Górska lekcja pokory. Gruzja

Takie nerwy przydarzyły mi się do tej pory tylko raz. Nie było to najwyższe przejście, jakie mi było dane przejechać – ale nie wysokość decyduje o tym, czy ten dzień zapamiętam jako najtrudniejszy z dotychczasowych od wyjazdu z domu. Może i najtrudniejszy w moim rowerowym życiu, a swoje po polskich krzakach, błotach i górach przecież przejechałem. A z drugiej strony – wielu jeszcze sytuacji też nie przeżyłem, więc diabli wiedzą, jak długo ten dzień utrzyma się na podium. Daję mu parę miesięcy.

Nigdy wcześniej tak się nie bałem i nigdy wcześniej nie byłem tak blisko wrażenia, że coś złego może mi się stać.

To miał być prosty przejazd kolejną górską drogą przez kolejne góry. Tym razem w Gruzji. Chciałem zobaczyć zachodnią część parku Borżomi-Kharagauli – tego, który tydzień wcześniej z błotnisto-deszczowymi przygodami podglądałem z Elą. Nic wielkiego, przecież to tylko Gruzja – nawet nie ta w Wysokim Kaukazie. To tylko trzy dni, po których miałem wreszcie móc zacząć smakować Armenię – która, choć odległa jeszcze o dodatkowe dwa dni drogi, faktycznie zaczęła się już w Gruzji, bo tereny na południe od Borżomi są zamieszkałe przez Ormian – kolejny kawałek Armenii oddany przez Wielkiego Sąsiada w prezencie sąsiadowi przed parudziesięcioma laty. Gdzie to już było z tym raczeniem jednego kraju kawałkiem drugiego, byle jakaś nacja mieszkała w obcym kraju?.. Ach tak, coś wspominałem o tym przy okazji Karabachu. Taka okolica.

Zaczęło się niewinnie, zwodniczo. Spod kół ucieka nowa droga, wokół mnie jeszcze lekko faluje łagodnie wznosząca się równina, w końcu ustępująca miejsca coraz węższym i wyższym ścianom, oraz rwącej rzece tuż obok. Policjanci zatrzymują mnie na rozdrożu, jeszcze nie tak daleko za Kutaisi. Odradzają przejazd, ostrzegają przed śniegiem i wilkami. Jeśli będzie tak źle, jak mówią, mogę się cofnąć – nie ma w tym nic zdrożnego, byleby moja rowerowa duma miała czas się do tego przygotować. Dałem jej ten czas, do decydujących momentów pozostało jeszcze półtora dnia w miarę bezproblemowej jazdy. Temperatura dochodzi już do trzydziestu sześciu stopni, więc opowieści o śniegu traktuję pobłażliwie. Pewnie są już nieaktualne, sprzed tygodni. Znajomi mi tego nie mówią, ale rodzina, od tygodni – już owszem – że zawsze mogę zawrócić. Oczywiste jest więc, że nie mam zamiaru nigdzie zawracać – ale przy takim spiętrzeniu ostrzeżeń, choć po cichu, byłem nawet gotów na mały odwrót. Jest maj, góry są wysokie, śnieg może więc jeszcze być problemem. Czasem trzeba się poddać, ale dla mnie to na razie była tylko teoria – praktyka przyszła jednak szybko.

Gdybym tylko wychował się w górach, wiedziałbym, że o pogodzie i topniejącym śniegu z miejscowymi góralami się nie dyskutuje.

Pod koniec dnia, w najmniej spodziewanym miejscu – gdzie asfalt już dawno ustąpił miejsca kamieniom – spotykam dwóch Polaków, także jadących do Chin. Grzesiek i Seweryn jadą tą samą drogą, tylko w przeciwnym kierunku. Pierwszym z wielu zbiegów okoliczności, które nas wspólnie od tej pory nawiedzały, wpadliśmy na siebie na prawdopodobnie najmniej przejezdnej trasie na południe w promieniu dziesiątek kilometrów, akurat w porze szukania miejsca na spanie. Brakowało nam wieczorem jakiegoś piwa do uczczenia tego małego polskiego spotkania, ale któż mógł przewidzieć taki obrót spraw wieczorem? Na pewno zmyliło mnie to spotkanie, dodało fałszywej pewności siebie – że choć oni już tamtędy przebrnęli, to ta sama droga przebyta w odwrotnym kierunku wcale nie musi być jednakowo przystępna. Skoro jednak oni przyjechali z naprzeciwka, to i mi się musi udać – szybko dopadła mnie taka złudna logika.

Rankiem żegnamy się, szkicujemy gdzieś plany spotkania w Iranie – jak się potem okazało, przestrzelone o wiele tygodni i dwa kraje, ponownie spotkaliśmy się bowiem dopiero w uzbeckiej Samarkandzie. Ruszyliśmy, każdy z nas w swoją stronę. Od poprzedniego popołudnia walczę z coraz bardziej uciążliwymi kamieniami, które uciekają na boki spod opon. Nie spieszę się, dystans do przełęczy jest mi z grubsza znany, więc wiem też, kiedy się tam ślamazarnie doczołgam. Kolejne poziomy lasu zamieniają się miejscami. Z głębokiej doliny wjeżdżam na alpejskie hale, z dumnymi świerkami i na wpół dzikimi końmi pasącymi się wolno na zielonej trawie upstrzonej żółtymi kwiatami. Dookoła wznosi się ściana trzytysięczników – jest przepięknie, słońce świeci, a ja powoli zaczynam dostrzegać łagodną przełęcz, która na mnie czeka na dwóch tysiącach dwustu metrach nad poziomem morza – zdaje się, że nie będzie dramatu. W zasięgu wzroku widzę tylko jedną łachę śniegu w zacienionym piargu, do której po kolejnej godzinie mozolnego pedałowania także docieram. Ma osiemdziesiąt kroków długości. Osiemdziesiąt śliskich kroków – rozkładam więc sprzęt na części pierwsze i na trzy raty przenoszę graty na jej drugą stronę. Zajęło mi to całe czterdzieści minut, ale dalej nie zważam na upływ czasu. Zamiast tego robię zdjęcia, kręcę film, nosząc kilogramy z jednego końca na drugi. Nadal wydaje mi się, że czasu jest nadto.

Na przełęczy dociera do mnie, jak bardzo skopałem sprawę. Jest źle. Owszem, chłopacy mówili o śniegu, lecz ja w euforii spotkania nie dopytałem, ile go będzie. I nie dopytałem o to, jak wygląda profil trasy. Poprzednia czterdziestominutowa przeprawa przez pojedynczy pas śniegu w błysku fleszy skarlała w perspektywie tego, co zobaczyłem za zakrętem – kilkukilometrowy trawers północnym zboczem góry, które jeszcze nie odtajało po zimie. Jego końca nie widać, ginie gdzieś za kolejnym zakrętem. Śnieg dopiero zaczyna topnieć, nie na tyle jednak, by pozostało miejsce by jechać rowerem – ale wystarczająco, by już po kilku chwilach brnąć w wartko płynącej wodzie po kostki.

Choć przyszedł czas na trzeźwe myślenie, gdy rozum został wybudzony z uśpienia groźnym widokiem – dalej nie myślę trzeźwo. Uda się, czy się nie uda? Ryzykuję, mówię, że się uda. Nie cofam się, nie przez ten piarg, z którym mocowałem się ewidentnie zbyt dużo czasu. Znów, jedyne, co mnie jeszcze trzyma przy nadziei na dobre zakończenie to to, że im się wczoraj udało – i że jeden Rosjanin jechał dziś przede mną i jakoś do tej pory nie zawrócił. Z tą różnicą, że on miał dwie lekkie sakwy, i nie marnował czasu.

Jak nic – jesteśmy tu pierwszymi ludźmi w tym roku. Droga zdążyła odsłonić się miejscami na metr szerokości, metr rozmokniętej ziemi, która najczęściej jest i tak zamieniona w wartki, błotnisty potok z topniejącego śniegu spływającego ze zbocza. Jest początek maja i już wiem, dlaczego tydzień wcześniej strażnik z parku Borżomi odradzał mi i Eli przejścia wyższymi partiami gór. Tych przejść tydzień temu po prostu jeszcze nie było.

Raz po razie zdejmuję bagaże, przenoszę je po kilkadziesiąt metrów w śniegu, w którym zapadam się to po kolana, to po uda. Mocuję je z powrotem, tylko po to, by zaraz znów odczepiać je i kląć, na czym świat stoi. Przestaje mnie obchodzić, że mam mokro w butach – chcę to mieć już za sobą. Każdy przebyty zakręt odsłania kolejne trzy, zawsze trochę wyżej od poprzednich. Na koniec dnia sprawdziłem, że różnica wysokości między początkiem i końcem tej drogi wynosiła sto metrów – niby nie tak wiele, bo rozłożonych na przestrzeni kilku kilometrów. Miało to jednak fundamentalne znaczenie przy przepychaniu się przez zwały śniegu. Seweryn miał na tym odcinku lżej, farciarz!

Czy już czas na panikę? Staram się zachować zimną krew, ale nie ma nic, co by mi w tym pomagało. Robi się coraz później, do butów wpływa brudna woda, z góry pada deszcz. Gubię butelkę wody, widzę, jak ześlizguje się kilkadziesiąt metrów w dół, po śniegu. To była moja ostatnia butelka, rzecz jasna. Za górą, za zboczem, które ciągnie się po mojej prawej stronie, grzmi. Grzmi głośno, blisko. Gdy tylko zniknie ściana oddzielająca mnie od drugiej strony góry, burza będzie obok mnie. Nie nade mną – tylko obok właśnie. A ja i mój rower – to jedyna rzecz z metalu i jedyny mokry człowiek w promieniu kilku kilometrów – i ta przeklęta burza nad nami. Czy czegoś jeszcze może brakować?

Głodu już dawno nie czuję, choć wiem, że przyjdzie, jak tylko później stres będzie miał szansę opaść. Najgorsze uczucie przychodzi dopiero wtedy, gdy przy kolejnej przenosce przez zaspy, widzę odciśnięty w błocie ślad łapy niedźwiedzia. Stoję z dwoma sakwami i gapię się na te ślady, sparaliżowany. Błoto jest świeże, ślad też więc musi być. Teraz dopiero czuję się nieswojo. Chcę stąd zniknąć. Nie bardzo chcę w to uwierzyć, gdy ten niekończący się trawers wreszcie się kończy i mogę dostrzec drogę w dół, po drugiej stronie góry. Na skale jest namalowany znak żółtego szlaku dla pieszych – w głębi duszy cieszę się chociaż z tego, że przed tygodniem nie pchnęliśmy się w podobne szaleństwo na piechotę. Tyle dobrego.

Zjeżdżam szaleńczym tempem po kamienistej drodze w dół, byle dalej od tej przeklętej drogi, byle dalej od śladów niedźwiedzia, od burzy. Ta się już rozszalała na dobre, grzmi i straszy z bliska z całą swoją mocą. Dopiero po kilku kilometrach znalazłem nocleg w opuszczonej osadzie pasterskiej. Dla świętego spokoju sprawdzam, czy nie zawieruszył się tu ktoś, wołam za Rosjaninem – ale on musiał być szybszy. Żadnych ludzi, żadnych psów, zagrody wyglądają, jakby były opuszczone przed kilku laty – a może to wszystko tylko tak czeka uśpione na cieplejsze dni, aż pasterze przyprowadzą tu swe stada. Dobrze, że niedaleko bije źródło wody –  jest na czym ugotować kolację. Ze wszystkich dostępnych chatek, tylko jedna nadaje się do zamieszkania od zaraz, z drewnianą pryczą, stolikiem, gwoźdźmi do wieszania mokrych rzeczy i – co najważniejsze – zapasem wyschniętego drewna. Na dworze potężnie wieje, więc próbuję rozpalić ogień w środku, co kończy się widowiskową zadymą i ewakuacją ognia na dwór, gdzie muszę go osłaniać starymi deskami i skrzynkami na jabłka. Chociaż buty mają gdzie wyschnąć. Gotuję kolację, ale żołądek nie chce tego przyjąć. Przyjmuje, znaczy się, ale po swojemu, z kaprysem i grymaszeniem.

Ot, taki dzień z życia rowerzysty. Nigdy więcej, jeśli tylko nie będę musiał.

8 komentarzy

  1. Prawdziwa szkoła Charakteru!
    Wielki szacun HG. Tak jak piszesz Polacy przede wszystkim jechali w dół, a jak musieli przenieść rowery to brali jeden w dwóch i nie bawili się w rozbieranie całego sprzętu. Niewiarygodne, ze się nie zlamales i dalej parles przez śnieg pod górę. Dobrze, że udało Ci się uniknąć misiowego rendezvous 😉 i jeszcze ta burza w tle. Siła złego na jednego.
    Znając Ciebie następnym razem i tak wybierzesz trudniejsza trasę 😉
    LTGBWU

    • MG – chłopacy też mieli bardzo ciężko, tutaj nie było dobrego wyjścia. Ta droga, którą zjechałem drugiego dnia, a którą się oni wspinali, była straszna nawet w dół. I nie było tam nic do picia, chociaż zapach suchego sosnowego lasu – kojarzący mi się z polskim latem – był czymś niewiarygodnie przyjemnym. Jedynie upiekło im się ze śniegiem,czego im tak cholernie zazdrościłem 🙂 Po tej przygodzie, w Armenii już wolałem nadrobić trzy dni jazdy niż przeżywać to samo jeszcze raz, wiedząc czym to pachnie 🙂

  2. Huba! Trzeb być jednk szalonym,żeby takie coś przetrwać! Oby jak najmniej takich dni w dalszej trasie. Dobrze,że chociaż ta chatka wyrosła pod koniec dnia:). Trzymaj się, powodzenia!

    • Fakt, chatka spadła Hubertowi z nieba. I jaki fart,ze nie było w niej misia 😉

    • Ninka,albo po prostu nie wiedzieć, co czeka 🙂 Poza tym – jak nawet taki dzień się dobrze kończy, to dalej musi być już tylko dobrze. Wiesz jak fajnie jest siedzieć na takim ganku prosto z dzikiego zachodu, i mieć to wszystko za sobą? 🙂

  3. Hubcio bohater <3

  4. Wow, robi wrażenie.. Oby to była najcięższą przygoda na Twojej trasie Hubert. Swoją droga – całkiem fajnie piszesz powodzenia!

    • Pewnie, oby wszystkie się tak kończyły! Dzięki za miłe słowa 🙂 Trzymaj się ciepło!

Brak możliwości komentowania