W drogę! (Ilu już takich było?)

Ponieważ ruszam w długą podróż i będę przygotowywać się do niej przez nadchodzący rok, nadszedł czas zacząć spisywać myśli i poczynione plany. Dla siebie, bo pamięć mam dziurawą i nie chcę tracić tych wspomnień, które w pewnym momencie zostaną przykryte – mam nadzieję – wielokrotnie ciekawszymi przeżyciami w tej drodze.

Za rok przyjdzie kolejny marzec, który będzie inny od tego obecnego. Do tej pory bank, urząd skarbowy i inne równie przyjazne instytucje będą miały moje dane przepisane na adres korespondencyjny, daleki od obecnego. Pod tym, pod którym mieszkam teraz, nie powinny mnie już móc znaleźć.

Piszę też dlatego, bo coś czuję, że tak będzie najłatwiej dać moim bliskim poczucie, że ze mną wszystko w porządku, że Białorusini są przyjaźni, a Rosjanie to nie to samo, co jeden szalony mieszkaniec Kremla. I będzie też wymagało ode mnie włożenia w to trochę wysiłku, bo rwanego sms-a przecież z każdego zakątka świata wysłać się da.

Przygotowania

Jadę na wschód. Na Wschód, jak kto woli, tak też brzmi donioślej. Tam zawsze mnie ciągnęło. Tam kultura rowerowa jest specyficzna, często pewnie bardziej codzienna, niż turystyczna. Ale jeszcze nigdy w potrzebie nie było problemu z dostaniem tej potrzebnej części w sytuacji niespodziewanej. Czy chodzi o szprychę w Miżgirii w ukraińskich Karpatach, czy o motylek do sterów kierownicy w Symferopolu. Zawsze się udawało, ale tym razem celuję dalej, tam, gdzie podobno nie ma cywilizacji w naszym rozpieszczonym wyobrażeniu. A jeśli jest, to ta cywilizacja może mieć blade pojęcie o wyczynowych rowerach i ich delikatnym osprzęcie. I choć ja niby z zachodniej cywilizacji, a jednak o tych rzeczach jak się okazało – pojęcie też jeszcze mam blade. Trzeba chuchać na zimne i również przygotować się do prowadzenia przenośnego warsztatu rowerowego.

Teraz trochę żałuję, że z możliwości podróżowania nie korzystałem w czasie studiów na tyle, ile mogłem. Żyjąc za granicą, lubiłem wracać na te kilkanaście wakacyjnych tygodni do Polski, jednocześnie nie chcąc ściągać rodziców kasy na wyjazdy po dalekich krajach. Może trzeba było. Ale nie było. A pracować mi się nie chciało, to jedno z drugim razem wzięte dawało budżetowe wakacje, za każdym razem. Węgry autem, Krym rowerem, Bieszczady piechotą.  Byle nie na Zachód – bo tam drogo i nudno. Miałem dość lasów Holandii wytyczonych linijką, pól Holandii – wytyczonych linijką, zagajników Holandii – obsadzonych najbrzydszym (ale szybko rosnącym!) drzewem (topolą). Przekraczanie polskiej granicy w Świecku zawsze miało dla mnie smak słodko-kwaśny. Kwaśny – bo nagle byłem atakowany masą reklam w pstrokatych kolorach, bo nagle pojawiały się na szybie setki much i komarów, a przez całe Niemcy przecież nie trzeba było używać spryskiwaczy  szyb. Słodki – bo moment przekroczenia granicy zawsze powodował jakąś nieopisaną uciechę. Bo drogi bardziej kręte, bo mniej autostrad (wtedy! – dziś już i do Warszawy można dojechać przecież), bo wreszcie ma znaczenie zwinność auta w zakrętach, a nie jego moc na długich niemieckich prostych. Dom. Rozkrok między chęcią bycia częścią Zachodu – od niedawna jest to marzenie spełnione – a częścią Wschodu, gdzie podobno życie płynie wolniej, a zieleń jest zieleńsza.

Chęć poczucia bezpieczeństwa sprawiała, że do tej podróży nie potrafiłem usiąść od razu. Przecież najpierw trzeba zacząć pracę, próbować robić karierę, a z tym też są związane lęki i odkładanie decyzji o zmianach ciągle na później.

No i przypadkiem pojawiły się Chiny

Przypadek sprawił, że Wschód się przede mną otworzył. Wcześniej ekscytowałem się naszym bliskim wschodem – Ukrainą, Litwą, Rosją. Lata czytania książek o Gułagu, planie Barbarossa, kanale Białomorskim zrobiły swoje. Na dalekim, szarym horyzoncie był być może Kazachstan. W końcu niejednego Tatara i Polaka tam wywieziono. Semipałatyńsk – od dziecka był dla mnie magicznym poligonem, gdzie Sowieci za nic sobie mieli ludzkie życie, wsie nie wiedziały o pobliskich testach broni jądrowej, a wszystko było okryte paranoidalną tajemnicą. Workuta, Amderma, Nowa Ziemia – obce nazwy ze słynnego Archipelagu. Dalekie i nieosiągalne.

Laogai – taki łącznik między GuŁAG-iem a Dalekim Wschodem. Obozy reedukacji przez pracę, o których przeczytałem kilka lata temu w wakacje. I ni stąd, ni zowąd pojawiła się możliwość życia w Chinach przez pół roku. To mi dało kierunek. Od kiedy wróciłem i ochłonąłem z przeżyć stamtąd – z tyłu głowy kołatała się jedna myśl. Wrócić tam – rowerem, lub z rowerem.

Zimowy jeździec na chińskim pustkowiu – może to on dał mi impuls który mnie od tej pory napędza? (tak naprawdę to nie on, ale inny, japoński, rowerzysta, którego spotkałem w grudniu w Syczuanie – podróżował rowerem z Lhasy do Chengdu. Niestety, jego zdjęć nie posiadam, choć pamiętam jego pusty wzrok)

Zajęło mi to cztery lata – lata przyjemności, rozterek, jak i rozwijania się. Poznałem wspaniałych ludzi, bez dwóch zdań. Czułem się spełniony – poza jednym. Potrzeba powrotu na Wschód jest dla mnie nieubłagana. Wreszcie muszę się z nią zmierzyć tak jak z górami, na które w końcu trafię na Wschodzie. Obchodząc jedne, trafisz na inne – nie ma wyjścia. W końcu trzeba stanąć z nimi twarzą w twarz.

Czyli przyszedł czas. Choć dziś jest pierwszy kwietnia, to nie jest żart. I cieszy mnie myśl o tym wyjeździe pomimo, że wcale nie jestem pierwszy – znów mnie ktoś ubiegł.

Brak możliwości komentowania