Chleb powszedni polskich bakpakersów. Gruzja

Czy Gruzja jeszcze kogoś może z Polski zaskoczyć? Do Gruzji z rowerem wszyscy już polecieliśmy, odwiedziliśmy ją – i można odnieść wrażenie, że Polacy są najliczniejszą nacją szwendającą się z plecakami lub rowerami po tym kraju. Sam byłem tam pięć lat temu, spędziwszy dobre trzy tygodnie w miejscach, do których w większości tym razem już nie zajrzę. Witając się tutaj z kimś w szortach i stelażem na plecach, często robię to już odruchowo po polsku. Kogokolwiek nie zapytam – ma stąd zazwyczaj fajne doświadczenia, choć słyszałem już też i o kilku bardzo nieprzyjemnych przeżyciach samotnie podróżujących kobiet.

Niezmiennie jednak, w opowieściach z Gruzji, przewija się temat goszczenia przy suto zastawionych stołach i pełnych szklankach. Czasem wychodzi to od gospodarzy, a czasem od nas – turystów, trochę zbyt natrętnie wpraszających się w cudze progi.

Te gruzińskie biesiady – supry – to już niby legenda, wypłowiała trochę przy udziale turystów, sprowadzona do pozycji, którą „trzeba zaliczyć” będąc w Gruzji. Z takim nastawieniem tu jadę, a jednak i tak udaje mi się raz też być zaproszonym na biesiadę, a odmówić nie można było. Pod pretekstem dzikich zwierząt nocą straszących. Namiot musiałem złożyć, pod groźbą, że jak nie będę chciał, to mi państwo pomogą.

Gruzja była dla mnie bramą do Azji, bo choć głęboko zakorzeniona w chrześcijaństwie, to psychologiczna granica, jaką było dla mnie Morze Czarne, zrobiła swoje. Gruzja była drugim krajem na świecie, który przyjął je jako religię państwową na długo zanim w Europie zaczęły powstawać państwa narodowe – tylko Armenia była szybsza, co też Ormianie podkreślają przy każdej nadarzającej się okazji. I byłem już za Turcją, która, choć doprasza się wejścia do struktur Unii Europejskiej od ponad dwudziestu lat, jest ciągle zbywana pod mnożącą się górą pretekstów – kolejny pretekst dla mnie, by uznać, że będąc w Gruzji, tym bardziej musiałem być za Europą.

Więc chociaż napotkanym Gruzinom – szczerze i dumnie w swą prastarą europejskość wierzących – o tym nie mówiłem, to moja przygoda ze Starym Kontynentem skończyła się w momencie odbicia promu od nabrzeża w Odessie. Nastąpiło to zupełnie niezauważenie – gdy majestatyczny kolos zaczął się przesuwać, wibracje dochodzące z jego maszynowni nie zmieniły się w tamtym momencie ani trochę. Moment odpłynięcia poznałem po utracie zasięgu w telefonie – takie czasy.

Nim utknąłem w śniegach bezimiennych, górskich dróg na skraju Parku Borżomi, nawet dotarcie z Batumi do Kutaisi nie było usłane różami. Od wyjazdu z domu w kwietniu, ani razu nie zaglądałem w prognozy pogody, żeby nie psuć sobie nastroju nadchodzącymi problemami. Jaka by prognoza nie była, słowa pogodynki nigdy nie oznaczają nic dobrego. Gdy powie, że będzie słonecznie – to źle, ponieważ oznacza to upał, przed którym nie ma jak uciec. Jestem daleko na południe od Polski, więc choć wysoko w górach śnieg tu ciągle leży, w dolinach słońce zaczyna już coraz mocniej przypiekać. Nawet nie ma co tłumaczyć, co oznaczają dla mnie wieści o „intensywnych opadach i porywistym wietrze”, który rzadko wieje w plecy. Wolę nie wiedzieć, co mnie czeka – nerwów wtedy jest mniej, a w tym, co ma nadejść – i tak bym nic nie mógł zmienić.

Tym razem byłoby inaczej – gdybym jednak złamał swój zwyczaj i spojrzał w prognozę, to wstrzeliłbym się w lepsze warunki za Batumi, niż dane mi było doświadczyć w wyniku jednodniowego opóźnienia, pierwszego w długiej serii poślizgów powodowanych wpadnięciem w dobre towarzystwo. Zamiast tego, wolałem poobijać się jeszcze chwilę z innymi podróżnikami w Batumi, które nieodłącznie kojarzy mi się z Las Vegas – tyle tu neonów i kasyn. Po słonecznych dniach przesiedzianych w mieście, ruszyłem w drogę akurat wtedy, kiedy z północy zaczął zacinać deszcz i wiatr – najgorszy taki maj od lat, jak mówili napotykani ludzie. Taka mantra miała mnie zresztą prześladować przez wiele następnych miesięcy, najgorętszymi, najbardziej deszczowymi latami, jakie spotykani ludzie pamiętają. Jakby tego było mało, nie doceniłem też osobliwego podejścia do szkicowania map Gruzji w Polsce, choć skutki mojej ignorancji złagodziła gościnność napotkanych ludzi – a jak wielkie znaczenie ma pierwsze wrażenie w takim ludzkim kontakcie, poczułem już kilka tygodni później, przy pierwszym groźnie wyglądającym spotkaniu z szemranymi ludźmi z krótkofalówkami, gdy w deszczowy, ciemniejący już wieczór, wjechałem do Górskiego Karabachu.

Z Batumi do Kutaisi wybrałem drogę na skróty, chciałem ominąć główną, zatłoczoną trasę wzdłuż morskiego brzegu. Skrót miał prowadzić, według polskiej mapy, po równinie – u nas takimi kolorami oznaczone są Pomorze i Mazury… Choć na obronę kartografów, prawdą jest też to, że z Pomorzem nie sąsiadują bezpośrednio góry mające trzy kilometry wysokości, a przecież przejście pomiędzy równinami a górami rzadko kiedy jest zero-jedynkowe. I na taki topograficzny stan pośredni tu trafiłem – to nie była równa ziemia. I chociaż nie mam nic przeciwko górom, a pięknym górom tym bardziej, przejeżdżać dwie zamglone i zalane deszczem przełęcze godne Gór Sowich w miejscu, gdzie miała płasko rosnąć herbata i kukurydza, było dla mnie niespodzianką. Po pierwszym dniu w siodełku od tygodnia, jeszcze nawet nie w pół drogi do Kutaisi, poczułem też miłe zaskoczenie wynikające z tego, że ta trochę oddalona od morza część Adżarii, chyba jest rzadko odwiedzana przez turystów.

Wieczór nadszedł, słońce już zabarwiło zachodnie stoki niedalekich gór. Paprocie mnie schowały jednak niewystarczająco dla sokolego wzroku sąsiada sąsiada zza miedzy, którego gościnność i nieznoszący sprzeciwu ton głosu jego żony, która nie pozwoliła mi spać w namiocie na polu paproci, osłodziła trudy minionego dnia. „Ale ja już wszystko rozstawiłem, a śpiwór mam ciepły” – mówiłem, naprawdę nie mając ochoty na zwijanie tego wszystkiego, co właśnie metodycznie rozłożyłem po kątach w namiocie. A że nie spałem w nim od jakiegoś tygodnia, od kiedy wsiadłem do pociągu do Odessy, więc na porządny biwak miałem też zwyczajnie dużą ochotę. Tym razem jednak , moja znajomość rosyjskiego nie była zbyt przekonująca, i mój wydukany opór na niewiele się zdał. Pozostałem niezrozumiany – i serdeczny sąsiad zakomunikował mi, że jeśli nie chcę składać namiotu, to „weźmiemy syna i sąsiada i w czwórkę złapiemy go za cztery rogi, a ty go sobie złożysz w domu po kolacji”. Zrezygnowany, dałem się namówić – trudno było się zresztą opierać, gdy wokół rosły tylko wiotkie paprocie przerastające zdziczałą herbatę, której nie ma komu zrywać. Wszystkie ręce do pracy wyjechały bowiem do Turcji, powiedział mi później pan Macho, ów sąsiad dobrodziej. Moja prośba o dwadzieścia minut na szybkie złożenie interesu jakoś przeszła. Nigdy tak szybko nie zwijałem pełnego biwaku – a nie miałem nad sobą żadnego szakala, który by mnie popędzał, a szakale tu miały w nocy mnie właśnie prześladować. W nocy zresztą też nic nie wyło, choć wyć miało, więc zacząłem podejrzewać moich gospodarzy o chytre zagranie na lękach przed drapieżnikami –  i jestem im za to bardzo wdzięczny, bo wieczór przy gorącym piecu i serdecznych rozmowach, które ucichły w momencie rozpoczęcia meczu Bayernu z Barceloną, był wyjątkowo udany – a sześćdziesięcioprocentowa czacza wcale nie lała się strumieniami, wbrew pokutującemu wśród polskich podróżników stereotypowi. Była za to kawa, pierwsza z niezliczonej ilości jej filiżanek, którymi Kaukaz dla mnie od tej pory zaczął stać (i płynąć).

Po tym jednym spontanicznym spotkaniu w Adżarii, autonomicznej republice na południowym zachodzie Gruzji, która utrzymywała faktyczną niezależność w latach 90-tych, ukróconą dopiero w 2004 r. – w Gruzji nie miałem już więcej okazji spać u Gruzinów. Ale moc pozytywnego doświadczenia trwała we mnie przez cały czas spędzony w tym kraju – co ma kolosalny wpływ na dobre samopoczucie, gdy się jedzie samemu. I pozostało tak nawet, jak spotkania czasem stawały się nieprzyjemne, jak tego razu, gdy nie powinienem był pytać sąsiada, czy na pobliskiej łące można rozbić namiot – nie mogłem się od niego później odczepić, jak i od powtarzanej przezeń mantry o polskich oficerach zamordowanych i prezydencie Kaczyńskim zdradzonym o świcie w Katyniu.

Bedąc w Gruzji już drugi raz i znając ją rowerowo prawie na wylot, odbiłem też na moment od podróży czysto rowerowej – z Elą, nie chcąc marnować ani chwili po jej przylocie wczesnym porankiem, wyjechaliśmy jak najszybciej się dało, do Parku Narodowego Borżomi – jednego z największych i najdzikszych w Europie. Gdy już się tam dotrze, można w to uwierzyć, mając za dowód na brak ludzi w okolicy brak świateł po zapadnięciu zmroku aż po horyzont. Dziko tam. Napotkani przy wejściu do bram parku Holendrzy wspominali, jak podczas ich poprzedniej wizyty, przeczekali wieczorną wizytę niedźwiedzia w ogólnodostępnej chatce – bez możliwości ryglowania drzwi. A my w nadchodzące noce mieliśmy spać w takiej samej chatce … Gruzini z biura parku są dumni z tego, że to miejsce jest zarządzane na poziomie „światowych” parków, przy wydatnej pomocy jakiejś niemieckiej fundacji – dla nas nie miało to znaczenia tak bardzo, jak poczucie wejścia do wielkiego lasu, który był tylko dla nas i kilku innych osób wpuszczonych na ten sam szlak w ciągu tego weekendu. Nie spotkaliśmy ich do wieczora następnego dnia, kiedy dwie z tych osób osoby trafiły zmoczone do „naszego” domku – i jedną z tych osób musiała przypadkiem być poznana tydzień wcześniej w Batumi Agnieszka – będąca z tej grupy, przez którą zamiast w słońce, wyjechałem w deszcz dnia następnego. Deszcz trzymał się nas zresztą i w Borżomi, mocząc nas do ostatniej suchej nitki na długich błotnistych podejściach, odsłaniając z mgieł fantastyczne widoki według swojego niezrozumiałego kaprysu, ale też pozwalając na zbieranie dziesiątek litrów deszczówki – co tym samym oszczędziło nam kilkugodzinnych spacerów do najbliższego źródła wody – także w Gruzji, każdy kij ma dwa końce!

No właśnie – wracając do niespodziewanego gościa w postaci Agnieszki – bo choć Gruzja nie jest aż tak mała, jak może się wydawać patrząc na nią na mapie w otoczeniu równie dużych krajów, co Rosja, Turcja lub Iran – to układ dolin i miejsc odwiedzanych przez przyjezdnych sprzyja ciągłemu wpadaniu na siebie. Jak się nad tym dobrze zastanowić, to dla ludzi mających ograniczony czas istnieje tylko jedna szybka droga łącząca wschód z zachodem kraju, biegnąca środkiem Gruzji, od której trzeba zboczyć zaledwie 20 km, by dotrzeć do Borżomi. A na południowym szlaku, tym mniej uczęszczanym… Chciałem napisać, że jest inaczej – ale nie jest. Jednego faceta jeszcze z promu – Ukraińca gruzińskiego pochodzenia, urodzonego pod Achalkalaki – spotkałem na przestrzeni dwóch tygodni trzy razy, ciągle się przecież przemieszczając. Pierwszy raz – a na promie nie wiedziałem, jakim autem jeździ – mięśnie mi stężały a zmysły błyskawicznie wyostrzyły, gdy wielki terenowy Mercedes z ukraińskimi tablicami rejestracyjnymi i ciemnymi szybami zajechał mi drogę. Jak zobaczyłem, kto się wygramolił z dymiącym cygarem i jowialnym uśmiechem – strach mi minął. Z każdym następnym spotkaniem robiło się coraz serdeczniej – i tylko oberwanie chmury, które zmusiło mnie do ekspresowego rozbicia namiotu w głębokim kanionie za prastarym skalnym miastem Vardzia, uniemożliwiło mi dotarcie do jego rodzinnego domu, we wsi górującej wysoko nade mną. Żałowałem takiego obrotu sprawy, ale wspinaczka po stromych serpentynach na płaskowyż górujący nad rzeką Paravani, z potężną ulewą depczącą mi po piętach, była tego dnia ponad moje siły. Padłem sam w namiocie, chwilę przed pierwszymi uderzeniami kropli o tropik namiotu, podczas gdy na płaskowyżu padł inny baran, a dym znad tamtego ogniska na którym był pieczony, mieszał się z dymem z cygara, o czym dowiedziałem się już dnia następnego, po raz kolejny wpadając na mojego starego znajomego. Rozpogodziło się dopiero nad ranem. Patrząc po przebudzeniu na trawę, wygniecioną przez płynącą dookoła namiotu wodę, doszedłem do wniosku, że w nocy przez jakiś czas musiałem znajdować się na wyspie, otoczony przez wartką rzekę – dowód, że z pogodą nie było co wtedy dyskutować. Tej samej nocy, oprócz gościny w prawdopodobnie najlepszym ukraińsko-gruzińskim stylu, widać ledwo ominęła mnie także powódź w namiocie. Przynajmniej miejsce na biwak, jak na dyktowane przymusem – należało do tych ładniejszych.

A potem, choć do formalnej granicy zostało jeszcze parędziesiąt kilometrów, przyszła Armenia – kraj, po którym nie spodziewałem się zbyt wiele, być może przez kontrast z wielkimi i bardziej pobudzającymi wyobraźnię sąsiadami. Wiem zresztą dlaczego – ale o tym „w następnym odcinku”. Kolejna lekcja pokory za mną – i kolejny tranzyt spontanicznie zamieniony we wciągające odkrywanie pasjonujących zakątków Gruzji, które w żadnym wypadku nie znajdowały się na najkrótszej drodze do Iranu – na szczęście, bo od tych okolic, na najkrótszej trasie na Wschód, za Kaukazem zaczyna być coraz tłoczniej.

4 komentarze

  1. Nareszcie jakieś spotkania w trasie, oby więcej takich! Pozdro z wiadomej korpo! ::)

    • Zobaczysz jeszcze, że czasem trudno być samemu 🙂 Jeszcze moment, kolego – przynajmniej najgorsze upały ominiesz, a i zimą te strony mają też wiele uroku. Koniecznie wpadaj do Karabachu, swoją drogą!

  2. Julita i Slawas

    Nareszcie nowa opowiesc,chyba zaczniemy szukac wydawcy Twoich przyszlych wspomnien:).Swietnie dozujesz napiecie.Co „nas” czeka w Armeni i Iranie? Nie mozemy sie doczekac kolejnych relacji,tym bardziej,ze im dalej tym bardziej tajemniczo. Pozdrawiamy

    • Z wydawcą się jeszcze wstrzymajmy, ale (przynajnmniej mi) pisze się coraz przyjemniej! Dalej jestem na bakier z internetem pomiędzy miastami, więc muszę relacje powolutku dozować, ale jest też wtedy czas na zastanowienie się :). Na Armenię przyjdzie czas niedługo, ale jeszcze nie dziś, bo znów ruszam w drogę – jestem od jakiegoś tygodnia w Górskim Karabachu, to dopiero jest dziwne miejsce! A tym lepsze, że nie planowałem tu wpadać. Wieści do Białej niedługo dotrą – trzymajcie się!

Brak możliwości komentowania