Ostatnia bałkańska prosta

Po półtora roku w drodze – i nieuchronnym powrocie do Europy, zadaję sobie pytanie – czy po tym wszystkim, co już widziałem, Europa może jeszcze mnie zachwycić?

Po dwudziestu tysiącach kilometrów, które tyknęły gdzieś trochę donośniej od nieokrągłych poprzednich tysięcy, wyobrażałem sobie, że ostatnie tygodnie w Europie będą jakąś formalnością, okazją do wydania niewydanych poprzedniej wiosny rumuńskich lejów i przydługą, nudnawą wycieczką, z przyzwoitości wobec siebie samego zrobioną o własnych siłach.

Tutaj, oprócz widma końca drogi, do głosu dochodzi trochę częstsze niż wcześniej zmaganie się z dziwnymi awariami roweru, których jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem – to już czas na zmęczenie materiału, gdy urywam główkę śruby, próbując ją dokręcić, czy gdy pęka rama siodełka, też zmęczonego milionem dziur wcześniej przejechanych. Spodziewam się kolejnych takich numerów i poprzysięgam sobie, że wbrew sobie, nie będę już nic dokręcać na zapas, nim nie dojadę do Polski. A siodełko marki Siodełko z albańskiego demobilu za pięć euro też działa – widać nie trzeba Brooks’a, by przejechać pół świata.

Co może być bowiem fajnego choćby w europejskim cyplu Turcji, kiedy z racji nadchodzącej zimy – po raz drugi … – rezygnuję z objazdu jej azjatyckiej części. Utknąłbym pewnie niedługo w śniegach na jej kurdyjskim końcu. Na tyle głupi, by jechać w cieplejsze pobliże syryjskiej granicy, też nie jestem.

Potem poleciałem do Polski na sierpień i olśniło mnie, że nie o tą wspomnianą przyzwoitość tu chodzi. Chodzi o uniknięcie tego głupiego uczucia, jakie mi towarzyszyło w momencie wyjścia na płytę lotniska w Warszawie, gdy biegłem na ostatnią przesiadkę do Wrocławia, widząc po półtora roku wielką burzową chmurę na północnym horyzoncie, o której następnego dnia mama mówiła, że zupełnie zalała Brodnicę – że ta wycieczka mogłaby się skończyć jednym krótkim lotem i powrotem do równoległej polskiej rzeczywistości, która też właściwie ledwo zauważyła, że na dłuższą chwilę z niej wyskoczyłem. Ma to oczywiście parę plusów, w tym na przykład to, że prawie niepostrzeżenie wracam do swojego pokoju i czuję się jak u siebie, pies i już trzyletnia siostrzenica mimo maskującego wąsa od razu mnie poznają, a plotki o tym i owym w zasadzie mogłyby być bez większych przeszkód oznaczone datownikiem „2015”.

Więc wracam do Stambułu, mimo ogólnej paniki w większości rozmów w Polsce, a dotyczącej jeszcze ciepłego tureckiego zamachu stanu – tej strasznej „sytuacji w Turcji”. A sytuacja w Turcji, dla przyjezdnego, nie zmieniła się. Jasne, każda więzienna furgonetka mijana po drodze (a przez tydzień mijam dwie) wzbudza myśl, że to pewnie kolejni oficerzy jadą do aresztu. Wszędzie wiszą tureckie flagi, czasem tak wielkie, że zastanawia, czy to wszystko nie było zaplanowane i nie czekało w szufladzie na odpowiednią „okazję”. Na niektórych placach w Stambule tłumy machają tureckimi flagami do późnego wieczora, dla nich też metro kursuje dłużej, by demonstranci mogli po wiecach poparcia dla rządu wrócić do swoich domów. Nie mam tyle wiedzy, by zastanawiać się, czy mają rację, czy też dali się wmanewrować w wielką, spiskową politykę – ale trudno nie mieć jakiejś o tym opinii, gdy Erdinc – mój gospodarz ze Stambułu, pokazuje film z festynu zmobilizowanych obrońców demokracji, na którym dla hecy ktoś puścił patriotyczną pieśń – kurdyjską. Lecz tłum tego nie zauważa, i w rytm tej kurdyjskiej muzyki wciąż macha flagami. Tureckimi…

Dla mnie oznacza to tyle, że do późniejszej godziny ja także mogę korzystać z metra. Wracamy z Erdincem ostatnim autobusem do jego domu, razem ze zmęczonymi ludźmi, trzymającymi w rękach zwinięte flagi. Przechodząc koło takiego wiecu na zbyt wiele się nie narażam, bardziej to przypomina festyn, czasem nawet z darmowym jedzeniem. Znajdując się w pobliżu, jestem jak ten turysta z plecakiem i kubkiem prestiżowej kawy, przechadzający się po Krakowskim Przedmieściu akurat w jedną ze smoleńskich miesięcznic. Coś rozpala do białości zebrany pod krzyżem tłumek. Nie moja sprawa – ja delektuję się prestiżem z zielonym logo trzymanym przeze mnie w dłoni i węszę za atrakcjami z przewodnika, ewentualnie poluję na Pokemony – robię coś bardziej lajfstajlowego, w każdym razie. Co innego, jak szukaliśmy z Louise rozwiązania dla sprawy trzech porzuconych szczeniaków z greckiego pobocza, czy suszyliśmy podobnie bezradne i zmoknięte kocięta w Czarnogórze, które akurat musiały zacząć miauczeć tam, gdzie znaleźliśmy miejsce na namioty. Jeśli mamy się przejmować jakimiś problemami, niech będą prawdziwe.

Kim jest Louise? Z Louise znamy się krótko, ale jedziemy w pobliżu siebie od jakichś ośmiu miesięcy – o czym oczywiście przez większość czasu nie wiedzieliśmy. Mijaliśmy te same osoby w Tajlandii i Laosie. Prawie się spotkaliśmy w północnym Wietnamie, dopóki nie skręciłem na południe, a ona z siostrą i koleżanką – nie rzuciły się na północ, do Chin. Ten mały świat nie byłby jednak sobą, gdyby ta passa nie trwała dłużej. One pociągami i drogami dotarły w końcu do Kazachstanu i Kirgistanu – akurat na czas, bym ja też przypadkiem zdążył dolecieć do stolicy tego ostatniego. Tam też nie było nam pisane na siebie wpaść, bo – a jakże! – każdy wybrał sobie inne miejsce do mieszkania. Mitch i Steven, jadący do Londynu bracia z Australii, spotkali i mnie i dziewczyny w Biszkeku – czyli byliśmy tam wszyscy w jednym czasie, choć każdy siedział w swoich okopach. Bo w trasie jest często tak, że jedziemy do tego miejsca, które ktoś jadący z naprzeciwka rowerem polecił – a najlepiej, jeśli poleca je kilka osób. W końcu, szeregiem poleceń i namiarów przez znajomych znajomych, wpadliśmy na siebie w Pamirze, później znów rozjechaliśmy, i znów spotkaliśmy w Duszanbe… i w końcu umówiliśmy się na połączenie sił w Grecji. A w Czarnogórze przypadkiem wpadamy na wspomnianych Australijskich braci, po raz kolejny grając w bitwę spojrzeń o to, kto kogo pierwszy rozpozna. Żeby było jasne, że ten świat małym był i małym pozostaje.

I teraz mam nadzieję z jeszcze jednego powodu, że mróz nie przyjdzie w Europie zbyt szybko. Jeszcze w Biszkeku odradziłem chłopakom zabieranie zimowych opon z kolcami na listopadową jazdę przez Niemcy i Beneluks, więc cztery nowiutkie opony czekają na szczęśliwca w Kirgistanie. Teraz, w razie ślizgawki, mogą się na mnie mścić osobiście.

I tak, wyrwany z obezwładniającej normalności domu, tym razem bez większego przygotowania (bo nigdy nie planowałem tu wjeżdżać, myślałem że w Chinach wsiądę w samolot do domu i tyle) – zanurzam się w Bałkany, zanurzając się też w morzu plebejskiej kawy po turecku – wciąż tej samej, co kawa armeńska półtora roku temu w Armenii, będącej jednocześnie grecką w Grecji i bośniacką w Bośni. Przynajmniej Albańczycy nie kazali mi jej nazywać jakimś słowem pochodzącym od Shqipërii, jak po albańsku Albania się nazywa. Albański jest niepodobny do niczego, ale w Albanii najtwardsze męskie spojrzenia i kamienne twarze na uśmiech i pozdrowienie odpowiadają uśmiechem najszerszym z możliwych, więc bez słów dogadać i tak jakoś się można.

I choć miałem już się na tym europejskim skrawku ziemi wygasić przed powrotem, Bałkany robią co mogą, bym się z tym jeszcze chociaż przez parę tygodni wstrzymał.

Tu się okazuje, że butelka gazu pieprzowego na niedźwiedzie, którą zostawiłem w Rosji, akurat by się jeszcze mogła przydać.

Rozbiliśmy namioty w Grecji po raz ostatni, tylko dlatego, by nie przekraczać granicy z Albanią o zmroku. Słońce zachodzi za górę, ja kończę się kąpać w strumieniu w pobliskich krzakach. Miejsce na biwak jest kapitalne, już zacząłem zbierać drewno na ognisko. Jeszcze się suszę na brzegu rzeki, gdy przychodzi pasterz i wyraźnie gestykuluje, że tutaj po zmierzchu z pobliskich gór do wodopoju schodzą niedźwiedzie. Woda na herbatę już się gotowała. Nigdy tak szybko nie uciekałem z już rozłożonego biwaku, a Louise jeszcze długo drwiła ze mnie, że jednak potrafię się szybko zebrać. Noc jednak nie była do końca udana, bo choć namiot przenieśliśmy za płot pobliskiej kapliczki, przy drugim podejściu do kuchenki spod namiotu zaczęły wylatywać szerszenie. Po zmroku leciały, oczywiście, do światła latarki. Którą miałem na czole. Tak – spaliśmy w kapliczce, starając się zachowywać przyzwoicie, nie otwierając wina, kupionego zresztą właśnie na ostatni grecki biwak. Od tej pory jedzenie na noc ląduje daleko od namiotu, a zapomnieć o tym nie pozwala dopiero co odkryta niedźwiedziofobia Louise.

Tutaj widoki wciąż zapierają dech w piersiach, o czym lepiej powiedzą zdjęcia. Czy są to dębowe gaje w Turcji i Grecji, czy bezkresne pola po tureckich żniwach, czy krasowe doliny z dróżkami do zagubionych w chaszczach wiosek w Republice Serbskiej – niewiele było tu nieciekawych dni. O Czarnogórze, zdaje mi się, można by napisać osobny kawałek, gdyby nie to, że po zaledwie tygodniu tam spędzonym mam wrażenie, że jest to za mało, by powiedzieć coś ponad pierwsze, powierzchowne odczucia. Dlatego też drogę przez te okolice łatwiej mi traktować jako jedną całość – a jeśli gdzieś mam wrócić, to do Czarnogóry na pewno. I do Albanii. Co po wcześniejszych udanych powrotach do -Stanów wcale nie wydaje mi się niemożliwe.

Tu się okazuje też, że stereotypy o krajach, które siedzą po drodze, czekają na rewizję. Odległe republiki Azjatyckie są abstrakcyjne do momentu pojawienia się w nich, bo jaki tak naprawdę można mieć stereotyp o Kirgistanie, nie usłyszawszy piosenki Kazika o Kirgizie i jego koniu? A Bałkany są bliżej, więcej jest różnych skojarzeń, gotowych do odkręcenia.

Choćby w Kosowie. Z roku 1999 zapamiętałem tylko zdjęcia kolumn uchodźców albańskich z Kosowa idących wzdłuż torów – żadnych innych odniesień nie miałem. Mimo, że nie chcę wjeżdżać z jakimkolwiek nastawieniem do tego kraju, ten obrazek gdzieś w tyle głowy ciągle siedzi. Po czym Kosowo okazuje się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, być najbardziej dynamicznym miejscem od kiedy wyjechałem z Turcji. Biznes pączkuje na każdym kroku, jest czysto, niektóre miejsca przypominają sielskie wiejskie dolinki gdzieś w Austrii, choć wieczorem rozbijamy biwak na łące takiej, jakie widuje się tylko na angielskiej wsi. Nie spodziewałem się zgliszcz, ale sielanka też nie była tym, na co byłem przygotowany. Dopiero w rozmowach z ludźmi ten obraz gdzieś się rozmywa – że gdyby nie to, że w każdej rodzinie jest ktoś pracujący na Zachodzie, byłoby kiepsko. A w każdej wsi stoją nowe pomniki, nie mające nic wspólnego z daleką, abstrakcyjną historią – tylko z bardzo bliską. Trudno jest cieszyć się otoczeniem, gdy nazwiska kilkuset osób na obeliskach mają tę samą datę śmierci. Wieś po wsi.

I kraj po kraju. Że zagmatwanie etniczne i historyczne Bałkanów jest duże, wiedziałem zawczasu. Mimo tego, wysiadam przy próbach pobieżnego wczytania się w jakiekolwiek streszczenia, strawne na ten krótki czas po męczącym dniu, kiedy ciepło śpiwora jest już zbyt rozpraszające na dłuższe lektury próbujące wytłumaczyć zawiłości bałkańskiej mozaiki. W Grecji jeszcze próbowałem coś chłonąć, by zrozumieć, dlaczego każdy Grek jest obrażony na Macedończyków za kradzież legendy Aleksandra Macedońskiego – ale choćby już w Bośni się poddaję. Ledwo nadążam za zmianami granic między Republiką Serbską i federacją bośniacko-chorwacką, gubię się w pojmowaniu „kto, kogo i kiedy”, i nie dyskutuję z przemiłym i pomocnym serbskim tokarzem negującym przy porannej kawie i rakiji pewien spisek Zachodu (szerzej znany pod nazwą Srebrenicy), choć dzień później – już w miasteczku muzułmańskim, pełnym meczetów ale i dziur po kulach na domach – mijam graffiti proszące po angielsku o pamięć o niej – mówiące więc coś zupełnie przeciwnego.

Wystarczyło ponownie przekroczyć jedną z wewnętrznych granic Bośni, znaczoną serbską flagą. Ale granic tu jest więcej, w tej wojnie były też mniejsze wojny, między stronami na początku ze sobą współpracującymi, a później nawzajem się zwalczającymi. I tak wjeżdżam w przestrzeń, gdzie znaki ostrzegają przed minami na poboczu – choć dla mnie od ich czerwonych tabliczek znacznie wymowniejszy jest sąsiadujący z drogą las, wyraźnie przez nikogo nie odwiedzany i nie czyszczony przez ponad dwadzieścia lat. Tam wciąż są miny. Przed lasem – wieś muzułmańska. Za nim – chorwacka. Bo ta zaminowana granica wcale nie musiała być serbsko-muzułmańska. Łatwo się pogubić, łatwo kogoś urazić. Lepiej nie wdawać się w dyskusje, tak jak przy kawie u tokarza – zaczynam go słuchać, on daje się ponieść, przekazuje mi swoją historię.

I mimo tego, w hostelu w Mostarze widzę, jak ktoś z Antypodów i zapoznany z Wikipedią na tyle, by rozróżnić Serba od Bośniaka i Chorwata, formułuje bardzo czarno-białe wnioski o tym, kto był dobry, a kto zły. W tym Mostarze, w którym ci sami Chorwaci i Bośniacy, wspólnie odpierający Serbów, w pewnym momencie skoczyli i sobie do gardeł. Teraz ja się zastanawiam, czy byłem równie powierzchowny samemu będąc na drugim końcu świata, opierając się na wiedzy wszelakiej – tylko nigdy z pierwszej ręki.

Akurat teraz jest mi to bardziej na czasie, bo w Mostarze łapię trochę oddechu po kilku tygodniach podróży, Mostarze znanym z symbolicznego mostu wysadzonego w powietrze przez Chorwatów. Półtora miesiąca – a granic przebyłem tu tyle, że w dalszym świecie starczyłoby tych pieczątek i wyciągania paszportu na pół roku. W IKEA są takie maszyny, zginające fotel tysiące razy w powtarzalny sposób, mający imitować lata użytkowania, skrócone do tygodni intensywnego testowania. Mój paszport przechodzi właśnie takie przyspieszone zużywanie – i dostaje po dwie nowe pieczątki co kilka dni. W Albanii byliśmy dwa razy – pierwszy trwał krócej niż dobę, pozwolił zadziwić się znakomitymi drogami, rozpocząć polowanie na bunkry Envera Hodży. I jestem trochę rozczarowany, że bunkrów nie ma wszędzie. Czasem trzeba wytężyć wzrok, by taką konstrukcję odnaleźć, chyba że akurat została przerobiony na wielką betonową biedronkę, w czym pomaga standardowy okrągły kształt enverowego bunkra. Te bunkry to ślady paranoi i wiary w to, że cały świat kilkadziesiąt lat temu sprzysiągł się przeciwko Albanii – więc ją zabunkrowano. W Pamirze liczyłem rowerzystów, a w Albanii – poukrywane szare kopułki. Do bunkrów pod jabłonkami miałem największą słabość. Nic, tylko czekać w takim bunkrze, aż świat nas najedzie – zagryzając soczyste jabłko. Tak jak lubię wielkie sterty zmarnowanego postsowieckiego betonu, albańskie mini-bunkierki mnie po prostu ujęły.

Do Kosowa mogliśmy jechać nie opuszczając Albanii wcale, ale macedońska strona granicznego jeziora Ohrid była bardziej przekonująca, więc po śniadaniu i zapasem albańskich jabłek – a ten zakątek Albanii w równym stopniu co bunkrami stał sadami – uciekliśmy na kilka dni do Macedonii, by z macedońskiego brzegu patrzeć, jak po albańskiej stronie rozpętują się burze i ulewy, na szczęście tracące cały swój impet przed dotarciem do naszego zalesionego brzegu. Jest po sezonie, więc nawet nie zdążyliśmy dojechać do miasta Ohrid, nim Tomislav z niedalekiego pensjonatu nas nie złapał jedzących kanapki z pytaniem, czy nie szukamy mieszkania z widokiem na jezioro. Jak wcześniej nie szukaliśmy, tak wtedy zaczęliśmy szukać – i po trochę suchych popołudniowych kanapkach porządna kolacja już była na własnym balkonie. Wtedy też zorientowałem się po raz pierwszy, że po greckich i albańskich rozmowach na migi nadszedł wreszcie czas na dogadywanie się po słowiańsku. Czyli jednak dom jest coraz bliżej – ale zbliżając się tak powoli, jest mi z tym dobrze. I zostaliśmy tam dwa dni, bo przecież opustoszałe miejscowości wypoczynkowe mają jakiś urok. O czym wiedzieliśmy my oraz niespodziewanie dużo Holendrów. Tylko skąd tu tylu Holendrów?

Szkopuł z Bałkanami jesienią jest dla mnie jeden – na każdy z tych krajów potrzebowałbym miesiąca, co nieuchronnie prowadzi do sytuacji, że mając kolejną zimę na karku, zamiast każdego zakątka, wybieramy kilka najładniejszych dróg – a przynajmniej tak się zdaje patrząc na to wszystko z orbity – które za każdym razem każą wybrać jedną stronę każdego z krajów, i zmuszają do ominięcia tej drugiej. Pozostawiając ją na następny raz, który z Polski jak nic można zrobić z dziesięciodniowym urlopem i rowerowym bagażnikiem na dachu samochodu. Chryste, to naprawdę jest już tak blisko domu, że można tu po prostu podjechać autem.

(A z racji tego, że na ten jeden wpis wpada nagle kilka krajów, trochę uporządkowałem zdjęcia poniżej. Miłego oglądania!)

Grecja

Albania, Macedonia, Kosowo

 

3 komentarze

  1. Hubert śledzę twoja podróż od poczatku, ale wpis o Bałkanach szczególnie mnie ujął. Bardzo fajnie napisane, gratuluję odwagi i zazdroszczę przygód.
    Pozdrawiam
    Bartek Ròżycki

    • Siema Bartek! Słyszałem od rodziny, że czytasz, fajnie też, że piszesz teraz :). Na więcej o Bałkanach mi teraz tylko brakuje czasu (krótkie jesienne dni i więcej biwaków niż dachu w Europie!), ale jako miejsce na podróż czy odwiedzenie, jest tu gdzie jechać. Jako że mam teraz Twojego maila, odezwę się jeszcze niedługo ze szczegółami – ale od dawna mi chodzi pomysł, żeby zrobić ostatni biwak przed Brodnicą w Lasach Państwowych nad Wisłą, jeśli nie pojadę ścianą wschodnią… Pozdrowienia ze Słowacji! Hubert

Brak możliwości komentowania