Kirgistan po raz drugi – nie ostatni?

Mi akurat do Kirgistanu chciało się wracać. Nie jest idealny, ale dla gościa z rowerem jest tu wszystko, czego potrzeba.

Zaczyna się czerwiec, jestem w Kirgistanie, w tym samym Kirgistanie, co pół roku wcześniej. Na karku mam dwóch przybyszów z Polski i stoję przed zadaniem takiego wyłuskania fajnych miejsc, by wrócili do domów zadowoleni. Problemy z przylotem oraz ich determinacja, by mimo przegapionego wylotu z Pragi przyjechać na dawno obiecane spotkanie, stawiają poprzeczkę wysoko. Mamy razem kilka tygodni na wyciśnięcie z Kirgistanu tego, co najlepsze i czego choć po części jeszcze nie widziałem – choć i tak trzeba gdzieś iść na małe kompromisy. A pogoda robi swoje i mimo szczerych chęci, nieraz się ten nasz luźny plan wali – gdy jedyne, czego nam potrzeba, to znalezienie suchego kąta i odłożenie do następnego ranka decyzji o tym, dokąd dalej zmierzamy.

I wszystko jest niby znajome, ale też zupełnie inne. Wystarczy pojechać tą samą drogą w przeciwnym kierunku, by ją poznać od drugiej strony, zapamiętać bardziej trójwymiarowo – chłonąc to wszystko, na co w ubiegłym roku potrzeba było racjonowanych obrotów głowy, bo przecież tyle było do odkrycia naprzeciwko. Teraz od czasu do czasu też głowę obracam by zobaczyć to, co jesienią – ale skupiam się jednocześnie na tym, co przede mną. Obraz robi się pełniejszy za drugim razem. Jakieś smaczki się odkrywają w przewidywalnych miejscach, kolejne zakręty kryją dużo wspomnień, które jedno za drugim wracają. Nie powiem, żeby nie sprawiało to jakiejś przyjemności, pomykać tak po Kirgistanie „na wyjadacza”.

Budzę się wczesnym porankiem, a namiot jest sztywny od szronu i trzeszczy przy otwieraniu. Znów przyszedł przymrozek, nad Song-Kul – tylko wiosną jest już jakiś mniej inwazyjny, już nie martwię się złowrogą rosą na rzeczach, która do tej pory zawsze przynosiła przed świtem przenikliwe zimno. Nie jest to też taki poranek, gdzie pierwsze promienie słońca oznaczają, że trzeba biegiem uciekać z namiotu, nim zwrotnikowe słońce w pięć minut zrobi z niego saunę nie do wytrzymania. Za godzinę wyjrzy zza wydających się niewysokimi gór, które – jak to na tych wysokościach – do jesieni pozostaną jeszcze trochę ośnieżone. Możliwe, że część śniegu, który na nich widzę, widziałem i ostatnim razem. Jego reszta, która zdążyła w międzyczasie zniknąć, w mikroskopijnej ilości skończyła też w naszych pustych butelkach w miejscu, powyżej którego jeszcze chyba nie było w tym roku owiec i znaczących trasy ich przejścia apetycznych bobków. Teraz zmarzlina się topi, przełęcze z zaznaczonymi na nich rzymskimi cyframi oznaczającymi miesiące, w których robią się przejezdne – właśnie robią się przejezdne – więc ruch na wysokogórskie pastwiska zaczyna się już kręcić. Brniemy w górę razem z tym nurtem, tak samo jak jesienią zjeżdżaliśmy w dół z nurtem przeciwnym, gdy pierwsze (a nie ostatnie) przymrozki kazały Kirgizom zwijać jurty i szukać schronienia w dolinach.

Aby jednak dotrzeć pod niebo nad Song-Kul, trzeba przekroczyć przełęcz Kaimak-Ashuu, która normalnie jeszcze sama by tajała w coraz cieplejszym słońcu własnym tempem, ale napierający sznur samochodów przyspiesza ten proces. Ten z nas, kto był na przełęczy szybszy, doznał luksusu poczekania na resztę ekipy w przejmującym zimnie wiatru, hulającym tam bez większych przeszkód. Zdołał też dać obszerny wywiad spotkanym na szczycie dziewczynom z Polski, prawdopodobnie nie mówiąc nawet, że dwóch bardziej ślamazarnych kolegów też tam niedługo dotrze – taki los ślimaków, być przystawką do głównego dania.

Wjeżdżamy na podniebne hale ze strumieniem ZIŁ-ów i Kamazów, zapakowanych – od podłogi do wierzchu – wszystkim, co się da, co może być potrzebne do przeżycia przez nadchodzące letnie miesiące. Na to wszystko zwyczajowo składają się stelaże jurt, okrągła czerwona konstrukcja – montowana u góry jurty, a symbolizująca słońce; meblościanki, grube zwoje linoleum, sterty grubych i ciepłych wełnianych mat (na jurty dla Kirgizów), czy bele dość cienkiego materiału udającego grube wełniane maty (na jurty dla turystów). W wolne miejsce na ciężarówkach nasypane są spore zapasy wysuszonego łajna do palenia zimnymi wieczorami. Dopiero na tym wszystkim, jeśli jeszcze jest miejsce, kołysze się kilka głów cieląt, mających podrosnąć na zielonych łąkach przez letnie miesiace – a które nie miały jeszcze na tyle sił, by iść ze stadami w wielodniowe wędrówki z dolin na wysoko położone jayloos. Do towarzystwa – w wielogodzinnej podróży na podskakującej na wybojach pace Kamaza – zmieściło się jeszcze kilka osób, otwierających sezon wypasania stad jednocześnie z plastikową butelką kirgiskiej wódki Fabrycznej. Zanim dojadą do szczytu, zdążą się już napić tak, że czasem odmowa kieliszka od takiego pana wymaga bardzo zawiłej dyplomacji, stanowczości, oraz wyrywania kierownicy roweru z ręki mocno bełkoczącego już człowieka. Za przyjaźń narodów! Za Związek Radziecki! – eee, nie tym razem.

I jesteśmy w miejscu, które najbardziej ze wszystkich do tej pory przypomina mi Mongolię, i jednocześnie mało przypomina to Song-Kul, jakie pamiętam z jesieni. A wystarczyło pojechać drugą stroną jeziora, zamienić wypłowiałe po lecie pastwiska na bezkres świeżej wiosennej trawy, na której pełno teraz kaczeńców, oraz wypełnić opustoszały jesienny krajobraz tymi wszystkimi stadami, po których wtedy nie było już śladu. Czuję, że zaległości Song-Kulowe właśnie nadrobiłem całkowicie. Już nic nie gryzie w tyle głowy, że coś w pośpiechu pozostało przegapione. I niech ten szron chrzęści sobie o świcie – jest przepięknie, wreszcie mamy czas, by się obijać do popołudnia – zanim zaczniemy brodzić przez rzeczkę, nad którą rozbiliśmy biwak, by móc dalej penetrować północny brzeg. Poprzedniego wieczora woda była zbyt wartka na takie przedsięwzięcia, ale rano – jak to po mrozie – śnieg topnieje wolniej, byki i konie przechodzą – brodząc po kolana – to i my sobie poradziliśmy.

W przeciwną stronę było jednak trochę ciężej. Z Song-Kul we wrześniu żegnałem się szybko, z szybkiej i trzęsącej drogi biegnącej jego łagodnie nachylonym południowym brzegiem przechodząc w tarkę tak paskudną, że nawet podjazd trzystu metrów na tę samą przełęcz co teraz ciągnął się strasznie długo. Wtedy byliśmy wyczerpani, świeżo po Pamirze i długich dniach podróży przez serce Kirgistanu – o którym wówczas jeszcze myślałem, że jest wyjątkowe w swojej surowości. Teraz podjeżdżam z zupełnie inną energią i kumplami tam, gdzie kiedyś zjeżdżałem, zjeżdżam w dół tam, gdzie kiedyś mozolnie jechałem z Nickiem na niskim biegu. I teraz też wiem więcej, że Kirgistan surowy i ciężki do podróżowania nie trzyma się tylko jego górzystego centrum – a zaczyna już za rogatkami Biszkeku.

Fajnie, że Maciek z Matim dali się poprowadzić drogą niestandardową – i uwierzyli mi trochę na słowo, że opłotki są fajniejsze od przepychanek z kirgiskimi kierowcami, bo już pierwsze kroki za miastem nie były łatwe. Jeszcze pierwszy dzień się nie skończył, a za nami już jest moczenie butów i aparatów fotograficznych w błocie, objazdy strumieni płynących środkiem zagubionych polnych dróżek, kiedy wciąż na tle zachodzącego słońca widać tych kilka bezustannie dymiących kominów Biszkeku – a mogli przecież powiedzieć, że lepiej gnać główną drogą. Ale ile tylko się da, omijamy i nową chińską autostradę, i starą – ciągnącą się w nieskończoność przez dziesiątki wsi. Ruch tam jest paskudny, pierwszy raz zdarza się, że kierowca ciężarówki goni stawiającego mu się rowerzystę z pogróżkami. Trzeba zapomnieć o dumie i wyniesionych z bardziej cywilizowanych dróg przyzwyczajeniach, i następnym razem po prostu zjeżdżać na dźwięk klaksonu, jeśli ego kierowcy jest rozmiaru ciężarówki, jaką jedzie. Nie najlepszy początek znajomości z nowym krajem, myślę sobie, dla chłopaków.

Uciekamy w bok, w szerokie, prawie płaskie zbocze doliny, które aż do linii zielonych pagórków jest tym wrednym rodzajem zbocza, którego pochyłości nie widać, dopóki się nie obejrzy do tyłu. Giniemy gdzieś w korycie rzeki, która rozlewając się żwirowym zygzakiem dawno pochłonęła resztki cienkiego asfaltu, nam pozostawiając opcję przejścia przez nią i próby szukania szczęścia po jej drugiej stronie. Mati i tak wpadł do wody, nie szkodzi mu więc sprawdzić, co czeka za skarpą – i coś jednak dalej jest. Przenosimy się przez koryto po raz pierwszy – ale i nie ostatni, dalej szukając szczęścia prawie aż do zmierzchu, wciąż będąc ledwie trzydzieści kilometrów od miasta. W międzyczasie – pomocny człowiek z samotnego domu stojącego na pustkowiu, na którym więcej jest zarośniętych kołchozowych fundamentów niż stojących zabudowań wyciąga samochód, by odebrać elegancką żonę z niedalekiej wsi, a przy okazji wskazać nam drogę. Po drodze auto mu się psuje, próbujemy je odpalać na pych, nic to jednak nie pomaga. Zmierzch już tuż tuż, ale na bliskim horyzoncie widzimy już linię topoli znaczących nasz cel tego dnia. Topole powróciły do codzienności. Tęskniłem za topolami. Palmy się do nich nie umywają. A żona gościa z Łady-widma nie pozostała sama – ze świeczkami zamiast świateł, mija nas wreszcie gdzieś jeszcze po drodze, jeszcze w sklepie mamy czas sobie chwilę porozmawiać, nie musząc już uciekać przed ciemnością wśród bezpańskich krzaków i traw.

Od razu czuć, że jesteśmy w tym drugim Kirgistanie, którego z Biszkeku nie do końca widać. To tylko trzydzieści kilometrów od centrum miasta, ale tutaj natura rządzi okolicą, tu strumienie wzbierające po opadach lub topniejących śniegach dyktują przejezdność drogi. Widoczne atrybuty postępu topnieją do telefonów komórkowych i używanych aut z Japonii, tutaj nie wygląda, jakby coś na przestrzeni czasu się miało szybko zmieniać. Po drugiej stronie potężnych gór, oddzielających stolicę praktycznie od całej reszty kraju, jakoś łatwiej mi to przełknąć – ale tak szybko, tak blisko stolicy, tego się nie spodziewałem. Wystarczyło zboczyć z głównej drogi. Jesteśmy za blisko, ta zmiana nastąpiła zbyt gwałtownie. Czy ktoś tu przyjeżdża, turyści jacyś może? – pytam przy różnych okazjach – w końcu, bądź co bądź, kręcimy się w okolicach dość znanego wąwozu Kegeti – a znanego przynajmniej wśród obcokrajowców mieszkających w Biszkeku. „A gdzie tam, tutaj turyści nie przyjeżdżają”. Nawet z Rosji? „A nie, Rosjanie czasem przyjeżdżają pochodzić po górach”. Dziwne – widać Rosjanie to nie turyści – ani ja sam nie jestem w stanie zrozumieć, skąd taka różnica w ich postrzeganiu względem ludzi z Zachodu – jeśli i oni przybywają tu w tym samym celu – ani nikt mi tej różnicy nie jest w stanie wyjaśnić. Turystów tu nie ma. Koniec, kropka – nie dyskutuj, jesteś turystą, nie znasz się.

(Tymczasem, właśnie spotkałem sympatycznych Rosjan w Osz – podróżują jednak! Czyli to dzieciaki z Kegeti się na rzeczy nie znają.)

A my jedziemy dalej. Rozkręcamy się. Topografia nam sprzyja – jadąc z Biszkeku na wschód bocznymi drogami, od pewnego momentu jazda sprowadza się do naprzemiennych długich i łagodnych trawersów w dół zbocza doliny Czujskiej, przetykanych krótkimi, na długość wsi zwykle, podjazdami, po których znów siuuuuup – i w dół. Samochodów niewiele, gonią nas dzieciaki na rowerach – wakacje się właśnie zaczęły, a nie każdy maluch przecież pracuje w gospodarstwie – wystarczy, że rodzice pracuję w budżetówce, i już może gonić turystów na swoim rowerze przez kilka wsi. Tym razem dwójka młodocianych jedzie z nami zdecydowanie dłużej, niż do tego przywykłem, i jak to dzieciaki – ale jeszcze nie nastolatki – niewinnie popisują się szybkością, robią kółka, zadają dziesiątki pytań bez cienia wstydu. Jestem najwolniejszy z nas wszystkich, więc niejako na mnie spada razgawor z malczikami. Obrywa mi się potem od moich druhów, że maluchy już zostały pasowane na „podróżników” – a oni jeszcze nie.

Tego dnia czekamy na nieuniknioną ulewę, która tłustymi, szarymi chmurami już wciska się na nasze niebo przez wąwóz Boom znad mas jeziora Issyk-Kul. Jeszcze całe popołudnie i kawał drogi przed nami – i w końcu dojedziemy do frontu – wieczorem spotkamy się ze ścianą deszczu i zaczniemy myśleć o tym, co dalej. Doliny oraz te naniesione na ich zbocza przez tysiące lat łachy gruzu z gór – w tych stronach są wielkie. Można przez pół dnia jechać po czymś, co jest gruzowiskiem naniesionym przez jedną małą rzeczkę – ale cierpliwie, przez wieki, zrobiła z tego wachlarz, jakiego w Europie chyba nie ma gdzie zobaczyć.

I w końcu ściana deszczu wyrasta przed nami, a nam trzeba gdzieś zanocować. Jak by pięknie te dni się nie zaczynały, passa burzowa nas nie omija – który to już kraj, w którym słyszę, że „panie, zawsze było pięknie, ale ten rok jest najsuchszy/najgorętszy/najbardziej deszczowy”? Szukamy ratunku na przystanku. Bo w Kirgistanie, jak w każdym zresztą posowieckim kraju, wszystko może leżeć i gnić, dawno zapomniane, ale przystanki autobusowe z tego rumoszu wystają jako jedne z rzadkich budowli, których jeszcze ktoś używa, od czasu do czasu pobiela, choć z obiektów sztuki użytkowej – jakimi często były – z każdą odłupaną cegłą coraz mniej zostaje. Burza daje popis swoich możliwości, nam zostawiając do nocowania albo taki przeciekający przystanek – a z nocowania w tych przybytkach już wyrośliśmy, po przeżyciu jednej burzowej nocy w blaszanej budzie w pobliżu czeskiej elektrowni atomowej przed dwunastu laty – albo taras  pobliskiej restauracji. Druga opcja wygrywa, ale na miejscu okazuje się, że choć mijając ją za każdym poprzednim razem zdawała się być opuszczona, to jednak jest zamieszkana przez pijącego w samotności stróża. Mężczyzna jest dziwny, jak na samotnego pijącego stróża przystało. Wieczorem jest w stanie zrobić wszystko, łącznie ze zgłębianiem tajników filozofii, dzwonieniem do żon bez zamieniania słowa – oraz akrobacjami karkołomnymi na jednej nodze. Jego animusz wyparowuje jednak wraz ze snem, który zostawia zmęczenie po kolejnej zapomnianej nocy, oraz zero szans na przypomnienie sobie, o czym wieczorem rozmawialiśmy. Po takich przymusowych noclegach i generalnie wzrastającej wieczorami ilości podpitych mężczyzn we wsiach, upieram się, by w miarę możliwości nie nocować za blisko osad, by wieczorem być już na otwartej przestrzeni, w której nie czają się ukryte upiory. Rozmowy za dnia są fajne, rozmowy przy namiocie poza pełną kontrolą rozmówcy – trochę mniej. Tym razem było przynajmniej uprzejmie.

Udaje nam się w końcu dotrzeć do jeziora – i serią zbiegów okoliczności i decyzji podejmowanych z dnia na dzień, jakoś wychodzi tak, że na kilka dni zapętlamy się w okolicy Bokonbajewa – miasta nad Issyk Kul. Choć na mapie, z satelitarnego oddalenia, nie wygląda to wcale efektownie, w rzeczywistości rozwala we mnie wiele dotychczasowych wyobrażeń o tym, jak planować podróże, kiedy czas nie jest problemem. Wiedząc już, co czeka na mniej zachwycających odcinkach, zapuszczamy się w te najpiękniejsze i mniej uczęszczanie na tyle, ile się da; na tyle, na ile pozwala roztopiony śnieg i nieprzerwane drogi. Mamy ambitne plany przejechania górskich przełęczy leżących na czterech kilometrach, ale tym razem nie wychodzi z tego za wiele. Droga za wysokogórską kopalnią złota w Kumtorze jest poza naszym zasięgiem, a o przełęczy Tosor wiem tyle, że miesiąc wcześniej kolegę z Anglii – który zdołał się tam wdrapać jednego dnia – rano w namiocie zasypał śnieg po pas, przez który musiał brnąć z powrotem do poziomu jeziora. Jest za wcześnie na takie numery. Odpuszczamy więc niebiosa, szukając pocieszenia w niższej okolicy między górami i jeziorem.

Zamiast pełnego objazdu jeziora Issyk Kul – dojeżdżamy tylko do połowy jego południowego brzegu, odbijamy na kilka dni w doliny do niego równoległe i wracamy do jego początku. Im mniej trzeba płacić za zobaczenie jakiejś doliny, tym lepiej – najlepsze okazują się być te, do których wjeżdżamy bez pojęcia o tym, co nas w nich czeka – oprócz tego, co można wyczytać z poziomic. Zamiast jechać do Karakol, uwieńczenia pętli dookoła jeziora, niebędącego niczym ciekawym samemu w sobie, przeciskamy się w dolinach niewidujących turystów, czujemy, że odkrywamy coś bardzo nieodległego od tradycyjnego szlaku, a jednocześnie skrzętnie omijanego przez wiele osób – ani tam nie można wjechać marszrutką, ani rowerem czasu nie chce się poświęcić na wjechanie, gdy pętla wokół jeziora wzywa. Sam wiele razy nie mogłem tak zboczyć – bądź też nie chciałem – poświęcać czasu na powolne odkrywanie pobocznych dróżek, kiedy główną doleci się dalej. Potrzeba czasu, czasu i upartości – i jednak chęci, by zechcieć poświęcić znaczący na mapie, a w rzeczywistości mniej ciekawy, objazd jeziora jako sztukę dla sztuki, dla zaspokojenia ciekawości tego, co się kryje za załomem góry, na którą trzeba najpierw się wdrapać. Za górę, którą mijam po raz trzeci, i ciągle nie wiem, co się za nią kryje (oprócz wielkiej czerwonej jurty, jeśli wierzyć legendzie mapy). A potem zamoczyć buty parę razy, przenieść rower kilka razy, wjechać w ślepą drogę, by się z niej cofnąć – takie tam uroki mniej uczęszczanych ścieżek.

A nad Issyk-Kulem nie wszystko wygląda różowo – choć czekają kilometry ładnych plaż, zbliżający się wieczór przymusił nas do zatrzymania się tam, gdzie kamyków jeszcze nie ma. Znajdujemy pierwszą drogę do już niedalekiego brzegu, jak tylko droga zaczyna się do niego zbliżać. W nadmorskiej (nadjeziornej) trawie roi się od upośledzonych półprzezroczystych komarów, które nie mają pojęcia o tym, jak spijać krew, ale sama ich ilość unosząca się w powietrzu drażni nas bardzo. Trzeba omijać krzaczki i kępki trawy, byle nie wzbudzać hord tych wrednych istot w powietrze – łatwo powiedzieć, ale nie da się tego zrobić. Jedyna nadzieja w deszczu, który sprowadzi owady do parteru. I deszcz przyszedł i faktycznie wybił te komary do ostatniej sztuki, ale nam zostawił niemiły prezent na pożegnanie. Zazwyczaj bowiem deszcz kończył się rankiem. Zanim zjedliśmy śniadanie i zebraliśmy bagaże, słońce i wiatr zwykły odwalać swoją poranną robotę, susząc namioty, zapraszając do wymarszu. Ale nie dzisiaj. Dziś leje bardziej, dłużej – i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – w końcu nie ma nic zdrożnego w odczekaniu do końca oberwania chmury – gdyby nie to, że z każdą kolejną godziną solnisko, na którym koczujemy, zamienia się w słoną zupę, a przestrzeń dzieląca nas od drogi nie chce już przyjmować więcej wody, i zamienia się w grzęzawisko, z którego nie ma dobrego wyjścia. Próbujemy wszystkiego, ktoś przepycha rower po prostu, ktoś zdejmuje sakwy i próbuje je nosić. O butach lepiej zapomnieć, bo przy pierwszym kroku zostaną w błocie zassane na dobre. Droga do wybawienia jest okrutna, a oblepiająca koła kilogramami glina jest z rodzaju tych, których woda nie rusza. Na szczęście – niedaleko, dotarłszy do asfaltu, był przepust i trochę wody, zbierającej się z wyżej położonych łąk, w której znużeni spędzamy resztę popołudnia doprowadzając rowery do stanu jako takiej używalności. Z jedną szczoteczką do zębów na trzy rowery oblepione gliną – po morale nie zostało już dziś ani śladu.

Gdy wracaliśmy tą samą drogą tydzień później – bajorko z rudą wodą wciąż było mętne od naszych rozpaczliwych wysiłków. Tym razem już się za siebie nie oglądam – poczeka to do następnego razu w Kirgistanie, który – mam dziwne przeczucie – jeszcze znów nadejdzie, i wtedy znów o kolejny raz mądrzejszy, zanocuję na kamienistej plaży.

Tymczasem – do zobaczenia po Pamirze! Za dwa dni muszę być na granicy, nawet w Kirgistanie nie można siedzieć wiecznie. Ciekawe, jak to będzie być TAM po raz drugi.

6 komentarzy

  1. Hubert, aż mi się na wspominki Kirgistanu wzięło, mimo iż tylko główną drogą przez niego jechałem. Przez Ciebie powrót do tego kraju, będzie formalnością. Nie wiem kiedy, ale będzie. Trzymam kciuki za Pamir i wiatru w plecy życzę.
    P.S. Stare sakwy Cumulusa. Nie widziałem ich długie lata. Super, że jeszcze się trzymają.

    • Siema Szymon! Miło to słyszeć – jedźcie, powroty wcale nie są nieprzyjemne. Teraz mi samemu się na wspominki bierze, jak tam lekko było – bo jestem po Bartangu, dlatego. Jak Wy tam podjechaliście w drugą stronę, trudno mi sobie wyobrazić, skoro w dół było cholernie ciężko… Misja ze zdjęciami – w zasadzie bez pudła! Niektóre reakcje były zaskakujące, szczególnie jak mnie ktoś brał za Ciebie, a Ania to przecież moja żona :). Więcej napiszę jak będzie lepszy internet, w Chorogu jest podły i reglamentowany. Widziałem też, że już jesteście w Australii – powodzenia!

  2. Już dawno tak fajnie nie czytało mi się bloga 🙂 Chociaż sam prowadzę, to przyznaję, że inne za często mnie nudzą – „10 najciekawszych miejsc na Pomorzu”, „15 rzeczy, których nie możesz przegapić w Krakowie” itp. 😉 U Ciebie to może kwestia miejsc – piszesz o części, w których byłem i innych, do których właśnie co zmierzam z innej perspektywy. Powodzenia i jak najszybszego powrotu na trasę!

    • Hej Krzysiek – dzięki za miłe słowa! Czasem coś mi się udaje napisać widać :). Jeszcze trochę czasu minie, nim Ci podrzucę „10 najciekawszych miejsc do zobaczenia w Kirgistanie” (może do tej pory zdąży mi się skończyć hosting, czy coś takiego). Ja już z powrotem w trasie, powoli gryzmolę historię z Bartangu. Ciekawych dróg życzę i Tobie! pozdrawiam.

  3. Ojoj, Hubert, po tych zdjęciach Kirgistan wskakuje wysoko na mą listę miejsc do zobaczenia. Pozdrowienia ze starej firmy 🙂

Brak możliwości komentowania