Armenia kawą bez mleka płynąca

Czuję perwersyjną przyjemność z dumania nad czasem spędzonym w Armenii na rowerze, będąc w samym środku armeńskiego jądra ciemności – w Stambule. Wylądowałem tu (gra słów niezamierzona) przypadkiem i z miejsca dałem się ponieść wspomnieniom. Tych u mnie nie brak po kilku tygodniach, będąc zewsząd atakowanym martyrologią nie mniej rozbudowaną od izraelskiej, jak to trafnie ujął mój przyjaciel. Z tą różnicą, że Żydów przeproszono, a Ormian … No właśnie, o tym za chwilę.

Co ja w ogóle robię w Turcji? Nie po to przecież wziąłem w maju prom przez Morze Czarne, by teraz się nad nim znów meldować.

Nie miałem dużego wyboru, ponieważ nie dostałem wizy do Turkmenistanu – niezbyt otwartego kraju, w którego stolicy złoty pomnik niedawno zmarłego Turkmenbaszy jest zawsze ustawiony twarzą do słońca. Loterią było to, czy dostanie się wizę, i ja byłem z tych, co nie mieli farta. Będąc pod presją niespodziewanie szybko zbliżającego się końca mojej irańskiej wizy, niemożliwości zapłacenia kartą debetową za bezpośredni lot do Taszkientu irańskimi liniami (przez międzynarodowe sankcje, irańskie banki są odcięte od świata), oraz już tykających zegarów przy wizach do Uzbekistanu i Tadżykistanu, jedyne co mi tego pamiętnego i trochę nerwowego dnia w Meszchedzie pozostało, to szybka rezerwacja lotu do Uzbekistanu, z przesiadką w Stambule właśnie.

Rozglądam się więc dookoła, na uśmiechnięte twarze, uprzejmie podawane słodkości na pokładzie samolotu Turkish Airlines i nie mogę się opędzić od myśli o pradziadkach tych ludzi, za których czyny nikt nigdy oficjalnie nie powiedział słowa przepraszam – a jeśli już cokolwiek padało, to równie zręcznie, co przeprosiny Ukraińców za to, co wydarzyło się na Wołyniu. Chyba właśnie w takich sytuacjach mówi się, że milczenie jest złotem.

Bo w Armenii, szczególnie rowerem, w wolnym tempie spotykając po drodze ludzi, nie ma jak uciec od tego, co Turcy wywinęli tam sto lat temu, teraz konsekwentnie próbując chować to pod płaszczykiem jednego z wielu elementów składowych większej sprawy, zwanej pierwszą wojną światową. Turecka myśl przewodnia na ten temat chowa ofiary czystek etnicznych wśród większej liczby ofiar całej wojennej zawieruchy, rozmywając winę i odpowiedzialność oraz odżegnując się od jakiegokolwiek przyznania się do tego, co zostało popełnione po 1915 r. Jeśli są Turcy mówiący o tym głośno, podobno często muszą to robić z emigracji.

Tyle drogą wstępu – co nie znaczy, że patrząc po powierzchni, nie ma między tymi dwoma narodami rzeczy wspólnych. Takich jak kawa! Piję więc w Armenii kawę po turecku, choć wolę ją nazywać armeńską. Trzeba trzymać ze słabszymi. I jaka ta kawa była dobra! Armenia płynęła nie miodem i mlekiem, a kawą, kawą, kawą właśnie. Szczególnie od momentu, kiedy w okrągły sześćdziesiąty dzień wyprawy, gdzieś na wschód od Erewania, zgubiłem termos i od tamtej pory nie bardzo mogłem już urozmaicać sobie wieczorów ciepłą herbatą do książki. Jak na Ukrainie zostawiłem w pewnym miejscu metalowy kubek, bym nie musiał targać przez Karpaty zbędnego kawałka blachy, tak w Armenii położyłem uszy po sobie i na erewańskim pchlim targu znalazłem drugi taki – całkiem dobry do parzenia kawy prosto na kuchence. Może nie jest najzdrowsze pić z osmalonego kubka, ale co tam, w warunkach polowych takie drobiazgi można znieść i wybaczyć. Jeśli chcesz to powtórzyć, nasyp łyżkę kawy, drugie tyle cukru. Następnie dolej tyle wody, co kot napłakał – najwyżej małą filiżankę – i zagotuj wszystko razem w metalowym kubku. Zapomnij o smaku zwykłej kawy.

Na fanaberie w postaci osobnego tygielka do parzenia już sobie nie pozwalam, przecież gór jeszcze przede mną co nie miara. Tak się rozkochałem w armeńskiej kawie, że już będąc w Iranie – gdy jej nieduży zapas kawy wreszcie się skończył – z poznanymi w trasie znajomymi Ukraińcami robiliśmy naprawdę wiele, by dorwać choć trochę zwykłej czarnej. Bo kto też w ogóle wpadł na to, że saszetki „3 w 1” są właśnie tym, czego potrzebują Irańczycy?

Więc piję tę kawę i okrążam któryś dzień z rzędu potężny wulkan, pokryty wiecznym śniegiem i dumnie wznoszący się ku niebu w centrum Armenii. Mieszkańcy każdego innego kraju byliby pewnie przeszczęśliwi z tak pięknej góry sterczącej pośrodku i widocznej z wielu jego zakątków – ale w Armenii nie może być tak prosto. Problem w tym, że Aragat – ów ośnieżony nawet w czerwcu czterotysięcznik – to tylko młodszy brat tej jedynej góry, na której wspomnienie wielu Ormianom łamie się głos. Ararat, z Erewania widoczny jak na dłoni, wielkoduszni Rosjanie oddali w zamierzchłych czasach Turkom – tym Turkom, którzy i tak już zbyt wiele Ormianom zabrali. Ararat jest symbolem Armenii. Jest czymś w ich narodowej martyrologii podobnym do naszych Kresów, choć u nas chyba ta pamięć nie wywołuje już aż takich emocji u tak wielu przypadkowych ludzi. Byłem zdziwiony, ile razy ktoś wyciągał przy mnie rękę w jego kierunku z takim wzruszeniem w głosie, do którego zrozumienia nie trzeba znać ani słowa po armeńsku. Zazwyczaj – przy kawie.

Całą drogę od granicy z Gruzją do Erewania przejechałem w niedużej odległości od granicy tureckiej, która jest zamknięta od dwudziestu lat, w konsekwencji braterstwa Turków z Azerami. Ta sztama uwidoczniła się z całą siłą w czasie wojny o Górski Karabach. Wzdłuż drogi widać ciągnące się dziesiątkami kilometrów zasieki, i tyle samo kilometrów zaoranego pasa ziemi przez który nie ma jak przejść, by złowić miejscowemu człowiekowi rybę w granicznej rzece Akhurian. Nawet ujścia okresowych strumieni – w czasie, gdy tamtędy jechałem, wyschniętych na wiór – nie mają taryfy ulgowej. Woda tak po prostu do rzeki granicznej nie wpłynie, jeśli nie przebije się przez kraty na swojej drodze. Ormianie ciągle nie mają lekko. Wciśnięci między dwa wrogie kraje, bez dostępu do morza, muszą ciągle kombinować z zagranicą, by obejść przeszkody utrudniające im codzienne życie. Pomidory jadą z nielubianej Turcji, gdzie sezon na nie zaczyna się wcześniej niż na armeńskiej wyżynie – ale muszą jechać przez Gruzję, dojrzewając po drodze, nabierając kilku dodatkowych sińców, oraz w nieunikniony sposób drożejąc dwukrotnie. Ludzie tęsknią więc za Wielką Armenią, okrojoną z wielu terenów teraz rozsianych po sąsiadach, za wolnością, za ponownym zjednoczeniem się z terenami wschodniej Turcji i swobodnym rozwojem, klnąc na niepewność wrażliwej ekonomii uzależnionej od Rosji, która po utracie Gruzji utrzymuje Armenię w tym ściślejszej zależności od siebie. Ledwo z tego kraju wyjechałem, gdy w Erewaniu wybuchły zamieszki, które rozbijały się o podwyżkę cen gazu przez kontrolowanego przez Gazprom dystrybutora.

Ormianie są wciąż przepełnieni smutkiem za krzywdy, których doznali, a o których świat nie chce pamiętać. Ale mimo tego, mieszkają tu ludzie dający się lubić. Z tutejszym malkontenctwem czuję się jak w domu, a może nawet trochę lepiej – bo jest podszyte prawdziwymi historiami, nie wydaje się być pustosłownym narzekaniem dla samegoi narzekania. Nawet w erewańskim hostelu, z którego przedwcześnie wyjechałem przez wprawiające mnie w zażenowanie kombinacje właścicieli, na brak interesujących rozmów nie narzekałem. W Armenii kawa, rozmowa, chleb i pyszny ser czekały na mnie na co drugim rogu – były to przyjemności, których się nie odmawia, których każdorazowe kosztowanie sprawia przyjemność raz za razem. Nawet, jeśli temat prawie zawsze w końcu zbacza na te same tory, ponieważ armeńska niezagojona rana jest ciągle żywa i zewsząd podsycana, to i tak można się zagłębić w ciekawe poboczne historie.

A dla rowerzysty – ładna jest ta Armenia. Kryje morze smutku i żalu, ale nie mogłem się nie cieszyć z widoków, jakie się rozpościerały przed moimi oczami. To pewnie przez te wulkany w jej sercu, które rozrzucały głazy na przestrzeni dziesiątek kilometrów dookoła siebie. I przez jezioro Sewan, które w tym suchym zakątku ziemi lśni niczym Adriatyk, na którego południowym brzegu zaskakująco rozpościera się pusta i jałowa ziemia wypełniona ośnieżonymi, wulkanicznymi trzyipółtysięcznikami. Dobrze wybrawszy plażę, taką w pobliżu której fale nie uderzają bezustannie w ziemisty brzeg, można cieszyć się krystalicznie czystą wodą, którą spokojnie można pić po przegotowaniu. I zagryzać smacznymi, suszonymi rybami z jeziora. Na jego północnym brzegu, który wybrałem zamiast łatwiejszego południowego, nie ma zbyt wielu sklepów. Będzie co wnukom opowiadać, choć dramatycznie nie było – kwestia odpowiedniego doboru słów i wyboru zdjęć. Ładuję więc zapas suszonych ryb, chleba i warzyw na kilka dni, jeszcze jedna mrożona kawa dla kurażu – i uciekam przed siebie, szukać kolejnego idealnego biwaku na brzegu pod sosnami. Trzy dni jazdy, jeden sklep, kilka źródełek wody, ruch w zasadzie żaden – musiałbym być szalony, by dobrowolnie zamienić to na główną drogę po drugiej stronie jeziora. Polowanie na landszafty czas rozpocząć – o to tu nietrudno. Trafia się taki wieczór, na kamienistej plaży, z zachodem słońca na wprost wyjścia z namiotu. Fale pluskają parę metrów ode mnie, kawa parzy się w jedyny słuszny sposób, a soczyste, choć suszone, rybie mięso rozpływa się w ustach. Na horyzoncie burza, ale gdzieś bardzo daleko, skoro grzmoty spóźniają się ponad minutę po błyskach. Parę dni później słyszę o apokaliptycznej powodzi w Tbilisi – tam, skąd owe błyski dochodziły. Ależ to był piękny wieczór! Ale mnie Armenia urzekła! Tylko wciąż było coś, co mimo mojego bardzo pozytywnego odbioru Ormian, siedziało mi nadal w głowie, nie chcąc się dobrze objawić.

Próbowałem sobie przypomnieć, dlaczego przed przyjazdem do Armenii, to miejsce było mi obojętne. I jakaś podskórna poprawność polityczna nie pozwalała mi o tym pomyśleć, ani wypowiedzieć tego głośno, oraz było coraz skuteczniej zacierane dziesiątkami naprawdę pozytywnych doznań. Aż mnie olśniło, w przedostatniej dolinie, po której miałem zobaczyć Iran. Do cholery, byłem tam już ponad trzy tygodnie i dalej nie wiedziałem, dlaczego to słowo na „A” wzbudzało we mnie tyle ciepłych uczuć, co myśli o Rumunii.

Do czasu.

Siedzę na krawężniku, a za śniadanie musi mi wystarczyć ten słodki chleb i dwie zimne kawy, które przed chwilą wyciągnąłem ze sklepu za moimi plecami. To jedne z przedostatnich dni w Armenii, więc coraz łapczywiej rzucam się na kawę mrożoną, o której od wielu dni wiedziałem, że będę ją w Iranie wspominał z rozrzewnieniem. I z rozrzewnieniem ją potem faktycznie przywoływałem w myślach, bo Iran chłodem mnie nie rozpieszczał.

Zajadam się więc tym, co udało mi się kupić i przez to siedzę w cieniu dłużej, niż zwykle. Jestem zajęty pochłanianiem śniadania i kolejnej książki szpiegowskiej – jakoś ten gatunek pasuje do rwanego czytania między jedną plamą cienia, a drugą. Nigdzie mi się zresztą teraz nie spieszy, dopiero co podjechałem pod ten sklep dwadzieścia kilometrów po asfalcie topiącym się w upale, który spływał po rozgrzanych zboczach na dno doliny. Jestem blisko Iranu, i z każdą nową doliną robi się wyraźnie coraz goręcej. Przede mną ostatnia przełęcz w tym kraju, na którą muszę nabrać trochę sił. Jem, odpoczywam i delektuję się tą chwilą wytchnienia. Zbliża się jedenasta przed południem, pora na pierwszy przystanek jest jak najbardziej na czasie. Nie lubię, gdy mi ktoś przeszkadza w tych momentach oddechu, po prostu nie lubię – spędzam tę drogę sam nie bez powodu. I akurat akcja książki nabiera szybszego tempa…

No i masz – przyjeżdża rodzina i zatrzymuje wypucowane auto tuż obok mnie i mojej zacienionej świątyni spokoju. Żona leci na półgodzinne zakupy do sklepu, w którym z racji małego asortymentu wydaje się, żę nie da się robić zakupów dłużej, niż przez pięć minut. Tradycyjnie już, mąż przysiada się i do mnie zagaduje, bo chyba jestem dziś pierwszym rowerzystą z sakwami, jakiego spotkał – trudno w takiej sytuacji nie zagadać. Bardzo sympatyczny gość, też jak zwykle – nie będę więc chamem i zaraz się na dobre rozgadujemy. Lody przełamane, nastoletnia córka z zaciekawieniem przygląda się zza jego pleców, jak ojciec gada z jakimś brodatym gościem i podejrzanie dużą ilością kubków po kawie. Mężczyzna jest elokwentny, a ja jestem przeszczęśliwy, że rozmowa nie kręci się tylko wokół pytań o stan cywilny i tego drugiego – „a pa czemu ty adin?”, które gotuje we mnie krew od kiedy je po raz pierwszy zrozumiałem. Nie mam już siły tłumaczyć, dlaczego jadę sam. Normalny gość, któremu chyba się powodzi – od niechcenia pokazuje palcem przyzwoity dom kilkaset metrów w dole drogi. Facet ma brata w Polsce – nie on jeden, swoją drogą, bo zdumiewająco wielu poznanych przeze mnie Ormian bądź samemu długo pracowało w Polsce, bądź ich krewni jeszcze tam pracują. Ci, którym się udało, zresztą zostali. Pozostali zwinęli nieźle kręcące się polskie interesy na górce („miałem tam cztery samochody i swoją spółkę z o.o.”) i wrócili do Armenii, by chwilę później przyszedł kolejny kryzys targający tym małym krajem – i kazał im zaczynać wszystko od nowa. Brat mojego nowego znajomego miał więcej szczęścia, mieszka już w Polsce od dwudziestu lat, ma żonę Polkę, dzieci. Zaczynał na bazarze, ale teraz jest ważną osobistością w Poznaniu. Ma już obywatelstwo. „Ludzie go słuchają” – mówi. Dowiaduję się, że brat ma tam władzę. Jak to? Pytam więc, kim ten brat w Polsce jest.

Jest ważnym kryminalistą, mówi. I od razu przypomniałem sobie o ormiańskiej mafii, szemranych biznesach i facetach w skórach i czarnych Mercedesach. To, co trzymałem w zakamarkach pamięci nie chcąc w żadnym wypadku być tendencyjnie nastawionym do tych miłych ludzi, musiało wyleźć na ostatniej prostej. Gdybym wziął jedną kawę zamiast dwóch, będąc w ciągłym nawale nowych bodźców i intensywnych doznać, odjechałbym ze sklepu szybciej i bym sobie o tym nigdy nie przypomniał. A tak już wiem, z czym całe życie kojarzyła mi się Armenia. Szkoda. Na odchodne biorę jeszcze trzecią kawę, równowartosć kolejnych osiemdziesięciu groszy zniknęła z portfela i tym razem świadomie starając się zapomnieć o gangsterce z lat dziewięćdziesiątych, zabieram się za ostatnią armeńską górę.

Na szczęście, całe to skojarzenie – od kiedy je nazwałem – wyłączam i ignoruję, i zapamiętuję Armenię jako świetny kraj na podróż rowerem, z dobrymi i przyjaznymi ludźmi, do którego koniecznie będę musiał wrócić. Nie bez powodu – myślę teraz – zamiast tygodnia, zostałem tam przecież prawie miesiąc.

 

3 komentarze

  1. Świetny wpis HG

  2. Świetny wpis HG, a zdjęcia zwalaja z nóg. Czytając prawie czułem smak tej kawy która tak reklamujesz. Pozdrowienia!

Brak możliwości komentowania