W nieistniejącym kraju. Górski Karabach

Górski Karabach – to perła mojej dotychczas krótkiej podróży, na opak ze znanym mi do tej pory pojęciem gościnności i bycia turystą. Kolejna lekcja, która zostanie w głowie na trochę dłużej.

Krótkim wstępem – Górski Karabach długo był (i tym bardziej jest teraz) zamieszkany w większości przez etnicznych Ormian. W latach dwudziestych poprzedniego wieku, gdy Związek Radziecki w nieznoszący sprzeciwu sposób rozlewał swe wpływy na południe od Kaukazu, także tam zaczął rządzić i dzielić – robiąc to samo, co zrobił w Azji Środkowej – dawał jednemu krajowi ziemie zamieszkane przez sąsiadów. W ten sposób kilka terenów zamieszkanych przez Ormian zostało przyłączonych do Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Galimatias obejmował Nachiczewan – kuriozalnie dużą enklawę oddzieloną od Azerbejdżanu … Armenią – a także sporo azerskich enklaw w głębi Armenii oraz armeńskich w głębi Azerbejdżanu, często niewiele większych od pojedynczej wsi i otaczających ją pól – i Górski Karabach właśnie, do którego się spontanicznie wybrałem. W tymże Karabachu, Azerowie podobno niezbyt przyjaźnie traktowali u siebie Ormian, ale za głębokiego Sajuza jakoś się to wszystko trzymało kupy. Zaczęło trzeszczeć w szwach w latach osiemdziesiątych, gdy na fali zmian w ZSRR odżyła chęć Ormian z Karabachu do przyłączenia się do Armenii. Pokojowe demonstracje przerodziły się w pogromy, później w wojnę, w której ostatecznie przewagę osiągneli Ormianie. Azerowie utracili Górski Karabach, setki tysięcy Azerów uciekło stamtąd do Azerbejdżanu, tak jak i wielu Ormian wyjechało z Azerbejdżanu.

Dlaczego o tym piszę? Wskutek tej wojny pomiędzy Azerbejdżanem i Górskim Karabachem, od tej pory niezależnym od Azerów, pozostała zamrożona linia frontu i przez nikogo nieuznawana niezależność nowego kraju, które cały czas oddziaływały na moją podróż przez surowy Górski Karabach.

W chwili przekroczenia granicy z Armenią, krajobraz momentalnie się zmienia – czy to wjeżdżając drogą północną od strony Vardenis, czy drogą południową – z armeńskiego miasta Goris. W pierwszym przypadku rozległa dolina z jeziorem Sevan, w drugim krasowy płaskowyż – zamieniają się w masywne i trudne do przebycia góry. Nie jestem pewien, czy jest jeszcze jakiś inny kraj, mający przydomek „Górski” w nazwie, ale do Karabachu pasuje on jak ulał. Rzeźba terenu nie ułatwia podróżnikom wjazdu od zachodu. Nie ułatwia jej też zwykłym ludziom, mozolnie wspinającym się często wysłużonymi samochodami po niekończących się serpentynach, na północnej drodze wciąż niepokrytych asfaltem. Od wschodu, teoretycznie, można łatwo przejechać z azerskich równin prosto w łagodnie wznoszącą się dolinę mieszczącej stolicę, Stepanakert – ale jest to tylko teoria, gdyż tę wschodnią granicę kraju stanowi nieprzejezdna linia frontu z czasów wojny, wciąż okazjonalnie ostrzeliwana.

Czując się bądź co bądź otrzaskanym z drogą podróżnikiem, brnącym bez nonszalancji – ale i z rosnącą pewnością siebie przez kolejne kraje, w Karabachu z dnia na dzień tę pewność straciłem. Jakbym oblał egzamin, jakby kazano mi od nowa siąść do podstaw jakiegoś przedmiotu. Nie zdążyłem przygotować się o Karabachu ponad to minimum, które kiedyś mi się obiło o uszy przy okazji czytania o Armenii. Nie planowałem tu wjeżdżać, a źle założyłem, że będzie tam podobnie.

Opuściłem Erewań z myślą o prostej drodze na południe, świeżo uświadomiony, że mój pomysł zajrzenia z Armenii do azerskiego Nachiczewanu jest równie niedorzeczny, co zajrzenie do samego Azerbejdżanu. Nie mając wielkiego wyboru, niż jedyna droga łącząca północ z południem kraju, chciałem go przynajmniej urozmaicić kawałkiem terenowej jazdy przez leżące na skróty góry, ochłonąwszy już wystarczająco z przeżyć z gruzińskiego Małego Kaukazu. Dotarłszy do klasztoru Geghard, zorientowałem się jednak, że o tej porze roku, pchanie się w bezludną i pokrytą śniegiem okolicę na północ od niego, na którym widoczne są tropy wilków i niedźwiedzi, znów byłoby ponad moje siły. Choć słońce robi, co może, by przegonić białe czapy – na trzech kilometrach wysokości, nawet w maju jeszcze musi się solidnie napracować. Spotkany u początku drogi mężczyzna, przywoławszy swojego gotowego mnie zjeść pasterskiego owczarka, wymownie pokazał, dokąd będzie mi śnieg sięgał. I zaprosił na kawę, ser, marchewkę – i pogawędkę, co osłodziło mi przymus zawrócenia tam, skąd dzień wcześniej podjeżdżałem trzydzieści kilometrów pod górkę. Popatrzeliśmy razem na zachmurzony Ararat, w momencie oczywistej już dla mnie armeńskiej zadumy i ormiańskiej gościnności.

I tak, gdyby na przełęczach w armeńskich górach Geghama nie leżał śnieg, być może bym do Karabachu wcale nie przyjechał. Ale śnieg leżał, rzeczone góry byłem zmuszony objechać – i wylądowałem w takim miejscu na północy Armenii, z którego grzechem byłoby do Karabachu nie zajrzeć. Znad północnego brzegu jeziora Sevan – po prostu głupio tego nie zrobić, mając już graniczną górską grań w zasięgu wzroku.

Tymczasem, rzeczy oczywiste dla podróżujących Ormian, którzy tak polecali odwiedzenie Karabachu, wcale nie są oczywistymi dla mnie. Po paru dniach w Karabachu wręcz zatęskniłem za Armenią – która była o wiele łatwiejsza „w odbiorze”. Różnica tkwiła w otwartości ludzi, których przez pierwsze kilka dni prawie nie widywałem, jadąc wąską drogą wciśniętą w skalny kanion, na terenach partyzancko zamieszkałych przez Ormian, choć faktycznie okupowanych częściach Azerbejdżanu. Nie znaczyło to, że w Karabachu było mi jako odwiedzającemu źle – to, że czułem się nieswojo, świadczyło głównie o moim nieprzygotowaniu na zetknięcie się z realiami kraju, który wciąż liże rany po niewygaszonej wojnie, a jeszcze nie zdążył przykryć tego maską beztroski i zobojętnienia wynikającego z oswojenia się z obcokrajowcami, którzy nie przyjeżdżają we wrogich zamiarach. Do Karabachu przyjeżdżają tysiące turystów rocznie, ale nie setki tysięcy – to czuć. Na północnej drodze znad Sevan spotkałem zaledwie jednego Niemca w wypożyczonej terenówce, nerwowego zresztą. Później, w karabachskim MSZ dowiaduję się, że gdybym wjechał do Karabachu od południa, nie dostałbym nawet pozwolenia na wjazd w północne strony. Aha. To nie Chorwacja, choć wojna tu i tam działa się w podobnym czasie. Ponad rok później, coś podobnego poczułem jedynie raz, w oddali od głównych atrakcji Bośni i Hercegowiny.

Tutaj, przez górskie, trudne do szczelnego zamknięcia granice, wciąż przenikają dywersanci z Azerbejdżanu, do tej pory nie pozwalając mieszkańcom poczuć sie swobodnie. To, co przez dość długi czas odbierałem jako niegościnność, poznając ludzi, coraz bardziej rozumiałem jako nieufność zrodzoną z trudnej historii. Z różnych ust w Armenii słyszałem potwierdzenie moich odczuć o rezerwie, z jaką odnoszą się do przyjezdnych mieszkańcy Karabachu – choć powody dawano mi różne. Ten o życiu w ciągłym napięciu, w stanie nigdy niezakończonej wojny,w przyjąłem ze zrozumieniem. Do tego, że mieszkańcy Karabachu zbyt długo żyli z grubiańskimi Azerami i dlatego sami stali się grubiańscy – a takie też kilkakrotnie słyszałem – podchodzę już z większą rezerwą. Prawda pewnie leży gdzieś po środku, w górach pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem.

A jak się ma podróżowanie po Karabachu? Po raz pierwszy od Polski – jest dziwnie. Wjeżdża się przez parędziesiąt kilometrów ziemi niczyjej. Nie jest to już Armenia, kończąca się na przełęczy Sotk, u podnóża ogromnej kopalni złota o tej samej nazwie. Ale nie jest to jeszcze Karabach – pomiędzy jednym a drugim, ziemia formalnie jest Azerbejdżanem, chociaż dawno tu już żadnego Azera nie widziano – to tereny okupowane przez wojska Armenii (albo Górskiego Karabachu – nie jestem pewien, gdzie jest między nimi rozgraniczenie). Widać tam jak na dłoni palącą potrzebę połączenia kraju z właściwą Armenią, gdzie w bólach trwa poprawianie trudnej drogi, jednego z dwóch istniejących korytarzy łączących Karabach ze światem. Dziesiątki nowych serpentyn bez pardonu wgryza się w zbocza gór i w ruiny dawnych, azerskich wsi, pełnych opuszczonych domów, odcinając ich pozostałe, przerośnięte krzewami szkielety wielometrowymi skarpami. Do tych domów nie ma już praktycznie jak dojść – wiem to, bo próbowałem znaleźć wśród nich miejsce na namiot. Nikt z dawnych mieszkańców tam nie zagląda, nikt nowy się też nie osiedlił. Roślinność zabiera nieużywane ludzkie domostwa. Przez wiele kilometrów, niewiele miejsc zdaje się być powtórnie zasiedlonych przez Ormian.

Wjechałem tam przez przejście graniczne, które nie jest oznaczone jako przejście, na którym nikt nie sprawdza paszportu, ale jednocześnie szemrani cywile wieczorem dają mi wyraźnie do zrozumienia, że nie powinno mnie tam być. Nieopatrznie robiłem zdjęcia czołgu-pomnika, i postawiłem namiot pod drzewami tak, że było go widać z drogi. W ciasnej dolinie za wiele wyboru z tym nie miałem, ale żałowałem, że się nie postarałem bardziej. Rozmowy z dwójką mężczyzn z gazika, w kreszowych dresach i z ponurymi minami, nie należą do przyjemności, gdy z nieba mży, a słońce właśnie schowało się za górami i ciężkimi chmurami. W końcu, po tym jak zameldowali, że jest tu jakiś Polak na rowerze i nie wiedzą, co z nim mają zrobić, dogadaliśmy się, że mogę tam zostać – byłem wystarczająco zrezygnowany i przez to niegroźnie wyglądający. Musiałem jednak uznać ich wyższość i choć spałem spokojnie, jak rzadko kiedy, mimo mżawki, następnego dnia wstałem o czwartej rano, by wiać stamtąd najszybciej, jak się dało. Na szczęście, po kilku dniach bardziej nerwowych niż zwykle, na rogatkach Stepanakertu, spotkałem też parę Polaków, raczej zdziwionych moimi obawami. Oni z kolei przyjechali tu już drugi raz, tym razem w gości do konkretnych ludzi – może więc to jednak moje paranoje zdążyły za bardzo urosnąć przez te kilka dni, nie mając okazji do kontry od uprzejmych ludzi – ale też do tej pory za bardzo ludzi w górach nie widywałem. Za to jak spotykać Polaków – to fajnych. I co się potem okazało – bliskich znajomych bliskiej znajomej. Taki to świat mały.

Tak wjeżdża się do kraju, którego nie uznaje na świecie prawie nikt, nawet Armenia, przynajmniej oficjalnie. Za dużo w tym wszystkim wielkiej polityki, skupionej na kilku zwaśnionych narodach, żyjących na strategicznie ważnym dla świata Kaukazie. Nieźle. Nie zmienia to faktu, że mimo tego przymykania oczu, Armenia pompuje tu swoje skromne środki i zacieśnia więzi z republiką zamieszkałą przez etnicznych pobratymców. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, przy głównych drogach Górskiego Karabachu co jakiś rozwiewają je znaki mówiące o tym, że były zbudowane „wysiłkiem wszystkich Ormian” – Hayastan All Armenian Fund.

Skoro nie ma przejścia granicznego, a ja nie pomyślałem o zrobieniu wizy w Erewaniu, przez trzy dni podróżuję nielegalnie po nieistniejącym kraju. Zastanawiam się przez chwilę, czy to podwójne zaprzeczenie się przypadkiem nie kasuje. Nie stanowiło to wszak wielkiego problemu, bo skoro nie ma kontroli granicznej, to nie ma komu sprawdzić, że jestem bez ważnej wizy. Aż do Stepanakertu nie byłem zresztą pewien, czy wizę można zrobić też po przyjeździe do stolicy – co na szczęście dla mnie, okazało się być dobrym przeczuciem.

W Stepanakercie załatwiam wizę. Też właściwie nieistniającą, bo nie trzeba jej wlepiać do paszportu – na wypadek, gdybym chciał później pojechać do Azerbejdżanu. Z punktu widzenia Azerów nie można być legalnie w Karabachu – od ich strony się nie da wjechać, a wjazd od strony Armenii jest przecież nielegalny. Dlatego, ten kto ma w planach zobaczenie Baku, nie wlepia wizy w paszporcie – nie ma więc śladu bycia w nieistniejącym kraju. Coraz lepiej!

Karabach chce się otworzyć na świat, więc oprócz dwóch dróg (o jednej z których wiele osób mówi mi, że w zasadzie nie istnieje – choć nie rozumiem tego, bo właśnie nią przyjechałem) odnowiono też stare lotnisko pod Stepanakertem. I mimo, że błyszczy nowością, stoi nieużywane – bo skoro kraj nie istnieje, to nie można nadać lotnisku odpowiedniego kodu. Nic nowego, takie to karabachskie. Przejeżdżam obok, ale mimo braku jakiegokolwiek samolotu, ktoś się po tym lotnisku krząta i pracuje, a jakaś kobieta idzie łapać po pracy marszrutkę do domu. Na wypadek, gdyby ktoś chciał jednak obejść formalną niemożność zalegalizowania lotów i zorganizować loty z tego lotniska bez nazwy, Azerowie zapobiegliwie ostrzegli, że zestrzelą każdy samolot, który będzie tu latał bez ich pozwolenia. Skoro Karabach jest ich zbuntowaną prowincją, to pozwoleń na loty nie dają – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie więc latać ryzykując zestrzelenia. Bomba. Coś tu się zapętla.

Czego tu jeszcze nie ma?.. Jest mnóstwo nieistniejących wsi, zazwyczaj azerskich. Jest stutysięczne, nieistniejące miasto – Agdam – dawniej azerskie, teraz wyludnione do cna, gdyż stoi pośrodku strefy zawieszenia broni. Od kiedy wojska Armenii i Karabachu zepchnęły Azerów do defensywy, nie tylko odzyskując zajęte wcześniej przez Azerów ziemie Karabachu, ale i przy okazji zajmując trochę ziem wcześniej azerskich, mieszkańcy ewakuowali się zostawiając za sobą puste mury. Ich miejsce zajęła trawa. Nie jestem pewien, czy w Agdamie toczyły się walki, czy je po prostu opuszczono – ale czego nie zniszczono w czasie wojny i nie rozkradziono przez następne lata, zabrała natura. O dziwo, meczet ostał się jako jeden z nienaruszonych budynków. Agdam jest do tego stopnia nieistniejący, że oficjalnie nie ma go nawet na mapach. By przekonać się o jego istnieniu, trzeba przejść na widok zdjęć satelitarnych – Prypeć to przy nim nieduże osiedle.

Wiele znaków wskazuje, że za dużo kłód pod nogi Karabachowi rzucano przez lata, by cokolwiek tu miało działać – i działać długo. Tylko gdy się tu jest, to jakoś to wszystko jednak pracuje, a rok temu świętowano dwudziestą rocznicę uzyskania niepodległości. Mieszkańcy Karabachu są bardzo dumni ze swojej Pabiedy, której świętowanie 9 maja przypadkiem (a może nie?) zbiega się z 9 maja w całym dawnym Związku Radzieckim. Przechadzając się po pięćdziesięciotysięcznej stolicy, co chwilę mijając jakieś ministerstwo z błyszczącą plakietką, nie daje się zapomnieć, że mają tu to, czego chcieli – choć ludzie cenę zapłacili za to dużą. Ciekawie jest to zobaczyć i posłuchać ich opowieści z nie tak dawnych wojennych czasów – tego rodzaju historii, których w Polsce już się nie da zbyt często usłyszeć z pierwszej ręki. Mi przyszło się tu tylko przejechać, spędziłem w Karabachu zaledwie parę dni – ale była to podróż fascynująca i cieszę się, że dałem się ponieść fali zamiast trzymać się planu, jakkolwiek luźno nakreślonego. A że trochę mną wytrząsło? No cóż, dzięki górom, dziurawym drogom i brakowi bezpośrednich połączeń tylko cierpliwym chce się tutaj przyjeżdżać. Ale cierpliwość zostaje nagrodzona zobaczeniem (daleko mi do mówienia, że poznaniem) szorstkiego kraju i takowych ludzi, których kanty jeszcze drapią tych nielicznych z nas, którzy się tu zapuszczą.

 

 

4 komentarze

  1. Julita i Slawas

    No w końcu doczekalismy się kolejnego odcinka.Opowieść mrożąca krew
    w żylach. Dobrze,że wróciłeś do cywilizacji:-) , co prawda pewnie tylko na chwile? Bardzo podoba nam się motyw morwowy:-) My też od Niezywięckich czasow nie kosztowaliśmy owocow morwy.Czekamy na cd. A tak właściwie to mógłbyś już wrocić i dokladniej wszystko opowiedzieć.Wpraszamy się na wieczór wspomnień.

    • Bo jak się coś takiego jak te morwy zje raz w życiu, to potem naprawdę ciągnęły się za mną latami! W Gruzji i Armenii pyszne, w Iranie trochę mniej, bo przeważnie drzewom wody brakuje i jakieś takie przesuszone są :). Z tym powrotem do cywilizacji to tylko na chwilę było – ostatni tydzień między granicą a Ardabilem w Iranie był niczego sobie – czyli ciężki, a Ramadan dołożył swoje parę groszy by nie ułatwiać sprawy. Tu dopiero jest inny świat, już bardzo odczuwalnie. Oczywiście… Wszystkiego dowiecie się w następnym odcinku! Wszystko Wam opowiem jak wrócę też, chyba, że się wcześniej zobaczymy, jeśli wierzyć plotkom. Oby w Białej lato było równie ciekawe 🙂 Trzymajcie się!

  2. Nie ukryję – Twój ostatni wpis na blogu jest świetny! Widzę jak fajnie się rozwijasz pisząc, jak się otwierasz na mówienie o tym co przeżywasz. Na początku to były raczej opisy, a teraz coraz więcej dodajesz siebie, interpretujesz, mówisz jak to czujesz, jak Ty to widzisz. I choć wpisy są długie, to chociaż zdjęcia są duże 😉 Mega to jest fajne i wkręcające.

    Zastanawiam się czasem jak bardzo Cię nie znam. Ile o Tobie nie wiem, nie wiem prawie nic o tym co Ty wiesz i co Cie interesuje. To takie znamienne, że wydaje się że wyobrażenie kogoś to ten ktoś, a czasem jedno nie ma wiele wspólnego z drugim.

    Panie Hubercie – jedź dalej, pisz, przeżywaj i dziel się tym z nami, gdziekolwiek jesteśmy i gdziekolwiek dojedziesz 🙂
    ET

    • Przy każdej studzience z internetem robię ile się da, by być z Wami na bieżąco 🙂 Bardzo fajnie czytać to co napisałaś! Jestem po pierwszym solidnym kryzysie, więc każde wsparcie działa na mnie ze zdwojoną siłą teraz 🙂 Reszta na privie!
      (tylko piszę, co widzę, ale faktycznie wkręcam się w to coraz bardziej, w bardzo dziwnych momentach przychodzą mi pomysły na kolejne porcje. Inspiracji na szczęście w drodze nie brak, jak wiesz. I nawet pod sztampowym prysznicem coś do głowy wpadnie, jeśli taki się z rzadka zdarzy!) 🙂

Brak możliwości komentowania