;)

            • A widzisz, gdybym nie miał wylotu na karku, nie miałbym nic przeciwko przesiedzeniu w Tajlandii ekstra dwóch tygodni. Nie zaszkodzi się ładnie uśmiechnąć i tak 🙂 Jak Wam z tym poszło? Pozdrowienia!

  4. Niestety się nie udało. Moja twarz chyba była za bardzo zarośnięta i dostaliśmy tylko 15 dni! A tak bardziej poważnie to pogranicznik słabo mówił po angielsku i mimo trzykrotnej próby wytłumaczenia mu o co nam chodzi i tak wbił standardowy czas. Kiwanie głową że rozumie nasze prośby oczywiście też były, ale sam wiesz jak to w Azji jest.

    • Solidarnie też nie będę golił mojej (ale tym razem miesiąca nie potrzebuję). Ale będę próbować.

      Ale jesteście już w Malezji, więc starczyło tych dwóch tygodni, pociąg to żaden wstyd przecież 🙂 Wasz blog to kolejna strona na liście do przeczytania na zaraz, żeby się zaktualizować – ale już dziś widziałem na Waszych kirgiskich zdjęciach (z „Schumachera”), że mijaliście jedną z wielu par Francuzów (oni chyba na tandemie jechali), którą spotkałem i w Osz, i w Biszkeku, i nad Issyk Kul. My naprawdę gdzieś się o bardzo niewiele minęliśmy tamtej jesieni!

  5. Wydaje mi się, że byliśmy w tym samym czasie w Kirgistanie. Tylko my spieszyliśmy się na granicę i wybraliśmy główną drogę, a Ty jechałeś poprzez Song-Kul. Także prawdopodobnie mineliśmy się minimalnie. A para Francuzów faktycznie była na tandemie, więc to musieli być Ci sami 😀

  6. W tym roku tam jedziemy się wspinać, mam nadzieję, że będzie równie fajnie jak na rowerze 🙂

  7. Tak się zastanawiam, czy przypadkiem twojego rozczarowania Laosem i naszego Wietnamem, nie łączy wspólna rzecz – zachwyt poprzednim krajem i wysokie oczekiwania. Nam wszystko podobało się w Chinach – od dróg i widoków, przez kuchnię aż po ludzi. Zdaje się, że podobnie miałeś po Tajlandii. Może już taka kolej rzeczy, że po cudownych przeżyciach w jednym miejscu, poprzeczka jest ustawiona tak wysoko, że kolejny kraj musi rozczarować.

    • Zdecydowanie łączy :). Mój drugi raz w Laosie już był skorygowany o oczekiwania, po pierwszym razie – i inaczej go odbierałem. Szczególnie, gdy Tajlandia okazała się być znacznie ciekawsza, w moim odbiorze, niż myślałem, że będzie. A teraz to już do tych wszystkich miejsc i tak bym wracał :). Pedałujcie dalej i cieszcie się tą swobodą, podglądam Was od czasu do czasu! Pozdro!

Brak możliwości komentowania