Zapomniane notatki z Iranu

Z zakamarków dzienników, jak niespodzianki, wyciągam wiele szczegółów z tamtego miesiąca w Iranie, których już zwyczajnie nie pamiętam. I dziwię się teraz jednocześnie, że tak duży wpływ na moje późniejsze odczucia z tygodni spędzonych w tamtym kraju miało kilka zdarzeń z pierwszych dni – bo tak się jakoś zawsze musi dziać, że to, co mnie spotyka w pierwszych chwilach, zostawia (zbyt) trwały ślad na kilka następnych tygodni. Zwykle oznacza to o kilka tygodni zbyt wiele, bo zanim nieufność przejdzie, ja prawdopodobnie zdążę też już przejechać kolejną granicę. Ta niefajna cecha z czasem zaczęła u mnie zanikać, ale nie od razu potrafiłem się jej pozbyć

Z winy mojej i paru policjantów, którzy ze zbyt poważnymi minami musieli wyrosnąć przede mną akurat w pierwszych chwilach oswajania się z tym zupełnie nowym, po Europie, światem – zamiast obdarzyć je normalnym w późniejszych miesiącach kredytem zaufania, znajomość z Iranem zacząłem od nieufności. Jak się potem z kolejnymi spotkaniami okazywało, zupełnie niepotrzebnie – natomiast Iran, jak nowo poznana osoba, chwilę sobie popokutował przez niekorzystne pierwsze wrażenie. Miłość od pierwszego wejrzenia? – nie tym razem.

Teraz, już po powrocie do Polski, zostałem ugoszczony przez Anię i Szymona borowiackimi gościnnością i nalewką (borowiackie – to od Borów Tucholskich), sporządzoną zanim jeszcze ktokolwiek z nas zaczął przygodę z zapakowaniem się w sakwy i zostawieniem nalewek w domu na kilkuletnie dojrzewanie. Przy tej okazji, z ich ust dociera do mnie umiarkowanie entuzjastyczna opowieść o jednym z tych krajów na Ziemi, z którego wszystkie inne historie są entuzjazmu pełne – a szczególnie te rowerowe! Nie zdradzę, o który kraj chodzi – ale słyszę w ich jego opisie podobieństwo do tego, jak ja opisywałem moje przeżycia z Iranu. A oni po trzech miesiącach podróży „gdzieś tam”, z rosnącym trudem wyłuskują entuzjazm, przygaszony spotkaniem z tamtejszą, miejscową rzeczywistością. Jak to ująć, że „tamto miejsce” w zderzeniu z oczekiwaniami, chyba jednak zawiodło? Albo że, na przykład, taki Iran – to nie to? Tylko głupio to napisać. I mam bardzo podobne wrażenie, że o Iranie też nie wypada powiedzieć złego słowa, gdyż mój głos będzie odosobniony w potoku zachwytów.

A jednak – napiszę to.

Ależ tam było gościnnie!

Mimo tego, że znajomość z Iranem rozpocząłem na złej stopie. Jak w Rosji, czy Górskim Karabachu – irańska policja, na którą akurat musiałem się napatoczyć w ciągu pierwszych dni, odwaliła krecią robotę, której nie dały rady zrobić nawet sączące się z plakatów spojrzenia szatańskich ajatollahów. Te były na swój sposób zabawne, szczególnie w otoczeniu grafik białych gołąbków pokoju, oraz uprzejmych ludzi, na których ich diabolicznie spojrzenia padały. Surowy wzrok starych brodaczy tylko trochę oderwany od sennej, w gruncie rzeczy przyjaznej, rzeczywistości.

A tego, co to była za policja, akurat nie mogłem być pewien – gdyż tych w Iranie jest od diabła i jeszcze trochę. I poza drogówką – są bez oznaczeń po angielsku mówiących, z kim mogę mieć do czynienia. Ci na pewno nie byli zabawni, jak inny rodzaj policji, strzegącej moralności przed moją nagą agresją na kempingu nad Morzem Kaspijskim. Tamci chłopacy gonili mnie z żółtym gwizdkiem, idącego pod prysznic bez długich nogawek – jak tu nie się nie uśmiechnąć na wspomnienie żandarmów z Saint-Tropez, z którymi skojarzenia nasuwały się same. Z tymi żandarmami w końcu też się zresztą polubiłem, choć nasza jednodniowa więź była dziwnie bliska tej między więźniem i konwojentem, gdy mnie tak konwojowano do kąpieli.

Zanim jednak zauważyłem, że przyjazność wśród ludzi jest tam naturalna, niewymuszona – uderzyło mnie coś innego. Cholerny upał. Strefa gorącego środka Eurazji dopiero zaczynała się przede mną otwierać – lecz fakt, że żar w Iranie przyszedł tak nagle i że musiałem się do niego przyzwyczaić z dnia na dzień, był tym szokiem, który wrył mi się w pamięć najbardziej. Zakurzony uzbecki piekarnik nie był wcale łagodniejszy. Po irańskiej zaprawie, robił już jednak mniejsze wrażenie. Choć akurat w nocy temperatura wciąż jeszcze potrafiła spaść tak, że budziłem się w namiocie z zimna. Chcąc, nie chcąc, musiałem przeprosić się na kilka tygodni z ciepłym śpiworem, który, jak się okazało, jednak nie miał jeszcze zupełnie wypaść z łask.

Ponad pofałdowanymi pagórkami irańskiego Azerbejdżanu górował ośnieżony szczyt wysokiej góry Sabalan, do której śliniłem się przez tydzień, cierpliwie jadąc od północnego-wschodu dookoła niej, za alternatywę mając główne drogi do Tabrizu. Z leżącego na skraju piaszczystych pustkowi, więc skazanego też na najgorsze upały, Tabrizu, na pewno wziąłbym już autobus do Teheranu, a nie po mojej myśli było tak szybko poddać się Iranowi bez walki. Wśród pagórków Azerbejdżanu jeszcze miałem trochę szans na cień. W zasięgu wzroku migotały zwały śniegu, za to w zasięgu ręki miałem tylko pożółkłe trawy i ruszające się w gorączce powietrze. Tak pożądany wtedy chłód był na szczycie góry, niedostępny tak samo, jak Ararat z Erewania. Czy tam, wysoko, byłoby jednak lepiej? W tym samym czasie, gdy ja się kręciłem u podnóża Sabalanu, pewien spotkany jeszcze w Gruzji kolega musiał uciekać od całkiem wiążących zalotów irańskiej dziewczyny, w schronisku pod jego szczytem. Ja mogłem tylko pomarzyć o takich rozpraszaczach, zamiast tego szukając skrawków cienia na rozgrzanej ziemi u podnóża samotnego wulkanu. Już wtedy zaczynałem sobie wbijać do głowy, że na rower Iran jest nie okej, a jedynym dobrym sposobem, by go przejechać, to wynająć stary irański samochód i objechać nim Sabalan niespiesznie, nie kiwając ani palcem, ani tym bardziej łydką. Choć po widoku otwartych okien w samochodach dochodzę do wniosku, że auta wcale nie muszą mieć klimatyzacji (co do czego upewniłem się później w taksówkach – jak dopłacisz, kierowca ją włączy) – to brak wysiłku związanego z przeciskaniem się przez gorące powietrze i tak przyjąłbym z ulgą. Zimny łokieć to marzenie rowerzysty w irańskim upale i coś, czego zazdrościłem uśmiechniętym facetom mijającym mnie w swych autach, nieraz zamieniających go na uniesioną w pozdrowieniu dłoń, na tym łokciu wspartą. Bo Irańczycy byli fajni, i jeśli ruch nie był zbyt gęsty, to jechać wśród nich – z powodu niespiesznego tempa, pozdrowień, czy uśmiechów – było po prostu fajnie. Słabiej było tylko w centrum Teheranu, czy na ciasnych, górskich drogach, w które wciskał się ruch odpowiedni dla autostrady. Tam był drogowy żywioł i zmysły wyostrzone do granic możliwości, by się przed nim bronić i nie dać rozjechać.

A ten suchy krajobraz pojawił się znienacka. I walnął mnie w twarz mocno, zmuszając do pobudek o trzeciej w nocy, by choć trochę zdążyć przejechać we względnym chłodzie poranka, kończącym się zazwyczaj koło dziewiątej, jeśli tylko miałem szczęście przemykać się w cieniu jakiegoś pagórka. Poważnie się wtedy zacząłem zastanawiać, czy nie rzuciłem się na coś zbyt wielkiego – czyli pchanie się w nieodległe już po Iranie pustynie w środku lata, bo upały już w Iranie znosiłem tak sobie. Choć z drugiej strony, wreszcie nabrało to wszystko smaku egzotyki, czegoś bardzo innego od stron dotychczas znanych. I chyba po raz pierwszy wreszcie poczułem, że jestem bardzo daleko od Polski, co było bardzo ekscytujące, ale też … przestraszyłem się tego. W końcu – wraz z przejechaniem mostu nad granicznym Araksem – wreszcie otworzyła się przede mną Azja!

Jałowizna skalistego irańskiego krajobrazu wyrosła mi przed nosem, jakby ktoś uciął zieloną Armenię nożem. W poprzek końca doliny, w której gnieździło się Meghri – ostatni armeński przystanek – strzelała w niebo bardzo wysoka ściana rudej skały, a na niej ani jednej plamy zieleni. Jeszcze tylko było trzeba przekroczyć upiorną, drutami kolczastymi ozdobioną, granicę. Zza wyższych ode mnie trzcin zarastających brzegi rzeki Araks, zacząłem wypatrywać lokalnej drogi, którą znalazłem wcześniej na zdjęciach satelitarnych. Ale nie mając mapy Iranu, nie mogłem być pewien, czy ta droga będzie na tyle dobrze oznaczona, bym mógł jej zaufać na wiele nadchodzących dni, znając jedynie nazwy miasteczek, przez które chciałem przejechać do pierwszego dużego miasta – Ardabilu. Zagadka miała się zacząć rozwiązywać niedługo później – mapy na razie nie zdołałem dostać, więc pojechałem w ciemno – tam, gdzie między pagórkami jakiś asfalt się jednak wił i wspinał ku horyzontowi.

I tak dotarłem rowerem do Iranu. A może do Azerbejdżanu? W tych stronach, którymi jechałem, mieszkają i Persowie, i Azerowie, historyczne granice też się zmieniały przez stulecia przepychanek między imperiami, a obecne irańskie prowincje graniczące z Azerbejdżanem nazywają się … Azerbejdżanem. Znów mam jak na dłoni widoczne, że nazwy to rzecz bardzo umowna. Przez te dni, niejeden zresztą człowiek powie mi po drodze, że on akurat jest Azerem. Lub też nie powie tego wcale – aż do momentu, gdy na pożegnanie naszej krótkiej, podróżnej znajomości, podaruje na pamiątkę płytę z azerską muzyką.

Który z tych krajów by to nie był – trochę się go jednak bałem, nieznanego i najbardziej obcego ze wszystkich, które do tamtej pory wyrosły na mojej drodze. Trwała ona wtedy raptem trzy miesiące – dziś myślę, że podszedłbym do tego z większym dystansem, którego – naturalnie – z czasem zacząłem też coraz więcej nabierać.

A która historia o Iranie nie zaczyna się od tego, że jest najbardziej gościnnym ze wszystkich krajów na świecie?

Ta mogłaby, po zbyt skrupulatnej armeńskiej kontroli granicznej, gdy na moście granicznym uśmiechnięty chłopak z budki machnął ręką, bym przejechał. Gdy spędzałem czas w hali przybyć do Iranu – bo choć senne, to miejsce to przypominało prowincjonalne lotnisko, z budkami urzędników, sklepikami, jedzeniem, dwoma kantorami ze śpiącymi panami, których wyrwałem z drzemki potrzebą wymiany twardej waluty na miękkie riale. Wszyscy byli strasznie uprzejmi, łącznie z naczelnikiem, sprawdzającym mój paszport. Tylko flaga Iranu falowała powoli nad posterunkiem, dodając mu po równo tyleż grozy, co i majestatu. A Irańczycy przyjaznym nastawieniem bili na głowę zirytowanych moją obecnością armeńskich pograniczników.

Na rogatkach strefy granicznej po raz pierwszy i ostatni zobaczyłem też irańskich podróżników, z autem zapakowanym po dach, jadących do jednego z ościennych krajów bez ceregieli, bez trudnych do otrzymania pozwoleń i wiz. Bo spotkać Irańczyka w drodze to coś bardzo rzadkiego – poza kierowcami starych jak świat, notorycznie po tylu latach psujących się amerykańskich ciężarówek (jeszcze z czasów sprzed irańskiej rewolucji), stojących nieruchomo i bezradnie na poboczu armeńskich dróg. Ci ludzie z osobówki weseli byli i bardzo gorąco mnie powitali w Iranie. Jak wiele osób po nich, przez ten cały czas pomiędzy początkiem i końcem mojego pobytu. Jadą powoli, nie drapią mnie po ramieniu lusterkami swoich samochodów, machają, mrugają światłami. Dawali się lubić, ja też się starałem dawać dobry przykład Polaka – o co było łatwiej, od kiedy dzięki naszym siatkarzom walczącym z irańskimi jak równi z równymi, każdy Irańczyk dawał mi wykłady o naszym zespole i jego poszczególnych zawodnikach, o których ja nie miałem bladego pojęcia.

Aż dotarłem do małego miasteczka Varzegan, przejeżdżając wyschniętą krainę znajdującą się między Armenią a łatwiejszym do nawigacji wybrzeżem Morza Kaspijskiego, po której jechałem bardzo po omacku, mogąc liczyć tylko na pojawiające się od czasu do czasu, napisane po łacińsku, znaki kierujące do Ardabilu. Krążę wśród półek sklepowych, choć bazar byłby właściwszym miejscem do robienia zakupów – lecz nie znam jeszcze irańskich cen, a klimatyzacja kusi. Choć półki są dość puste, mój koszyk i tak pęcznieje – bo musi, gdyż jak tylko wyjadę z Varzegan, na wsiach będzie wyzwaniem dostać w sklepie coś innego oprócz najbardziej podstawowych produktów. Poznaję wreszcie wspaniałe dżemy figowe i puszki z daniem ghormeh sabzi, których do dostania były tylko dwa rodzaje – ale to wystarczało, by wieczorami nie chcieć jeść nic innego (tym bardziej, że restauracje i tak były w świętym miesiącu Ramadanu zamknięte).

Gdy ja delektuję się chłodem oraz upajam wizją napchania sobie żołądka czymś smacznym, po kilku dniach gotowania makaronu z samymi pomidorami, w sklepie snuje się za mną dwóch facetów, którzy w końcu do mnie podchodzą, wyjmują jakieś legitymacje – i spomiędzy puszek tuńczyka i puszkowanych pomidorów, żądają paszportu. Ale są w cywilu, nie mam więc specjalnej ochoty im go pokazywać. Upierają się przy tym jednak zbyt długo, bym mógł to zignorować – i ja w końcu ustępuję. Starszy z nich zaczyna go kartkować w ten męczący, powolny sposób, sprawdzając przede wszystkim te strony, które są mu do niczego niepotrzebne. I wyjmuje z kieszeni nie aparat, a kamerę video – i tą kamerą zaczyna robić zdjęcia mojego paszportu. Nie daję mu z tym nigdzie odejść – ale powiedzieć, że czuję się nieswojo, to mało powiedziane. Gdy mnie wreszcie puścili, zapytałem chłopaka ze sklepu, czy można gdzieś w Varzegan coś zjeść. Słyszałem bowiem o „tajnych” restauracjach, mających specjalne pozwolenie na działanie za zaklejonymi gazetami szybami, mimo obowiązującego właśnie Ramadanu – lecz on mi tłumaczy, że ci dwaj mnie teraz będą śledzić, i jak tylko znajdą mnie jedzącego cokolwiek, dotknie mnie kara za łamanie prawa. Może w miejscach, gdzie turystów się przewija więcej, nie wziąłbym tego tak poważnie, po kilku następnych dniach też byłbym mniej przejęty. Lecz po nagłym desancie dwóch tajniaków na mój koszyk i paszport, w pierwszym mieście, które odwiedziłem – wziąłem te ostrzeżenie jak najbardziej serio.

No i rzeczywiście – jak tylko się znów rozbujałem moim załadowanym słoikami bombowcem, ci dwaj dosiedli swojego motoroweru i pojechali za mną, dyskretnie oddaleni ode mnie o parędziesiąt metrów. Taka gratka, jak ja, musi się tajniakom z Varzegan zdarzać bardzo rzadko! Za to w sztuce dyskretnego śledzenia – byli do bani.

A jak tylko wyszedłem ze sklepu, na skąpanym w ostrym słońcu sąsiednim rondzie, w czterdziestostopniowym skwarze, z radiowozu zauważyli mnie kolejni policjanci – i, ma się rozumieć – też mnie zatrzymali. Paszport mam niespiesznie kartkowany po raz drugi w ciągu dwudziestu minut, wymiana zdań przez radio między nimi, a jakąś odległą bazą, trwa wieczność. Żeby jeszcze pozwolili skoczyć w pobliski cień, a nie trzymali mnie na środku ronda, samemu siedząc w chłodzie auta (im też zimnego łokcia pozazdrościłem). Uparcie żądają ksero paszportu, którego oczywiście pod ręką akurat nie mam, a na grzebanie po dnie sakwy jakoś nie mam weny, trochę zrezygnowany kolejną kontrolą. Liczę na to, że jak wezmę ich na przeczekanie, to odpuszczą. Nic z tego! – jeden z nich w końcu odjeżdża z moim paszportem na kilka minut – ja tymczasem coraz bardziej niepewny wciąż stoję w żarze i przy włączonym kogucie. Czas leci niespiesznie, sępy krążą nad głowami, a gorący wiatr wzbija tumany kurzu. W końcu i ksero się pojawiło, wróciwszy razem z policjantem i moim paszportem – ale jakby tego było mało, podjechał do nas jakiś kolejny (trzeci!) radiowóz – przejmując świstek papieru z moim zdjęciem. Dopiero wtedy puścili mnie, zupełnie zdezorientowanego. Pogoń na motorowerze w międzyczasie gdzieś zniknęła.

Głodny jak diabli, nie szukam już więcej restauracji, nie robię zdjęć w Varzegan, zaczynam się chować z jedzeniem w krzakach, chowam je na widok przejeżdżających radiowozów. Cholerny Ramadan.

Lecz nie wszystko stracone. Nieufnie – bądź tu bowiem ufny, pod czujnym wzrokiem policji żołądkowej – pytam jeszcze w sklepie z częściami motoryzacyjnymi o mapę Iranu – bo jak nie teraz, to nigdy. Co zrobił w takiej sytuacji spotkany człowiek? Wyjechał motorem na dwadzieścia minut, każąc mi na siebie poczekać, by wrócić z mapą skądś wytrzaśniętą, którą wieczorem, schowany w namiocie, rozszyfrowuję przy świetle czołówki i nanoszę na nią łacińskie nazwy miast. Myślicie, że dało się za tę mapę jakoś zapłacić? Gdy innym razem pytam o tajną, ukrytą przed Ramadanem restaurację, ktoś opuszcza ze mną piekarnię, wciskając mi przy okazji pod rękę chleb – i traci swój czas, by przeprowadzić mnie przez labirynt ardabilskich uliczek, przez który sam bym się w życiu nie przecisnął. Gdy w innej piekarni kupowałem chleb – pod moją nieobecność, stojący nieopodal taksówkarze nalali mi z saturatora wody do wszystkich butelek, które wyschnięte i puste na coś takiego właśnie czekały. Uśmiechnięci, tłumacząc mi to na migi, słusznie założyli, że sam bym na to nie wpadł (a nie wpadłbym). Po akcji „saturator” zupełnie zdębiałem, bo teraz już wiedziałem, że mogę się po Irańczykach spodziewać wszystkiego. A gdy siedziałem w południe w cieniu jakiegoś muru, przejeżdżająca tamtędy autem rodzina zatrzymała się i mama z przedniego siedzenia, znaczącym gestem, cichaczem, dała mi trochę chleba z samochodu – byle nikt nie zobaczył. W odpowiedzi na pytania o miejsce do biwakowania, ludzie w Iranie oferowali swój dach i gościnę. Na widok zmęczonego upałem rowerzysty – dawali skrawek cienia i pokazywali, gdzie jest kran z zimną wodą. Gdy pytałem o drogę, zamiast odpowiedzi, dostawałem szklaneczki herbaty i zaproszenie na wspólne oglądanie meczy w siatkówkę między Polską a Iranem, co właśnie wtedy się odbywały. Nocleg na daczy gratis – oczywiście.

Jak tak – to w nosie mam policjantów z Varzegan. Persowie czy Azerowie (choć z tym ostatnim nikt w Armenii się ze mną nie zgodzi) – są gdzieś w okolicach szczytu najbardziej gościnnych narodów, które miałem farta odwiedzić. Kropka.

Bo choć w sumie wszędzie w świecie ludzie byli z gruntu dobrzy i pomocni – to ci w Iranie jakoś bardziej. O ile nie zaskakiwało mnie to w miejscach bardzo odludnych, gdzie człowiek żyjący w surowych warunkach częściej zdaje się być skorym do pomocy, tak w Iranie ta zwyczajna życzliwość wylewała się z ludzi nawet w całkiem zaludnionych miejscach. Gdzieś po drodze później o tym zapomniałem, ale odpakowując kolejne niespodzianki z notatek z Iranu, moje odczucia właśnie złagodniały i mam coraz większą ochotę na powrót tam. Może nawet rowerem – co jeszcze do niedawna potrafiłem podsumować jedynie słowami „nigdy więcej”! Nie spodziewałem się, że to kiedykolwiek powiem – a jednak. Ze względów praktycznych – byle nie w Ramadanie, kiedy już bez przeszkód i nie z ukrycia będę mógł zajadać się irańskimi przysmakami z irańskimi (lub azerskimi) dobrymi ludźmi.

3 komentarze

  1. To może razem się tam wybierzemy? Oczywiście nie w Ramadanie! Tylko będziesz musiał uważać na Iranki. Ja mam to szczęście, że żonatego nie ruszą, ale Ciebie mogą przycisnąć 😉

  2. A co z Amerykami? 🙂 Już teraz tam koleżanka jedzie i mnie wzięła zazdrość, jak sprawdziłem nazwę miejsca, o którym mi pisała. Po tym do Iranu. I już wiem z opowieści, że jechanie z partnerem/partnerką, wcale nie uwalnia od zalotów, przynajmniej w Uzbekistanie i Turcji. Ale nie wiem, co z tymi, co z kotami jadą 😉 Pozdro!

  3. Ameryki będą. Jednak jeszcze nie teraz. A Iran jest na tyle blisko, że można samolotem wyskoczyć na miesięczny rekonesans;) Tylko problem z kotami wtedy może być! A miejscowe nie wiem czy będą chętne jechac z Tobą. To już lepiej poszukaj partnerki. Będzie bezpieczniej 😉

Brak możliwości komentowania