Pierwsze kroki w Rosji (i w Kazachstanie)

Duch Rosji – niezależnie od tego, gdzie byłem – włóczył się przy mnie przez wiele krajów, mimo oficjalnego zniknięcia z nich rosyjskich macek przed dwudziestu paru laty. I uprzedzał o zbliżaniu się do Rosji na długo zanim zobaczyłem rosyjskiego pogranicznika. Jak chłód zwiastujący zimę lub pojawienie się Buki w dolinie Muminków – wzbudzał we mnie przejęcie, jeśli nie dreszcze. Pora roku pewnie swoje trzy grosze też do tego dziwnego uczucia dodała.

W Rosji jest mi nieswojo – przynajmniej na razie. Jakich bym tu krain nie przejeżdżał, widoki są w jakiś nieopisany sposób niepokojące. Jestem na pustkowiach, na które zsyłano nie tylko naszych rodaków – może to dlatego? Słońce coraz trudniej przebija się przez szarą warstwę chmur, czasem sprawia, że szarość zmienia się w żółć. Do mrozów nie udało mi się poczuć ciepła słonecznego światła. I na razie jeszcze nie ma co odwrócić mojej uwagi od złowieszczych myśli, od samotnych wsi – po tysiącach wcześniej przebytych kilometrów, pełnych intensywnych krajobrazów – zmysłów tutaj nie porusza prawie nic. Dopóki wiatr wieje w plecy, nawet mi to nie przeszkadza. Podobno niedaleki Ałtaj będzie już inny – zobaczymy.

Ostatnio obiecałem, że wrócę do białych plam pośrodku Kirgistanu. Tylko, że nie te białe plamy mi teraz chodzą po głowie. Próbuję do nich wrócić, ale to nie ten czas. Siedząc w państwowym hotelu zamrożonym w jakichś pradawnych czasach w Ust’ – Charyshskiey Pristani, z dala od głównej drogi z Semipałatyńska do Nowosybirska, jestem całkowicie zajęty przeżywaniem tylko tego, co tutaj. Jest tego bardzo dużo, i ma wcale niedużo do czynienia z czystą jazdą rowerem. Ona oczywiście na wyprawie rowerowej gdzieś się także pojawia, ale wreszcie jestem w miejscu, gdzie nie goni mnie żaden niedaleki termin końca wizy – i mam czas rozejrzeć się i popatrzeć na to, co normalnie ucieka z kolejnymi kilometrami.

Dla tych z Was, którzy są niecierpliwi i chcą wiedzieć wszystko i szybko o Środku Kirgistanu – na razie zapraszam do przeczytania tego, co już napisał mój przyjaciel Nick – do znalezienia tutaj. Swoją drogą ciekawi mnie, dokąd go już teraz poniosło – przyzwyczaiłem się przez te dwa miesiące, że jednak nie jadę sam. Ponowne przywyknięcie do samotnej jazdy nie przyszło mi aż tak łatwo, jak bym sobie tego życzył – a fajnie, jak ktoś dodaje otuchy, gdy się stoi w szare i wietrzne dni samemu u wrót Syberii i Rosji.

Więc zamiast przywoływać atmosferę przeżyć w sercu Kirgistanu, próbuję napisać o tym, co dopiero zaczynam odczuwać i przeżywać. Mało tego – mógłbym rzec, że niewiele się po Kirgistanie wydarzyło – choć przejechałem różnymi środkami transportu już ponad dwa tysiące kilometrów od pożegnania z Biszkekiem. Niewiele – mimo przekroczenia dwóch granic między trzema krajami, przejechaniu dwóch stolic, przeskoczenia do kolejnej strefy czasowej. Żadnych powalających gór zasłaniających horyzont, tylko jedne pasmo oddzielające kazachską równinę od kirgiskiego jeziora Issyk-Kul, już ośnieżone na wierzchołkach. Żadnych przełęczy przyprawiających o zawroty głowy. Ba, żadnych miast mogących zachwycić (i dalej wracam ciepłymi myślami do Erewania). Zamiast tego – połacie trawiastego stepu, już trochę podmoczonego jesienią. Niekończące się pola i tak samo niekończące się pasy brzóz lub topoli między nimi. A jednak – coś w tej pustce mnie zahipnotyzowało na tyle, że nie potrafię się teraz skupić na Kirgistanie.


Trochę to było kłopotliwe – tłumaczyć reporterce gminnej gazety w małej rosyjskiej mieścinie nad majestatycznym Obem, w której zmuszony byłem zatrzymać się na kilka nocy po naprawie hamulców na niedalekim deszczowym rozdrożu, że od kiedy zacząłem się toczyć przez ten kraj, mało co mi się po drodze spodobało. A jeszcze nie wiedziałem wtedy, jak bardzo – na swój sposób – przez następne dwa dni w jej miejscowości mi się spodoba. Trochę było w tym mojej niezdarności z językiem rosyjskim, by za pierwszym razem dobrze wyjaśnić niuanse chodzące mi po głowie. Nie chciałem jej powiedzieć, że mi się tu nie podobało – po prostu nie napotkałem jeszcze nic namacalnego, a mogącego przykuć moją uwagę. Zamiast tego – jesienna pustka. Reporterka mnie drąży, próbuje podejść, zmienia temat rozmowy – by za chwilę znów spróbować wycisnąć ze mnie odpowiedź na to uporczywe pytanie – „no ale powiedzcie, co się wam tu najbardziej podobało?”. Żeby chociaż jakaś urocza wioska przewinęła się po drodze – ale nie, wioski powstawały tu wzdłuż torów kolejowych, a nie głównych dróg. Drogi konsekwentnie omijają miejscowości. Więc mogłem jechać cały dzień i minąć dwadzieścia wsi – ale od każdej nigdy nie dzieliło mnie mniej niż pięć kilometrów, których prawie nigdy nie ma po co nadrabiać, bo potem trzeba wrócić na główną trasę. A chleb można i w przydrożnej restauracji kupić.

Pani jest zawiedziona – a jeszcze przecież nawet nie zaczęliśmy rozmawiać o tym, co myślę o Ukrainie, do której koniecznie też nawiązała. Generalnie, seria moich odpowiedzi nie była najszczęśliwsza – ale lepszej na razie nie mogłem wymyślić.

Bo po drodze była tylko Rosja – i aż Rosja. Trwa to już kilkanaście dni, gdyż choć od samego przekroczenia kazachsko-rosyjskiej granicy nie minął nawet tydzień, to dla mnie rosyjski etap tej podróży zaczął się już chwilą opuszczenia Kirgistanu. I przyszedł czas na pustkę, z rzadka przetykaną jakimiś znakami ludzkiej bytności. Nie licząc kilku miast po drodze, oczywiście. Jeśli jeszcze gdzieś było swojsko – czyli jak w Azji Centralnej, która wraz z jej kulturami, rysami twarzy, jedzeniem i językami przez ostatnie miesiące stała się dla mnie w pewnym sensie codziennością – po wyjechaniu z Ałmaty i to zniknęło.

Rosja zaczęła się dla mnie na dobre już w kazachskim Semipałatyńsku. Niedawno został z powrotem przemianowany przez Kazachów na Semey – lecz ja nie mogłem się przestawić na to nowe słowo. Skoro nawet na bilecie kolejowym widnieją stare nazwy – czuję się usprawiedliwiony. Od dziecka znam Semipałatyńsk w jego pełnej, rosyjskiej nazwie – bynajmniej nie jako miejsce zsyłki Dostojewskiego, a jako jeden z dwóch radzieckich poligonów jądrowych. To przez to negatywne skojarzenie, semipałatyńscy radni niedawno jednomyślnie zmienili nazwę na tę dawniejszą.

Semipałatyńsk w moich dziennikach figuruje już tylko pod skrótem „S.” – jego pełna nazwa jest wyjątkowo uciążliwa do wielokrotnego pisania. A pisałem dla siebie o S. dużo. Przez wiele dni byłem w drodze do S., potem dłuższą chwilę w samym S., i jeszcze kilka dni w drodze po S. – zamiast przeżywać dane miejsca, z racji ich anonimowości wszystko nieuchronnie odnosiłem do S. Z S. jest podobnie jak z Rosją w mojej głowie – jest czymś, co wywołuje we mnie bliżej nieokreślony lęk i od czego trudno się opędzić. Stał się niechcianym, trudnym do zastąpienia, punktem odniesienia.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego S. to już Rosja pełną gębą. Kazachowie nie są narodem nawykłym do osiadłego trybu życia, miasta zakładali tu Rosjanie. Tak jak Biszkek, S. zaczął swój żywot jako fort gdzieś na granicach carskiego imperium. W samym powodzie założenia S. nie ma chyba nic złego, ale potem było tylko gorzej. W S. Rosyjskie państwo (a kto inny?) zostawiło paskudne świadectwo swojego lekceważenia wszystkiego, czego się da – natury, ludzi, ich zdrowia i życia. Na nieodległych stepach na zachód od miasta założyli poligon jądrowy, na którym przez czterdzieści lat testowano to i owo. I w 1992 r. pewien wielki kraj się po cichu rozpadł, a Kazachstan jako ostatni ogłosił niepodległość – i dostał w spadku ten ciężki bagaż. Wówczas Rosjanie zwinęli manatki i stąd wyjechali, zostawiając otwartym ogromny obszar nienadający się do życia – a Kazachom w tym ciężkim czasie podobno brakowało funduszy nawet na wystawianie dobrej straży dookoła niego. Poligon był otwarty zarówno dla kazachskich pasterzy, jak i zostawiony na pastwę zbieraczy złomu – niepomnych zagrożeń, jakie niesie ze sobą zbieranie napromieniowanego metalu.

Takie to miejsca Rosjanie tu urządzali. Nietypowe, jeśli myśleć w kategoriach atrakcji turystycznych. A mimochodem S. stał się dla mnie początkiem ostatniego etapu tegorocznej turystycznej podróży. Granica jest już tylko dwa dni drogi stąd.

Już na rogatkach tego miasta na „S” widać coś … zatrważającego? Ludzie wyszli na, być może ostatnie w tym roku, grzybobranie. Gąsek w Polsce nie widziałem od dzieciństwa – bo trudno je znaleźć, można też pomylić z muchomorami. No i przecież nie wszędzie rosną. W Brodnicy rosły na – nomen omen – poligonie. A tutaj, w słoneczne, październikowe popołudnie, wygląda jakby całe miasto wyległo zapolować na gąski – też w cieniu poligonu, tylko trochę innego. Na poboczu drogi stoją dziesiątki aut. W nich całe bagażniki grzybów wysysających z ziemi wszystko to, co najgorsze. Widać, ludzkie przyzwyczajenia i odruchy są silniejsze od argumentów. Uciekam stąd jak najszybciej – choć w tamtym momencie nie nazywałem tego ucieczką, po czasie orientuję się, że wyjeżdżam z S. szybciej, niż musiałem. Nie mogłem tam dłużej usiedzieć. Miasto było bardzo przygnębiające, zadymione, szare, brudne, a spojrzenia spode łba też leciały w moim kierunku kilka razy. No i jeszcze ta historia beznadziei, też się za nim ciągnąca tyle już lat – i która jeszcze będzie się ciągnąć przez tyle pokoleń, przez ile będą się pojawiać problemy zdrowotne jego mieszkańców.

Tymczasem sunę na północny wschód, gdzie każdy zdobyty pagórek odsłania kolejnych kilka – i tak dzień za dniem. Przypominają mi się ujęcia z Doktora Żywago – choć śniegu jeszcze nie ma, to brzozowe przepierzenia między bezkresnymi polami jednak kojarzą mi się jednoznacznie. Takie to mam wąskie horyzonty na myśl o rosyjskich horyzontach niczym nieograniczonych. I dlatego tu przyjechałem, by je zmienić i te swoje niepokoje oswoić.

I na całe szczęście – najjaśniejszą stroną Rosji, jak na razie, są właśnie ludzie. I bardzo pomagają w tym oswajaniu sie z nowym miejscem. Na brak życzliwości narzekać w żaden sposób nie mogę, a mój pobyt w Ust’ Charyshskiey Pristani był być może jednym z najfajniejszych doświadczeń gościnności i bezinteresownej pomocy, jakich do tej pory w świecie doświadczyłem. Może będzie takich więcej w Rosji, ale na razie skromnie nie nastawiam się na to. Tam, dokąd turyści dojeżdżają, trudniej o specjalne traktowanie – ale tu chyba byłem pierwszym rowerzystą i być może jednym z pierwszych turystów w ogóle. Co z tego, że w sobotę prom przez szeroki Ob nie pływa. Już czeka na mnie łódka i półgodzinne ślizganie po wietrznej rzece, za które nie mam płacić, a jedynie opowiedzieć w świecie, że Przystań to taki fajny koniec świata, w którym można przyjemnie odpocząć. Tak samo nic nie kosztuje przeniesienie do lepszego pokoju w hotelu, zaproszenia na śniadania z panią z muzeum i obiady na koszt gminy. I za hotel koniec końców też nie przyszło płacić. I za słoik miodu gryczanego domowej roboty, który smakuje po raz pierwszy od wielu miesięcy jak ten, który robi się na Zamojszczyźnie. Rozpowiadam więc już teraz. Na szybko cichnące pytania o cenę – odpowiedź  pani Antoniny Iwanownej brzmiała: „pan tu nie jest od zadawania pytań”. Przestałem pytać i z gościa hotelowego zmieniłem się w gościa po prostu, a między jednym i drugim jest kolosalna różnica – na korzyść tego drugiego, rzecz jasna.

Pal licho, że na posterunku milicji przy okazji pierwszej rejestracji w hotelu w tym kraju, najgorsze stereotypy o urzędnikach wymieszały się po równo z tymi o … no właśnie, o czym? Jak to nazwać, jeśli zostałem wzięty za podejrzanego, przestępcę, i jeszcze wizowego oszusta. Ech… Gdyby nie bardzo nieprzyjemna, a nieunikniona wizyta na komendzie, zostałbym w Przystani dłużej. Nie chciałem jednak czekać, aż po zadeklarowanych przeze mnie dwóch nocach, po których musiałbym na nowo się tam zarejestrować, naburmuszona urzędniczka-zrzędniczka zmieniłaby zdanie. Po drugiej stronie wielkiego Obu, w drodze w kierunku Ałtaju, czułem się już bezpieczniej.

Ale co z tego, że czas się tu miejscami zatrzymał w mrocznej epoce? Czas odkuwać stereotypy i uprzedzenia, którymi zdążyłem zarówno po drodze jak i przez wcześniejsze lata mocno obrosnąć. Wystarczyło parę spotkań z ludzką stroną tego kraju, i znów się ucieszyłem, że tu wylądowałem.

 

 

8 komentarzy

  1. Hubi ten pomnik „silniejsi od śmierci” przypomina mi coś innego bardziej niż grzyba atomowego. Coś co dzieki MG jeździło na tylnej szybie fiesty dość długo 🙂
    P.S. Czujesz bliskość tego posta? Tak – to i dobrze bo wysyłam go z Białegostoku 😉

    Pozdrower i ucałuj wujaszka lenina :*

  2. Super Panie kolego, fajna ta Rosja nie wiem ale jakoś mi się podoba. Może to te przestrzenie, a może to lektury, które czytałem i teraz te zdjęcia.
    Jejku chciałbym żeby mnie poniosło i musiałem to napisać tzn. wygadać si ę bo nie ma komu i jakoś tak smutno bez rozbijania namiotu byle gdzie. Wstawania, wschodów i zachodów słońca. Oj brakuje tego wszystkiego
    P.S skąd masz taki fajny kilim? 🙂

    • Nie zazdroszczę Ci, jak powrót do rzeczywistości tak przybija. Rosja jest ciekawa, jeśli nie najlżejsza o tej porze już – więc nawet tych wschodów i zachodów mniej, bo przez chmury nie chcą przebijać. Robi się tylko szaro – ale co zrobić.
      (a dywanik z Kirgistanu – przed namiotem daje namiastkę domowej atmosfery 🙂 Byle nie był mokry – wtedy śmierdzi mokrym baranem … )

      Pozdrowienia!

  3. Hubert, masz pozdro od Opsów z Remontu!

  4. Hehe MG lepiej szastaj zartami bo wujek Wlodek zesle Cie do Gulagu ;P Niestety Rosja o tej porze roku nie jest najradosniejszym krajem, ale na pewno ludzie ktorych spotykasz po drodze dodaja otuchy i nadrabiaja z nawiazka za stracone wschody i zachody slonca.
    Uwazaj na siebie HG. Odezwe sie z Polandii 😉

Brak możliwości komentowania