W cieniu wielkiej góry. Kirgistan

Na jednym horyzoncie – dalszym, północnym – majaczą wysokie góry, wyłaniające się z mgły zza brzegu jeziora Issyk-Kul. Za nimi jest już Kazachstan. Na drugim – bliższym, widocznym za przycupniętymi do ziemi, niedużymi rosyjskimi domkami i zachwaszczonymi parkami – drugi łańcuch, znaczący początek właściwego masywu Tien Szan, z granicznym siedmiotysięcznikiem Chan Tengri gdzieś za nim. Jeszcze go nie widać, ale świadomość jego bliskości i tak działa na wyobraźnię. Jestem w Karakol, tak daleko od jazdy rowerem, jak tylko się da. Rower został w Biszkeku, przykryty zmęczoną foliową płachtą, której na co dzień używam jako podkładu pod namiot – i od tygodnia odpoczywa, gdy ja przez ten oderwany od codzienności czas zażywam przyjemności podróży marszrutkami, taksówkami, piechotą. Dookoła jest dokąd chodzić. W Kirgistanie chyba zawsze jest gdzie się przejść, by było ciekawie – tyle tu przeróżnych krajobrazów w zasięgu ręki.

Jestem w tym kraju już prawie miesiąc – miesiąc, który jak wszystkie poprzedni, zleciał nie wiadomo kiedy. Jak już się wcześniej zdarzało, i tu przeplatam długie przejazdy przez góry postojami, które zawsze trwają dłużej, niż to sobie wyobrażałem, planując tę drogę z zacisza wrocławskiego mieszkania. Przed wyjazdem nie spodziewałem się nawet, że tak bardzo będzie mi trzeba przerw od jazdy. Od wakacji każdy musi raz na jakiś czas odpocząć. Czyli wszystko jest w normie. Tak też dzieje się i tym razem, bo – uwaga, uwaga – dotarła do mnie samozwańcza Grupa Wsparcia, z plecakami wypchanymi potrzebnymi na nadchodzącą syberyjską zimę ubraniami narciarskimi, oponami ze swieżym bieżnikiem, termosem mającym zastąpić ten zgubiony w Armenii, oraz kawą i polskimi Michałkami. Ale Grupa Wsparcia to przede wszystkim przednie towarzystwo i jego dobry wpływ na nastrój i podładowanie akumulatorów przed następnym etapem – i to było to, czego żaden kurier do Kirgistanu nie zdołałby przywieźć.

Więc zamiast gnać od razu dalej w Kazachstan i pędzić za uciekającą rosyjską jesienią – na Grupę Wsparcia zaczekałem w Biszkeku, załatwiwszy w międzyczasie część potrzebnych mi rzeczy na zimę, których nawet oni nie mogli mi przywieźć – i tym sposobem Biszkek z żadnym odpoczynkiem mi się na razie kojarzyć nie będzie. Zamiast tego robię tyle, ile się da, by przez następny tydzień nie musieć już robić prawie nic. Każdy ze znajomych za czymś tu biega, w porównaniu z nieprzywidywalnością chińskiego konsula, dostanie wizy do Kazachstanu jest pestką. Oprócz tego trzeba znaleźć porządne buty zimowe, i jeszcze spotkać znajomych z wcześniejszego szlaku, rozsianych po innych biwakowiskach tej najbardziej bezpłciowej z dotychczas zobaczonych stolic – wszystko odhaczone w biegu – grunt, że z głowy. Z listą pełną odhaczonych pozycji, wsiadamy wreszcie w samochód, chcemy pojechać na jakiś fajny koniec kraju (najlepiej taki, w którym jeszcze nie byłem) i przerywać leniwe siedzenie w pensjonatach wypadami w górską okolicę. Choć snuliśmy też plany krótkiej wycieczki nad jezioro Song – Kul – to wiedząc już, czym o tej porze roku pachnie przebywanie na trzech kilometrach, rezygnujemy z tego. Jedziemy nad inne jezioro – Issyk-Kul, leżące o połowę niżej, co daje jeszcze kilka dodatkowych chwil wytchnienia od nadchodzącej niepogody, oraz świeże jabłka z okolicznych sadów.

Od Biszkeku do początku Issyk-Kul trasa była mi już znana, dopiero co przejechałem tamtędy z Nickiem w drugą stronę. Sunęliśmy po nowym i gładkim asfalcie, a ja co godzinę mruczałem bardziej do siebie, niż do reszty, że „tu był kolejny biwak!”. Biwaki – wiadomo, występują plus minus co wieczór, a nie co godzinę… Pędzimy autostradą, mijając kilku rowerzystów jadących mozolnie w tym samym kierunku. Jadąc autem, coś jest wyraźnie nie tak, jak być powinno.

W Balykchy odbijamy od nowej drogi. Zaczyna się stary, spękany asfalt, biegnący południowym brzegiem Issyk-Kul. Przez następne kilka godzin jechaliśmy przez takie miejsca, w których co zakręt oczy coraz bardziej wychodziły z orbit. Było trochę jak nad Sevan w Armenii, tylko wszystko jakby powiększone – no i te jesienne kolory! Fantastycznie błękitna tafla wody, niskie drzewa z zielono-czerwonymi liśćmi, góry dokąd wzrok sięgnie – i to jakie góry! – poza wolniejszym tempem, nic więcej nie potrzeba. Na tej suchej równinie jedna mała dolina zastępowała drugą. Gdy w jednej zostało już tylko skoszone siano schnące w słońcu, zbierane właśnie przez ludzi przed nadchodzącą zimą, w innej, pełnej sadów, drzewa uginały się od czerwonych jabłek czekających na dobry moment, by z nich spaść. Kiedy tylko mogę, ukradkiem im w tym pomagam, nadrabiając wielotygodniowe zaległości w jedzeniu świeżych owoców i warzyw.

Tylko migał mi ten obraz za szybą. I przelatywał zbyt szybko! To, co powinno zająć przy dobrych wiatrach dwa dni i trzy biwaki, przeleciało w kilka godzin. Zapach jabłek pozostał daleko w tyle niezauważony, a przystanek nad jeziorem zajął tyle, ile zajmuje rozprostowanie nóg i dojście z drogi do plaży. Choć fajnie, to jest to przeżycie zbyt krótkie i zbyt powierzchowne. Podróż rowerem rozpieszcza, jej tempo jest nie do zastąpienia.

I tak do prawdziwej podróży zatęskniłem już po paru dniach, po jednej sześciogodzinnej przejażdżce marszrutką – bo pamiętam jeszcze świeżo, czym był przejazd przez dzikie serce Kirgistanu, który zaledwie przed tygodniem skończyłem z nieukrywaną ulgą. Ulgą czysto fizyczną, jaka często przychodzi po takich przygodach. Z ulgą w umyśle jest trochę inaczej. Mimo, iż pod ich sam koniec ma się już serdecznie dość kolejnych „wyzwań” i „barier nie do pokonania” – jak tylko trud i znój zmieniają się w coś lekkiego i przyjemnego, tęsknota za stanem poprzednim wraca jak bumerang.

Do Kirgistanu z Nickiem wjechaliśmy rowerami w momencie, gdy Pamir zaczął nam mówić „dość, mości panowie, nadchodzi zima”, sypiąc nam na pożegnanie pierwszym śniegiem w tym roku. Do dziesiątej rano zdążył stopnieć wszędzie, dokąd dotarło słońce – czyli na większości z dwudziestu kilometrów czerwonej ziemi niczyjej, oddzielającej chatki zamieszkane przez rodziny drogowców spod granicznej przełęczy Kyzyl-Art, od kirgiskiego posterunku granicznego na ostatniej prostej przed pierwszą kirgiską miejscowością, Sary Tash.

Nie wiem od kiedy, ani skąd mi w głowie tkwi skojarzenie, że Kirgistan ma kolor czerwony. Pierwsze kroki przez rozmoczone od nocnej śnieżycy błoto wcale nie napawały optymizmem na dalszą podróż, ale zdążyły potwierdzić te mgliste wyobrażenia – tak, tu jest czerwono. To z mojego bagażu i ze mnie, co wystawało poza obręb błotników, w parę minut było oblepione czerwonym błotem. Błotem, które dodało kilogram lub dwa do i tak już przeciążonego roweru – ale którego żal jest się też potem pozbywać, by mieć jakiś dowód wśród nowospotkanych podróżników w Osz, że za nami była naprawdę ciężka przygoda, że to akurat nam przytrafiła się śnieżyca podczas gdy im tylko słońce świeciło. Niby nikt z nikim tu nie rywalizuje, ale… przecież jesteśmy tylko przepełnionymi dumą ludźmi. W każdym razie – wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ciężka przygoda po kirgisku wcale nie będzie bez przerwy czerwona, bo kirgiskie Śródziemie mieni się wszystkimi możliwymi kolorami surowej ziemi, pierwotnymi, niezmienionymi przez ludzką rękę. Dopóki nas błoto na dobre nie przytłoczyło – pierwszy poranek w Kirgistanie zachwycił mnie wielkimi, otwartymi przestrzeniami – tam, gdzie trawa nie rosła, nadal tylko czerwonymi.

Ruszyliśmy z noclegu na międzygranicznej ziemi niczyjej do Sary Tash. Rzeka zabrała mostek po drodze, przy którym każdy, kogo znam, robi pamiątkowe zdjęcie roweru brodzącego przez rzekę – choć skala strumyka jest mniejsza od robiącego wrażenie rozwalonego przepływu pod drogą. Przed nami otwiera się dolina Alau, ograniczona górami Kichi-Alay od północy i ścianą gór Chong-Alau od Pamiru z drugiej strony – z potężnym siedmiokilometrowym pikiem Lenina błyszczącym w słońcu i wystającym na dobre trzy kilometry ponad trawiaste dno doliny. Staję po jej środku, piętnaście kilometrów oddziela mnie od obu ścian – jedne już są białe, drugie jeszcze zielono-brązowe.

I znów czuję to fajne uczucie bycia we właściwym momencie i we właściwym czasie – jeszcze dzień wcześniej, z braku śniegu, kontrast między jedną a drugą stroną nie byłby tak porażający. A tego dnia – porażał i poraził, niespodziewanie. Bo zarówno Kirgistan jak i Kazachstan były w mojej głowie jeszcze do niedawna tylko tym, co jest już po wielkim Pamirze a jeszcze przed wielką Syberią – tranzytową zapchajdziurą, o której mało kto w świecie prócz turystów w ogóle wie. Podobno ciekawym miejscem do zobaczenia w izolacji, ale jakby trochę mniej interesującym w kontekście zarówno tego co przed, jak i tego co po nim. Nie pomagał w tym odbiorze fakt, że jest to chyba jedyny kraj w tym zakątku świata, do którego nie potrzebuję wizy. Najnormalniejszy kraj Centralnej Azji, gdzie nikt nie patrzy na przyjezdnego podejrzliwie tak po prostu, z założenia. To tak, jak jechać na wakacje do Austrii – tylko góry ratują człowieka przed pogrążeniem się w otchłani nudy, bądź dolnego odcinka naddunajskiej ścieżki rowerowej. Siła uproszczeń mnie czasem przeraża. I rzecz jasna – po raz kolejny się zdziwiłem. Kirgistan to znacznie więcej niż tylko kolejne miejsce na trasie – to dzicz wciąż wygrywającej z człowiekiem przyrody i ciężka rowerowa orka w najlepszym słowa znaczeniu. Widać nie wszystko, co łatwo przystępne, musi być nudne.

Pal licho, że wyjeżdżając z Tadżykistanu, kieszenie już były dawno puste, a jedzenia w zapasie pozostało tylko na jeden dzień. Nick jeszcze zdążył przehandlować ze spotkanymi poprzedniego wieczora Włochami ostatnie tadżyckie pieniądze na nowe, kirgiskie – ale ja już nie miałem czego wymieniać. Zamiast tego, mam jeszcze trochę kaszy gryczanej i ostatnią puszkę mięsa z Chorogu. Zapożyczam się u Nicka na także jemu brakujące dziesięć dolarów, wymieniam je po podłym kursie na stacji benzynowej w Sary Tash – a i tak muszę się targować w pensjonacie, by niepotrzebną mi kolację zamienić na wieczorny prysznic. Ten pierwszy od Murgabu, żeby było jasne – dlatego jedzenie czegoś innego niż mielonka z Duszanbe spada na drugi plan. Nie szkodzi, że w rzeczywistości jest on tylko polewaniem się ciepłą wodą podgrzaną na piecu w betonowym pomieszczeniu o złowieszczo niskim, ciemnym stropie. Przynajmniej wody starcza na tyle, by się nie musieć ograniczać – a kto przejechał Pamir wie, że ciepła woda jest warta swojej wagi w złocie. Pani domu, widząc moją desperację, machnęła na to wszystko ręką ze zrozumieniem, i i tak nałożyła mi wieczorem ciepłej strawy, mimo iż zdecydowałem się na mycie kosztem jedzenia. Bardzo miło z jej strony.

Czyści, w cieple i z pełnymi żołądkami – tak znieczulonym nam wydaje się już, że to koniec tego, co najtrudniejsze. Droga do Osz – drugiego pod względem wielkości miasta Kirgistanu – to tylko dwa dni i dwie asfaltowe przełęcze do przejechania, o których w zasadzie nie ma co się rozpisywać. Jest ładnie, nowa gładka droga zwalnia z potrzeby ciągłego patrzenia pod koło, wypatrując większych od niego dziur. Choć niespodziewany upał nie dodaje nikomu z nas animuszu, ale pozwala zapomnieć o ostatnich zimnych nocach w Tadżykistanie. Sprawia też, że czujemy się przepojeni dumą, patrząc na siedmiotysięczniki za naszymi plecami. Nasze bieżące przygody ograniczają się do moczenia butów w rzece o poranku na własne życzenie, oraz bycia ochlapanym krowim nawozem rozjechanym przez pędzący samochód parę godzin później, gdy suszyłem te wcześniej zmoczone buty w słońcu na skraju drogi. Majtamy się na chybotliwym moście linowym w Gulcho, robimy pierwsze ognisko z wyschniętych krowich placków pachnące Pamirem. Powoli i nieprzerwanie gnamy do Osz – czasem nawet szybko – które wyrasta nagle i niepostrzeżenie, pośród gęsto zaludnionych wiosek i pól. Jesteśmy w Kotlinie Fergańskiej – ciepłym i ludnym zaprzeczeniu tego wszystkiego, co zostało zaledwie dwa dni za nami. W Osz czeka już na nas polecany przez kolejnych spotykanych po drodze rowerzystów pensjonat, w którego ogrodzie rozbijamy namioty – a ja cieszę się z zapachu mokrej trawy o poranku, tak dawno zapomnianym. Tutaj odpoczywamy, nabieramy sił i objadamy się przed The Middle Road  – kirgiską Środkową Drogą, która tydzień później okazała się być wyzwaniem na granicy przyjemności – i która to przyjemność na równi z nadzieją na „lepsze jutro” wracała każdego poranka w sercu Kirgistanu. Wymieniamy się wiadomościami o tym, co za nami i o tym, co przed nami. Plotkujemy z tymi, co tu dotarli z Tadżykistanu przed nami, i z tymi co jechali z naprzeciwka. I dowiadujemy się coraz więcej o tym, co nas czeka. The Middle Road, jak ubogi krewny Pamiru, w mało kim wcześniej powodowała cokolwiek więcej, niż wzruszenie ramionami. Ale zmienia się to z każdą zasłyszaną historią i z każdym spojrzeniem tych, którzy stamtąd wrócili – tym znajomym spojrzeniem, będącym mieszanką dumy i ulgi, które pokazuje nam właściwe miejsce w szeregu. A my przecież dopiero co wygraliśmy z Dachem Świata. A tu taka niespodzianka… Do której wrócę w następnym odcinku, bo na osobny występ ta kraina zdecydowanie zasługuje.

 

 

Brak możliwości komentowania