Bośnie i Hercegowiny

Przez tych kilka dni, które spędziłem w środku Europy, krajobraz i kultury zmieniały się jak w kalejdoskopie. Choć byłem w jednym kraju, co dzień, co dwa, miałem wrażenie, że przemieszczam się między strefami, które udają, że się nie znają i nie widzą. Tyle było Bośni i Hercegowin, ile razy skręcałem moim rowerem z jednej drogi w drugą, ile razy przekraczałem granice, w których rachubie się gubiłem.

W Republice Serbskiej – tej części Bośni i Hercegowiny, co głównie przez Serbów jest zamieszkała, coraz głośniej dyskutowane jest referendum o jej faktycznej secesji od Bośniaków i Chorwatów. Bośniaccy Chorwaci przebąkują o niesprawiedliwości, nie mając swojego własnego terenu, musząc dzielić się wszystkim z Bośniakami muzułmańskimi. Ci ostatni wciąż nie są zadowoleni z tego, jak przewiny czasów wojny nie przełożyły się na korekty serbskich zdobyczy, choć minęło już tyle czasu. Osądzeni w Hadze, po odbyciu wyroków, wracają do domu czyści, do sąsiadów, którzy wciąż pamiętają, co się wtedy działo. Masowe groby odnajduje się do dzisiaj, wiele rodzin wciąż nie wie, gdzie leżą ich bliscy. Ot, Bośnia w skrócie. Flagi w Bośni i Hercegowinie są przynajmniej trzy – i nie będąc w Sarajewie, gdzie może jest jakieś wspólne miejsce z masztem dla każdej z nich, nie widziałem takiego, by wisiały wszystkie obok siebie.

Trudno tam wjechać z głową wolną od uprzedzeń, choć staram się trzymać od nich z daleka. Im dłużej grzebię jednak w książkach i filmach, tym trudniej mi to przychodzi.

Stare jugosławiańskie pomniki, sławiące partyzantów z czasów drugiej wojny, coraz bardziej leżą odłogiem, uwaga z nich przesuwa się na nowsze, błyszczące tablice, upamiętniające najświeższe czasy, podkreślające różnice. Co było wspólne, nie wygląda już na równie ważne jak to, co teraz dzieli – poza popularnymi piosenkami Bijelo Dugme, których znajome melodie słychać bez różnicy wszędzie. Aż tyle i tylko tyle da się zaobserwować, podglądając ludzi przez kilkanaście dni – tak to upraszczam, ale i tak to odczuwam. Jest z czego się teraz dokształcać po powrocie, w każdym razie.

To, że z kosmosu widać jednolity kraj, opatulony Chorwacją z zachodu i północy, a serbską równiną ze wschodu, z poziomu roweru znaczy niewiele. Jeśli już Bałkany są zwane tyglem narodów, to Bośnia i Hercegowina jest kolejnym poziomem tego zamieszania, tyglem w tyglu, gdzie prawdziwy bałagan dopiero się zaczyna. Przy bliższym spotkaniu, Bośnia okazuje się być federacją dwóch mających z sobą coraz mniej wspólnego części, których granice wyznaczają miejsca przebiegu linii frontu z 1995 roku, szybko i niespodziewanie zamrożone porozumieniami z Dayton. Niby się tego spodziewałem – tego, ile różnych Bośni jest w Bośni, ale to wyraźnie podkreślane przez jednych bycie odrębnym od drugich w ramach jednego, bądź co bądź, państwa, jest czymś mi obcym, czego doświadczyłem tak jaskrawie po raz pierwszy.

Do Mostaru trafiam i się nim zachwycam. Fascynuje, gdy miasto podnosi się z ruin. Sarajewo musi podzielić los Srebrenicy i pozostać nieznanym z autopsji, gdy jedyna prowadząca do niego droga – choć malowniczo położona, to pełna jest samochodów. A ja przecież od początku wyprawy, ile tylko mogę, jadę opłotkami. Zastanawiam się, czy tutejsze zapiski nie powinny były się w międzyczasie przeistoczyć w „Podróż zadupiami wszędzie, tylko nie do Chin”. Żeby to tylko można było jakoś zwięźlej napisać.

A bośniackie opłotki są przepiękne, dla samego krajobrazu dobrze tu przyjechać. To był ostatni z Wielkich Krajów tej wyprawy – próbując jakoś to w słowa ubrać – które z perspektywy podróży zachwycają, gdzie dzicz przyrody miesza się z bogactwem kultur. Nie ma monotonii, za kolejnymi górami czekają zachwycające doliny, odmienne w charakterze od poprzednich, których kilka godzin wcześniej nie można się było spodziewać. I choć znane z wcześniejszych miesięcy na innym kontynencie bezkresne połacie lasów, gór, czy pustyń, są hipnotyzujące – jest też coś magicznego w Bośni, kiedy jeden krajobraz zmienia się w drugi w szybszym tempie, w ciągu jednego dnia. Zachwyca mnie takie skoncentrowanie tylu różnych bodźców. Tak jak w Gruzji, niedużym kraju, w który natura upchała przydużo atrakcji. Po przepięknej Czarnogórze, w Bośni mój zachwyt dalej nie opadł i nie opadał aż do wjazdu do pełnej kukurydzianych, błotnistych pól, chorwackiej Slawonii. Tam już było czuć, że zaczyna się rolnicza, środkowa Europa, gdzie uroków przyrody trzeba się naszukać .

Ale w Bośni jest też momentami strasznie, gdy z tego trudnego do naruszenia piękna natury co i rusz wychodzą demony, będące dziełem człowieka. Albo żmije.

Tak jak one, poluję na ciepło o poranku, długo nie będąc świadomym, że nie jestem sam. Grube żmije przeróżnych gatunków biorę za przejechane, dopóki ich ilość na drodze nie zaczęła robić się podejrzana. Po kolorach i kształtach zygzaków na plecach, doliczyłem się dwóch rodzajów, a pewnie jest więcej. Z bliska widać dopiero, że wcale nie są rozjechane – że żyją, powoli wypełzając rano na cieplejszy od skalnych zakamarków asfalt, by w okolicach jedenastej zaczynać okazywać znaki życia. Pustkowie okazuje się być zamieszkane nie przez to stworzenie, do którego pałałbym największym uczuciem, i trochę nieswojo mi myśleć o dalszych nocach wśród niekończących się skalnych przetrzeni. Przynajmniej nocą te zwierzęta powinny spać, chłodno bowiem już w tym październiku zaczyna być. Mimo wszystko, lepsze są te przedpołudniowe spotkania z anemicznymi gadami od tryskającego energią czarnogórskiego skorpiona, który w popołudniowym cieniu skalnego załomu wystraszył mnie swoim niespodziewanym pojawieniem się w jesiennej Europie.

Przynajmniej mam już odpowiedź na ciągle powracające pytanie o to, czy się nie bałem, i czy widziałem Te Straszne Dzikie Zwierzęta. Tak, czasem najadłem się strachu. Wreszcie nie muszę się już wyłącznie posiłkować zgraną historią o wyliniałym wilku spod Szczytna.

Próbuję trochę podkręcić tempo jazdy po poprzednim miesiącu, w którym z Louise obliczyliśmy, że w towarzystwie, które spowalnia doszlifowane w pojedynkę do perfekcji czynności, pięćdziesiąt kilometrów na dzień wystarczy w górzystych Bałkanach. Niemile tym zaskoczony, to ja zawsze byłem tym mniej zwartym i gotowym – gdyż Louise przez pół roku z siostrą i przyjaciółką zdobywała szlify w przeróżnych biwakowych grach zespołowych. Po miesiącach spędzonych w samotności, wszystkie ruchy wokół siebie mam już całkiem nieźle opanowane, jak przyzwoicie naoliwiona maszyna. Jadąc z kimś, trzeba te przyzwyczajenia trochę ponaginać, żeby sobie nawzajem łokciami zębów nie powybijać – ale w końcu i z tym do wprawy doszliśmy. Nie zostało jednak wiele wspólnego czasu na radość z tego dotarcia – i jak już coś zaczęło nam z tych nowych rutyn wychodzić, to Louise wzięła nogi za pas i odleciała w kierunku swojego domu. A już tak dobrze nam szło!

W równoległej do południków podróży od Adriatyku, w miesiącach prowadzących do grudniowego, zimowego przesilenia, i tak już krótkie dnie znane z siedzenia w jednym miejscu, z każdym dniem i przebyciem kolejnych kilkudziesięciu kilometrów na północ stają się jeszcze krótsze, jeszcze szybciej. Jak to jesienią, krótkie dnie zaczynają narzucać ograniczenie – nie mogę się już tak bezkarnie obijać, kręcić, stawać na pogaduchy i desery. W porze obiadowej dobrze już myśleć, gdzie będę celować z noclegiem.

Z tego jesiennego przyspieszenia nie za dużo mi jednak wychodzi, udaje mi się jechać o godzinę dłużej każdego dnia, trochę też szybciej. Jak to jesienią, liczy się każdy kwadrans, nim przyjdzie ta gorsza, bardziej mokra i bardziej szara aura, w której będę tracił te wszystkie minuty, które pieczołowicie wcześniej zbierałem. Dostaję kilka ostrzeżeń od pogody, przypominających, że od jej łaski będzie zależało, czy będzie to podróż przyjemna, czy wyścig z czasem. Ale ma to swoje plusy. Złota jesień nie opuszcza mnie jeszcze długo po Bośni, a jesień to przecież nie tylko kolory – to też zapachy mokrych łąk i wilgotnych lasów, które zależnie od gatunku drzew, pachną każdy po swojemu. Ciepłego jesiennego dnia nie oddałbym za żadne tropiki.

Już mroźnymi nocami zdarza się widzieć to niebo, na którym gwiazdy w zimnie się skrzą. Coraz częściej przed wbiciem pierwszego wieczornego śledzia, kręcę się ze zwykłym kompasem po łące tak, by odpowiednio do wschodu ustawić namiot, by poranne słońce pomogło mi się wygramolić z wilgoci namiotu o te kilka minut szybciej. Dobrze, że żmije jeszcze na to samo nie wpadły, przez co mam nad nimi co rano kilkugodzinną przewagę.

W tym trochę szybszym, samotnym tempie, mijam więcej osad, miejscowości. Prawo nakazuje pewnie, by ich nazwy były pisane i po łacińsku, i w cyrylicy. Prawo prawem – częściej niż rzadziej jednak, u Serbów napisy po łacińsku są zamazane. Ale czy u Bośniaków i Chorwatów było inaczej? Gdzież tam. To samo, tylko w drugą stronę. Nie widziałem niczego symbolicznego, mogącego godzić ludzi. Pomniki i symbole – są, owszem – ale zawsze osobno. Poróżniony kraj epatuje takimi manifestami od pierwszych chwil w nim spędzonych.

Od chorwackiego Dubrownika do granicy z Bośnią jest kilka kilometrów. To stąd, po miesiącu spędzonym w towarzystwie, znowu sam, ruszam w dalszą podróż na północ. Pierwszy raz śpię na samej granicy, co może wydawać się głupie – i pewnie jest – gdyby tylko było jakieś inne wyjście. Zanim dotarłem do przejścia, parę nerwowych minut na Magistrali Adriatyckiej utwierdza mnie, że podjąłem dobrą decyzję, nie jadąc chorwackim wybrzeżem. Jeszcze kilka minut wspinaczki i znajduję się w Bośni, na terenie lądowego klina, będącego pod jurysdykcją części chorwacko-bośniackiej, oddzielającego Chorwację od Republiki Serbskiej.

Akurat nad Dubrownikiem linia frontu leciała na wzgórzu, z którego ostrzeliwano Chorwatów. Więc by odsunąć Serbów od wybrzeża – a przynajmniej tak to wygląda – między nich i Chorwację wbito ten jałowy, kamienisty, administracyjny klin, na którym przyszło mi spędzić noc.

Tak to już jest w bośniackim bałaganie. Bez dobrej mapy trudno ogarnąć, między którymi jej częściami się człowiek wije. A że wojna nie toczyła się według linijek, to i zakręty i nagłe skoki wewnętrznych bośniackich granic są często zaskakujące. Choćby ten przygraniczny klin, co do którego mam obawy, czy pozwoli mi na sen niezakłócony przez strażników granicznego ładu. Pozwolił. Choć już pogranicznicy, gdy nadszedł zmierzch, a ja pojawiłem się przed ich budką, pytają, gdzie będę nocować. – Na dziko chyba, gdzie indziej? – Tylko uważaj na dzikie świnie. A-ha. Dzików w Polsce się nigdy nie bałem, ale może z dzikimi świniami jest inaczej. A ja myślałem, że dziki zwierz przed człowiekiem instynktownie ucieka. Nie przyszły, całe szczęście.

Zapada zmrok, po raz ostatni widzę też morze. Jest w tym wieczorze coś sentymentalnego, gdy słońce zachodzi po raz ostatni do morza, a bezpośrednio nad moją głową wzlatują samoloty, w tym ten lecący do Anglii z jednym rowerem zapakowanym w kartonowe pudło.

Pierwszego poranka w pojedynkę – chcę dokręcić przysłowiową śrubę. Niestety, nie tylko w przenośni – i dokręcając to i owo przed dalszą drogą, urywam jednej śrubie główkę. Tej od bagażnika. W pierwszy poranek zdyscyplinowanej podróży w kierunku domu. Cholera. To tylko głupia śruba, której gwint trzeba teraz jakoś przewiercić. Ale trzeba znaleźć kogoś, kto to będzie potrafił zrobić – a do Dubrownika za nic nie mam zamiaru wracać. W nadchodzące bośniackie pustkowie wjeżdżam inaczej, niż to sobie poprzedniego wieczora wymyśliłem. Zamiast przygód i sekretnych przejść, zaczynam od szukania tokarza w najbliższym mieście, w Trebinje.

Tyle na razie wyszło z chęci na zwiedzanie małych dróżek na skróty, których, jak się okazuje za załomem góry, w krasowych bałkańskich dolinach, nie brakuje. Wszystko po horyzont jest zawalone kamieniami, na których rosną dęby i dzikie figi, i diabli wiedzą, co jeszcze. Ale to wszystko bije po oczach jesiennymi kolorami i skutecznie zakrywa przed moim wzrokiem małe wioski, do których w bok odchodzą małe dróżki, aż proszące się o bliższe poznanie. Widzę pierwsze wypalone domy, dawno przerośnięte zdziczałymi figami, po raz pierwszy na poboczu powiewa flaga Republiki Serbskiej, którą później będę widzieć na nowo i żegnać jeszcze nie jeden raz. Stoją przystanki autobusowe, rutynowo już obsmarowane wyzwiskami w kierunku tych, których już tam nie ma.

Ale gdyby nie poranne próby majsterkowania, nie zjeździłbym przepięknego Trebinje wzdłuż i wszerz, od podszewki, bo nie tak prosto jest za pierwszym razem znaleźć tokarza, nie wiedząc, jak brzmi to słowo po serbsku. Udaje się i to, w końcu trafiam na pana Miro, który problem śruby załatwia jowialnie i od ręki. Dowiaduję się przy okazji, że majster po serbsku to majster, poznaję smak gościny i zupełnie bezinteresownej pomocy. Znów jestem w sytuacji, w której znalezienie pomocy wyklucza zapłatę, a kończy się zaproszeniem na kawę, nalewkę – i jeśli tylko mam ochotę, na otwarcie drzwi domu na tak długo, jak tego potrzebuję. Jadę już długo, a ja znów jestem oniemiały tym, ile człowiek jest gotów bezinteresownie dać od siebie. Ten jeden raz na szczęście pada deszcz, więc z czystym sumieniem i przyjemnością opóźniam nieuchronny tego dnia powrót w drogę o długość długiej rozmowy, która wciąga – bo jak nie ma wciągnąć fascynująca narracja o rozpadzie Jugosławii, o Chorwatach budujących złośliwie pod bośniacką granicą składowisko radioaktywnych niemieckich odpadów, o synowej z Gdańska, o Wałęsie, którego nawet w Trebinje się kojarzy. Słuchając opowieści o wojnie, nie odzywam się – bo choć na pewno mam o niej znacznie bardziej biało-czarne pojęcie od kogoś, kto tu żył, przedstawienie pewnych spraw nawet dla mnie za bardzo pachnie czymś, w co spotkany w podróży człowiek chce wierzyć – a nie tym, co się stało naprawdę.

A z ciekawostek geograficznych – od Trebinje podróżuję wzdłuż Trebijsnicy, jednej z najdłuższych w świecie zanikających rzek, które nikną w dziurach w ziemi, by się ponownie pojawić gdzieś dalej. Trebijsnica ginie w jeziorze, z którego na powierzchni nic nie wypływa. Przez kilka dni myślałem, że to moje mapy są złe, bo według nich, miałem jechać pod prąd. A ja z prądem, do jeziora, i jeszcze nurtu wraz z kilometrami przybywało. I faktycznie, podziemnymi rzekami w stronę Adriatyku ta rzeka dalej płynie, w tej wapiennej krainie pociętej podziemnymi grotami. Żeby zapobiec zbyt wczesnemu znikaniu rzeki w krasowych dziurach, kawał jej nurtu przed laty wybetonowano! I dzięki temu płynie nieprzerwanie dłużej, niż by natura sama tego chciała.

Dolina Trebijsnicy jest podzielona na dwa światy, których granica – znów – biegnie gdzieś, zdawałoby się przypadkowo, raz środkiem doliny, raz przy drodze, oddzielając część serbską od bośniacko-chorwackiego klina. Przez wizytę w Trebinje, jadę akurat po serbskiej stronie doliny. Gdyby nie śruba, włóczyłbym się wśród „tych drugich” ludzi, mieszkających za rzeką i krzakami. Choć jestem rzut kamieniem od zatłoczonego do granic możliwości Dubrownika, tutaj nic z tamtego świata nie widać. Przemykam przez ciche wsie, mijam proste, kamienne domy i pieczołowicie wyrwane wszechobecnej skale poletka wypełnione rudą ziemią, tak jak kurniki i pasieki, które niezmiennie przez cały świat wyglądają tak samo.

Gdyby zapomnieć o pozostałościach wojny – w Bośni i Hercegowinie jest pięknie. Tylko od tego, której narodowości ludzie w danym miejscu mieszkali, kto kogo najechał i kto kogo skąd wygonił, zależy teraz, czy znajduję się w krainie dobrobytu, czy biedy – a może pustkowiu, w którym nikogo już nie ma. Gmina wyglądająca na wyjętą żywcem z Austrii – dokąd ludzie stamtąd uciekali, i skąd powrócili przynosząc styl nowo budowanych domów – sąsiaduje z gminą, do której uciekinierzy już nie wrócili, w której na mapie widoczne są planowane na nieokreśloną przyszłość autostrady-widma, mające łączyć dwie części kraju, które nie chcą być razem. W Bośni wciąż stoją domy, na których farbą chlapnięte są słowa nazywające religię właściciela – ale nie mogę dociec, czy było to namalowane przed jego opuszczeniem i uratowało dom przed spaleniem, czy też namalowane zostało przez „tych drugich”, i zmusiło mieszkańców do ucieczki na zawsze, a napis nie miał chronić, a stygmatyzować. Dom stoi nadal, okna puste, farba napisów przez dwadzieścia lat nie zdołała się złuszczyć. Dach ugiął się pod swoim ciężarem. Wokół ruin wyrosło już wiele nowych domów, ale całe bośniackie wsie w Republice Serbskiej są ciche, okna mają zasłonięte rolety. Podobno ludzie nie wracają jeszcze tam, skąd ich wygano.

W jednej Bośni jest sielankowo, nie widać wiele z kryzysu, w którym Bośnia podobno jest. W Trebinje są nawet znakomite ścieżki rowerowe. Platanowy skwer w centrum jest jak wyjęty z Francji. Tylko skromni starsi ludzie sprzedający miód, warzywa i owoce, trochę mniej. Podobne skwery były w Turcji, otoczone kafejkami i herbaciarniami. Tu też trochę z tego zostało – choć w Trebinje muzułmanów mało, Bałkany są przesiąknięte zwyczajami z czasów tureckich.

W innym polju (jak tu nazywa się kotliny), oddzielone od siebie niewysokimi przełęczami, świat będzie zupełnie inny. Przejazd przez przewyższenie jest ciągle zaminowany, co chwilę do drzewa przybita jest czerwona tabliczka ostrzegająca przed nieostrożnym oddalaniem się. Na niektórych zarośniętych drogach stoją tabliczki informujące, że to teren prywatny – ale nie wiem, kto by o zdrowych zmysłach chciał te zakazy łamać. Teren zaminowany ciągnie się kilka kilometrów, taśmy rozdzielające sektory saperskie pozrywał już jesienny wiatr. Po Glamockim Polju, ostatnim między ziemiami chorwackimi, a powrotem do Republiki Serbskiej, wiatr wieje nie tylko na pozrywanych taśmach. Mijam Glamocz, w którym straszą ostrzelane domy, opuszczone gospodarstwa. Hotel jeszcze istnieje w rzeczywistości wirtualnej, ale w prawdziwym świecie jego fotele są już przykryte prześcieradłami. O wypalonych domach nie chcę już pisać. Przygnębiające są to miejsca strasznie, więc cieszy widok miejsc, które się podnoszą, gdzie obok śladów serii z pistoletu na ścianie dzieciaki mają nowy plac zabaw, a podlotki chodzą chichrając, nie widząc luzackich chłopaków na murku obok (akurat – widzą, widzą…) . Szukam czegoś optymistycznego w tej poharatanej, acz wciąż przeróżnorodnej krainie.

Nie nabieram wody w Glamoczu, licząc na jakieś miejsce na namiot, zanim polje się skończy – lecz we wsiach, w których nikt już nie mieszka, nic nie znajduję. Studni tu nie ma, ale przy domach wciąż są wkopane w ziemię zbiorniki na deszczówkę. Tylko wiadra już dawno zniknęły wraz z mieszkańcami, woda jest więc poza moim zasięgiem. Nie po raz pierwszy zamiast przyjemnego biwaku tam, gdzie mi się podoba, muszę jechać do czasu, aż znajdę wodę i racjonować tą jej pozostałą ilość, która spragnionemu człowiekowi znika znacznie szybciej, niż takiemu, co nie ma ograniczeń. Trzeba przejechać na drugą stronę kolejnej góry, szukać wody w krainie, w której na powierzchni się ona nie utrzymuje, której krasowa ziemia jest dziurawa i chłonna jak gąbka. Mam szczęście i na samym szczycie, za kontenerem strażnika Republiki Serbskiej, z lasu wypływa czysty strumyk. Upałów już dawno nie widziałem, ale i w taką pogodę łapczywie piję wodę i napełniam butelki na wieczór. Mijam kolejne miejsce, w którym pamiętająca lepsze czasy kolejka wąskotorowa stanęła wiele lat temu i tak już została rdzewiejąca na końcu torów. Gdzie mimo zapraszających do nich napisów, pokoi gościnnych dla mnie nie ma – a jest tylko to dziwne uczucie, gdy się przed zmierzchem przychodzi do baru dla miejscowych, których głosy cichną, spojrzenia padają na przybysza i nikt nie wraca do rozmowy, dopóki ten obcy ktoś nie wyjdzie. Przecież dopiero co przyjechałem z tej drugiej Bośni. Na dworze jest mgła, wjeżdżając w nią woda błyskawicznie skrapla się na twarzy i ubraniu, zamienia się wkrótce w deszcz. A ja żałuję, że nie pokusiłem się o zaszycie się gdzieś na łące, zaraz po zdobyciu wody – tak nieswojo jest w tym przybytku.

Ostatnie dni w Republice Serbskiej mijają mi szybko. Zatrzymuję się, wcześniej umówiony ze znajomymi z Australii, na dwa deszczowe dni w Zelenkovacu, miejscu prowadzonym przez pana Borislava, artystę i pasjonata, składającego stare wiejskie domy w górskiej dolinie, w których można zanocować. Magia. Wieczorem grupa dziewczyn z Polski i Francji zaprasza obecnych w jesiennie cichym pensjonacie na wspólne granie i śpiewanie, przy dymiącym swieżym, mokrym drewnem, kominku. Bijelo Dugme znów gra to z głośników, to w ich aranżacjach instrumentalnych, co jest przeżyciem wyjątkowym, będąc w dawnej Jugosławii i znając sentyment, jakim ta grupa jest tam wciąż darzona.

Już nie zmieniłem tej Bośni na inne. Z po raz kolejny odwiedzonej Republiki Serbskiej zaraz uciekłem do Chorwacji, na dwudniowy przejazd przez Slawonię, nim ostatecznie nie wróciłem do bliższej Polsce Europy Środkowej. Ciche, trochę smutne dni trwały dalej, gdy wiedziałem, czym zapisały się w bardzo bliskiej historii mijane po drodze Prijedor i Omarska, a co wyszło na światło dzienne zupełnym przypadkiem, dzięki nieustępliwości kilku zagranicznych dziennikarzy.

Wrócić do Bośni i Hercegowiny będzie potem ciężko, bo to jest jedno z tych przepięknych miejsc, do których z szacunku dla tamtejszych ludzi szczególnie nie chcę jechać nie wiedząc nic o jej historii – a im więcej jej poznaję, tym trudniej przychodzi mi po prostu cieszyć się w niej podróżą.

Brak możliwości komentowania