Misja w dolinie Bartang

 

Nie – nie jest zabójczo piękna. Nie przebije mojego zachwytu nad wielkimi przestrzeniami unoszącymi się nad nią, a których nie da się wepchnąć w ciasny gorset górskiej doliny. Ale jest trudno dostępna, co ma swój inny urok.

Dolina Bartang.

U wylotu zaczyna być równie nużąca, jak dolina wielkiego Pandżu, do którego potem zresztą wpada. Pandż – to rzeka „pięciu rzek”, z których się składa, nim nie popłynie dalej w pustynie Tadżykistanu, Afganistanu, i bawełniane pola Uzbekistanu.

O tej porze roku jest to świat monochromatyczny, w którym woda ma ten sam kolor, co ściany kanionu. Płynny beton wzburzonej wody łączy się z zastygłym betonem zboczy, szczególnie zanim przyjdzie popołudniowe słońce, uwidaczniające cienie na zboczach i dodające pomarańczowego ciepła swoim światłem. Patrzyłem na zdjęcia znajomych, którzy byli tu jesienią – wtedy korytem ktoś puszczał wodę z basenu. Było ładniej, szczególnie z jesiennymi liśćmi i śniegiem na szczytach.

Na pustkowiach ponad doliną Bartang, w kilkudniowej drodze z Karakol do przepaści w Kok Jar, było bardziej zachwycająco. Pustkowiach, na których ludzie dwa i pół tysiąca lat wcześniej ułożyli z kamieni słoneczne kalendarze, które z braku większej erozji dalej leżą tak, jak leżały zawsze. Oni już wtedy poczuli magię tego miejsca. To właśnie magia tych wysokich i pustych przestrzeni mnie do nich z powrotem przyciągnęła, a zjazd do doliny Bartang – w planach – miał być tylko dodatkową wycieczką, odłożoną na hipotetyczny nadmiar czasu w dalszej drodze do Duszanbe.

Widoki były najlepsze tam, gdzie dolina Bartang jeszcze się nie zaczynała – na niezamieszkałej wyżynie, przez którą trzeba najpierw brnąć około stu kilometrów, nim nie odsłonił się widok na dolinę Tanamys w dole – przytłumiony chmurami kurzu, bo nie miałem szczęścia i od zachodu, od lodowca Fedczenki, szła burza piaskowa.

Bartang to nie moja bajka, jako dolina sama w sobie. To co ja tu w ogóle robię?

Bo Bartang jak bumerang, od jakiegoś czasu, raz za razem wracała do mojej świadomości. Nieodwiedzona, drążyłaby umysł jako jedno z tych nieodżałowanych miejsc, poświęconych by odwiedzić inne. I gdy możliwość zjechania z głównego pamirskiego szlaku wróciła po raz kolejny, nie mogłem z tego nie skorzystać.

Jest początek maja 2015 roku – a ja wciąż, za przeproszeniem, guzik o podróżowaniu wiem. Miesiąc wcześniej wyruszyłem z domu, zszedłem na ląd z promu w Batumi. Iran ciągle pozostaje mglistą (choć nieodległą) przyszłością, a ja jeszcze nawet nie wiem, że będę mieć szczęście wylądować w Górskim Karabachu. Zmieniam pierwszą szprychę, która pękła po – o zgrozo – zaledwie dwóch tysiącach kilometrów. Pęka pierwsza podeszwa. Spotykam pierwszych ludzi podróżujących dalej, niż do najbliższego miasta powiatowego.

Już jednak dowiaduję się o pewnej dolinie w Pamirze, której większość przejezdnych nie odwiedza – i która w zasadzie całkowicie omija pamirską wyżynę – jeden z punktów kulminacyjnych każdej podróży na wschód. Również mojej Podróży na Wschód. Dwoje ludzi opowiada o tym miejscu z wielkim przejęciem, a że jeszcze mało słyszałem – bo od kogo miałem cokolwiek do tej pory słyszeć? – to zapada mi to miejsce w pamięć. Na koniec dodają, że na pieszą wędrówkę potrzebowali abstrakcyjnych trzech tygodni oraz plecaków pełnych konserw. I wygodnych butów. Ja za to, do tej pory, w analogiczne trzy tygodnie zdołałem dojechać z Brodnicy do Odessy. I pokazują zdjęcia z owej doliny, które w połączeniu z informacją o wielkich i pustych przestrzeniach, zostawiają niezatarty ślad w mojej pamięci. Głęboki ślad – i choć z rosnącym przebiegiem zasypywany tonami nowych wrażeń – w odpowiednim momencie dający się łatwo odgrzebać.

Przyszedł sierpień 2015 r. Po raz pierwszy znalazłem się na progu Pamiru. Tydzień męczącej drogi z tyłu zostało Duszanbe, a dolina Pandżu, ze swoimi powtarzającymi się co zakręt granicznej rzeki widokami, wychodzi mi już bokiem. O tamtej dolinie dawno zapomniałem, zaprzątając sobie głowę bieżącymi problemami z zablokowaną osuwiskiem drogą M41 gdzieś powyżej Chorogu, stolicy Górskiego Badachszanu. Do tego miasta pozostał dzień drogi, gdy na nieczęsto pojawiającym się tu odcinku rozwałkowanego do granic możliwości asfaltu (z wyraźnie zbyt małą ilością tłucznia) pojawia się niepozorny rozjazd ze znakiem mówiącym „Bartang – 60 km”. Aha – to tutaj nie pojadę, a kwestią czasu jest teraz dotarcie do przeciwległego krańca drogi, którą właśnie mijam. Mamy z Nickiem Pamir na celowniku i za żadne skarby nie zjedziemy z głównej trasy.

Dwa tygodnie później, po przemierzeniu pamirskiej wyżyny robiącej na mnie tak wielkie wrażenie, że z czasem decyduję do niej po roku powrócić, mijam stertę kamieni znaczącą początek i koniec zakurzonego szlaku zawijającego pętlę wokół zachodniej części Pamiru. Zapomnianą drogę przez dolinę Bartang. Nie myślałem wtedy, że kiedyś tu zajrzę jeszcze jeden raz.

Ale wróciłem – i tym razem jej przyciąganiu już nie zdołałem się oprzeć, choć do ostatniej chwili nie wiedziałem, że tak łatwo machnę ręką na otwierające się przede mną stuprocentowo pewne atrakcje na zwykłej drodze przez Pamir. Droga od kirgisko-tadżyckiej granicy zdążyła zaostrzyć mój apetyt na powtórkę z pustych przestrzeni, na zboczenia tu i ówdzie w zakurzone doliny, na ucieczkę od kilkunastu fajnych osób dziennie, na które wpadam na Drodze Pamirskiej. O poranku w Karakol jeszcze dopytuję Hiszpana Fernando o zjazd na drogę wokół jeziora o tej samej nazwie, której dzień wcześniej nie byłem w stanie odnaleźć, zagubionej w pełnym głazów korycie bezimiennej rzeki. Ruszam godzinę po nim, by w uniesieniu przegapić zjazd o pięć kilometrów, których już nie mam ochoty przejeżdżać z powrotem. Trudno, nie było mi to pisane. Teraz czeka na mnie na horyzoncie zakręt, za którym spokojnie będzie wyrastać podjazd do najwyższej pamirskiej przełęczy, która wyprała mnie dokumentnie poprzednim razem – i która czeka, by znów pokazać, jak słaby jestem. A na owym zakręcie stos kamieni leży, jak leżał przed rokiem. To musi być droga na Bartang, choć znaku żadnego nie ma. I jest ślad opon rowerowych, prawdopodobnie Fernanda, który tą samą drogą ruszył na podbój jednego z wciąż niezdobytych pamirskich sześciotysięczników w masywie Muzkola.

Jak nie zjadę teraz, mimo tego co czeka mnie za przełęczą Ak-Bajtal – będzie mnie to w przyszłości gryzło przy każdym spojrzeniu na mapę Tadżykistanu, ziejącą pustką w samym centrum Badachszanu.

Do diabła, skręcam. Zapasów kawy i kazachskich konserw powinno wystarczyć. Że lepioszki z Kirgistanu spleśnieją o dwa dni za szybko – wtedy nie mogłem jeszcze wiedzieć.

Więc ziarno z Batumi wyrosło, a jakby to głupio nie zabrzmiało – niedawno zostało dodatkowo sowicie podlane przez Szymona i Anię, jadących Własną Drogą tysiące kilometrów stąd, i wysyłających mnie na pewną misję do Bartang. Za co jestem im cholernie wdzięczny, bo takiego kopniaka mi było trzeba.

Lipiec 2016

Wreszcie spotykam człowieka. Jadę tu już kilka dni, mijając do tej pory po drodze tylko jedną zamieszkałą przełęcz ze stadem kóz, należących do wielu wsi z rozciągającej się poniżej doliny Bartang. Pokazuję zdjęcie rodziny, której szukam. Choć do kropki na mapie, oznaczającej ich wieś, którą zaznaczyłem wiele dni wcześniej, zostało jeszcze kilkanaście kilometrów – jest powód by zagadać przechodzących chłopaków. Od stu kilometrów nie widziałem praktycznie nikogo, więc jeśli oni są tutejsi, muszą znać sąsiadów.

Chłopaków jest trzech, chętnych do pogadania. Rysy twarzy już zupełnie inne od tych, do których się przyzwyczaiłem tam, wysoko. Ciemniejsze oczy, pociągłe twarze – gdzieś musiałem przekroczyć niewidzialną barierę oddzielającą Kirgizów od Tadżyków, a nie mającą nic wspólnego z międzypaństwowym posterunkiem granicznym, który przejechałem kilka dni wcześniej. Zjechałem z wyżyny, najwyraźniej.

Znają ludzi, których szukam. Ludzie, którzy do tej pory byli anonimowi – nabrali imion. To jest Chorszed, to jest jego brat – a to ich zdjęcie. Mam szukać trzeciej jurty, bliżej mostu.

Jakiej, do licha, jurty? Musi chodzić o dom, przecież jestem wśród Pamirczyków, oni nie mieszkają w jurtach.

Gramolę się przez kolejny strumień – gdyby nie zupełny brak węglowodanów w sakwach, chętnie bym się nad nim zatrzymał na noc. Jednak dwa dni wcześniej dwie ostatnie lepioszki wyleciały długiem łukiem z namiotu, zaczynając błyszczeć od pleśni, więc z ich braku wolę dziś dojechać do Gudary, pierwszej wsi za doliną Tanamys – tam coś znajdę do jedzenia, oprócz Chorszeda i jego brata. Dla upewnienia się pytam o nich jeszcze raz pasterza, ostatniego człowieka, którego spotykam nim przekroczę ostatnie zwalisko kamieni – i nim wyłoni się wieś, do której zmierzam.

I on też potwierdza, że mam szukać jurty. Ponieważ dom jest razruszon. Coś mi w zaczyna w głowie świtać, choć słownik głęboko pod puszkami pasztetów z Osz, że to chyba oznacza gruzowisko.

I tu nie nastąpiła żadna pomyłka.

Bo w grudniu, po tygodniu nieprzespanych syberyjskich nocy, w dniu kiedy pakowałem manatki w Irkucku i ostatnie, o czym myślałem, było sprawdzanie wiadomości z Azji Centralnej – w dolinie Bartang zatrzęsła się ziemia.

Pół roku później, wiedziony jedynie ochotą zamknięcia jednego z rozdziałów tej rowerowej podróży, trafiam w samo serce gruzowiska po kataklizmie, który pewnie nie zagościł w głównych ramówkach wiadomości reszty świata – ale tutejszy świat się zawalił. Cudem nikt nie zginął, gdy 7 grudnia 2015 roku zatrzęsła się ziemia, i całe szczęście tama na bliskim jeziorze Sarez też wytrzymała. W południe skały zaczęły spadać z góry, a świat utonął w tumanach kurzu. Tyle szczęścia, że o tej porze nikogo nie było w domach, ponieważ lato czy zima – wszyscy tu pracują na dworze. Ludzie pocieszają się, że tragedia nie przyszła w noc. Szczęście, jeśli tylko tynk opadł ze ścian. Jednak im wyżej w górę doliny, tym więcej ścian leży zupełnie zniszczonych – więc najgorzej wyglądało w pierwszej wsi, do której wjeżdżam – nie było mowy o stopniowaniu zaskoczenia. Było tak źle, że kilka dni przed moim przyjazdem przybył tu sam prezydent (ten, który w telewizji bezustannie przecina czerwone wstęgi), i też przeciął parę czerwonych wstęg. To tłumaczy nowy wodociąg we wsi i nowe osiedle równo stojących domów w Gudarze. Inne wsie, mniej fotogeniczne, miały szczęście, jeśli dostały z centrali drewno i cement. Ludzie w napięty letni grafik zbiorów muszą jeszcze wepchnąć stawianie nowych domów – które, jak prezydent nakazał, mają być gotowe do połowy września. Wtedy zaczynają się poważne chłody, ale mieszkańcy wsi porozumiewawczo mrugają do mnie okiem, że się okaże, czy jego słowa zostaną przekute w czyny. Na razie jednak – praca wre, sąsiedzi razem stawiają dom za domem. Latem wygląda to i sielsko, i nadspodziewanie aktywnie jak na stronę świata, gdzie z reguły nie widać przejawów wielkiej aktywności w budowaniu czegokolwiek nowego – ale nikt nie ma tu czasu, by zwlekać ze stawianiem ścian. Zima jest bezlitosna – a po ostatniej, drugiej w namiotach nikt nie chce spędzać.

I dalej bym o tym nie wiedział, gdyby nie seria zbiegów okoliczności, które mnie tu doprowadzają. Gdy w świat idzie wieść, że zamierzam z powrotem pchać się w wyżyny Pamiru, rychło dostaję maila od Szymona, z którym w tych okolicach minąłem się ostatniej jesieni o niewiele dni i kilometrów. Plan jest taki, że spróbuję odnaleźć ludzi, którym wtedy zrobił zdjęcia – jak na moje, brzmi to fajnie. Niedługo potem dostaję od niego wirtualną paczkę ze zdjęciami, zaszyfrowanymi współrzędnymi geograficznymi przeróżnych miejsc w Tadżykistanie i Kirgistanie, w których były robione – a sześć rodzin, którym chcę dostarczyć przesyłki-niespodzianki – mieszka w dolinie Bartang.

I to by w zasadzie wystarczyło do zapewnienia mi towarzystwa, które sprawiło, że dolina Bartang zapadłaby mi w pamięć. Tylko, że w Bartang żyją najgościnniejsi ludzie na świecie, więc na tych sześciu spotkaniach nie mogło się skończyć. Jeśli wcześniej pisałem, że ludzie są tak samo gościnni i przyjaźni niezależnie od tego, dokąd się pojedzie – tak wreszcie zmieniam zdanie. Myślałem tak, dopóki nie wjechałem do tej doliny, gdzie im wyżej jesteś, tym na wyższe poziomy bezinteresownej ludzkiej gościnności się wspinasz. W reszcie Tadżykistanu wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem – ale mogło to też wynikać z tego, że nie jechałem sam. Teraz, w pojedynkę, odkrywam nowe dla siebie doznania – i mam też wreszcie czas, by po prostu pogadać z każdym, na kogo się wpada. Bo z racji rzadkości spotkań w dolinie Bartang, rozmawia się z każdym – po prostu głupio robić inaczej, nawet jeśli te rozmowy trwają po kilka minut (zwykle jednak dłużej – po co się spieszyć?).

A namiary mam tylko na wsie. Więc we wsiach trzeba zapytać o kierunek do właściwego domu. Zapytanie miesza się z pytaniem poznanej osoby, czy nie zechcę poczajkować- czyli herbaty się napić. W Bartang istnieje słowo, którego nie słyszałem nigdzie indziej, a na pewno nie w takiej ilości – ponieważ ten świat herbatą stoi. Pytasz o drogę do sąsiadów, i niech nawet mieszkają dom obok – nie obejdzie się bez herbaty, cukierków, chleba i kefiru, zanim ktoś mnie do nich zaprowadzi. Czasem zdarzy się, że pan domu wywoła córkę, by przyniosła gościnną zastawę – ale nierzadko to jego obowiązkiem zdaje się być zapewnienie przybyszowi pełnej miseczki herbaty.

Spróbuj tylko zaproponować, by się gospodarz napił z Tobą – nie jest domeną gościa nalewanie herbaty. Więc siedzisz i rozmawiasz, i mija czajnik za czajnikiem. Nigdy ta gościnność nie jest nachalna, jak choćby w Uzbekistanie (o czym dosadnie napisali Piotrek z Olą na swoim blogu), nikt nie dopytuje się mnie, czy doceniam jak bardzo jestem ugoszczony. Po prostu jestem. I nigdzie nie gościłem w tylu domach jeden po drugim. Parę razy spotykam się z uznaniem, gdy odmawiam zaproszenia na herbatę widząc, że człowiek jest w ferworze mieszania zaprawy na naprawę domu. Są ważniejsze rzeczy do zrobienia, nim przyjdzie zima, a na pewno i z tej wsi nie wyjadę o pustej filiżance i żołądku – już jakiś sąsiad, który ma dach nad głową, o to zadba.

I z następnej też. Wsie w Bartang to osobny rozdział, którego nie potrafię ubarwić zdjęciami. To zaczarowane oazy zieleni, gdzie stare drzewa rosną do śmierci, bo nikt ich nie wycina, ponieważ to one trzymają w ryzach te kruche kawałki ziemi, na których owe wsie rosną. Wsie w zasadzie wyglądają podobnie do tych z głównej drogi pamirskiej, ale jako że tędy nie muszą przejeżdżać duże samochody, dróżki między kamiennymi murkami oporowymi mogą się wić zygzakiem, pozwalając odkrywać nowe niespodzianki za kolejnym drzewem, kolejnym domem.

Tutaj kontrast między osadami a otoczeniem jest większy, niż widziałem w innych miejscach, gdzie zdejmuję słuchawki z uszu nie tylko z uprzejmości, ale dla frajdy – tak mocno atakują zmysły odgłosy żyjącego sadu pełnego ptactwa (pełnego drzew owocowych, które rozpieszczają mnie do granic przyzwoitości), i jednocześnie następuje cisza – gdy rzędy drzew tłumią grzmoty dochodzące od płynącej rzeki. No i, oczywiście, przychodzą kolejne rozmowy, przywitania, niechybnie kończące się zaproszeniami na herbatę. Rekordem jednego dnia było dla mnie o dwunastej być już po trzech czajnikach – a jedyne co robiłem, to przejeżdżałem pytając o kogoś ze zdjęcia.

I od ludzi w Bartang nie uciekniesz, mimo tego, jak niewiele ich tu żyje. I nie uciekasz – ja przestałem się chować po krzakach na noclegi, co dalej praktykuję w wielu innych miejscach. A jeśli jednak w Bartang masz ochotę pobyć samemu po ciężkim dniu, po kilkunastu kilometrach przemielonych wśród kamieni kompletnie nienadających się do jazdy na rowerze – i stawiasz namiot gdzieś na uboczu, z daleka już kładąc rękę na sercu w podziękowaniu za dwudzieste dziś zaproszenie na czajkowanie – bądź pewien, że ktoś przyjdzie, zagada, a rano znajdzie sposób by nie dać Ci w spokoju zjeść śniadania w samotności. I otwierając namiot, zastaniesz przed nim czajnik herbaty, cukierniczkę – oraz dwie lepioszki od dwóch sąsiadów konkurujących ze sobą w zawodach o prymat w gościnności. Serio.

W Bartang odpuściłem rutynę samotnej jazdy – bo nie dało się inaczej. I jeśli gdzieś miałbym pojechać tylko dla spotkań, to byłoby właśnie tutaj. Mimo huraganowych wiatrów pędzących tumany kurzu od ogromnych lodowców, mimo frustrująco wolnej jazdy wymagającej całkowitego skupienia i ciągłego odrywania wzroku od niebrzydkiego przecież otoczenia – dla nich warto tu przybyć. Zdążyłem docenić to jeszcze przed opuszczeniem tej drogi, ale przyszło to do mnie z pełną mocą dopiero w chwili powrotu na łono M41 w Rushan – jak za dotknięciem magicznej radzieckiej różdżki, mężczyźni zamienili herbatę na wódkę (może akurat tego dnia …), zaproszenia stały się rzadsze, znów pojawiły się plakaty prezydenta dzierżącego pięć ogórków (jest ich też chyba więcej, niż w poprzednim roku – to pewnie wina niedawnej gospodarskiej wizyty), a ja musiałem przypomnieć sobie o tym, jak używać pieniędzy. Miałem wrażenie, że po drugiej stronie rzeki Pandż, w afgańskich wioskach, jeszcze może być tak, jak w dolinie Bartang. Na M41 – gdzie średnio mijam sześciu rowerzystów na dzień – już jest inaczej, choć i tak wciąż daleko temu światu do zadeptanego przez nas, obcych. I oby się to szybko nie zmieniło – mimo tego, że wszyscy przyjeżdżający w Pamir zdają się o niej wiedzieć, jest wystarczająco niedostępna, by nie wszystkim chciało się w nią zagłębić.

P.S. Jako, że Dolina Bartang jest dość słabo opisana od strony praktycznej – polecam teksty Szymona zarówno o Dolinie Bartang, jak i jeziorze Sarez, porządkujący co nieco praktyczną wiedzę o tej pięknej dolinie, pod kątem rowerowo-biwakowym. Choć zapewniam, że jadąc tam na żywioł (ale z zapasem jedzenia, i pewną dozą ostrożności), wcale nie będziesz tego żałować!

2 komentarze

  1. Dzięki Hubert za pomoc ze zdjęciami. Trzeba się w końcu spotkać i wymienić spostrzeżenia z odwiedzonych miejsc. Co do mieszkańców Doliny Bartang zgadzam się z Tobą w 100%. Tak gościnnych osób jeszcze w swoim życiu nie spotkałem. Trzymam kciuki za dalszą drogę i pozdrawiam

    • Szymon, cała przyjemność była po mojej stronie. Jak trochę ochłonę (właśnie wypadam na parutygodniowe wakacje od roweru), napiszę więcej, było parę naprawdę fajnych spotkań. A część fotek jeszcze jedzie do celów, przekazałem dalej w dobre ręce tam, gdzie sam nie dotarłem (Wachan, na przykład). Jak dojedziecie, pogadamy, z przyjemnością! Pozdrowienia, i masy fajnych przygód Wam życzę!

Brak możliwości komentowania